Wydanie: MWM 02/2016

Haydn versus Mozart?

Article_more
„Gdybym mógł uzmysłowić wszystkim przyjaciołom muzyki, a zwłaszcza władcom, niezrównaną wielkość sztuki Mozarta, jej głębię, potęgę uczucia i wyjątkowość jej zamysłu muzycznego, tak jak ja je odczuwam i rozumiem, narody biłyby się o przywilej posiadania takiego skarbu u siebie” – pisał w grudniu 1787 roku Józef Haydn do Ernesta Rotha.

W długim liście, kierowanym na ręce wielbiciela jego muzyki, odmawiał przyjęcia zamówienia na operę buffa, która miałaby być wystawiona w grodzie nad Wełtawą. Odmowa skomponowania dzieła nie była wyłącznie kurtuazyjna. Wielki mistrz miał świadomość swojej wartości, ale też doskonale wiedział, komu należy się palma pierwszeństwa na polu opery. Jednoznaczne wskazanie na Wolfganga Amadeusa Mozarta poparł Haydn – na co dzień raczej powściągliwy – argumentami niezwykle emocjonalnymi, łącznie z podkreśleniem wielkiej niesprawiedliwości, której jego młodszy kolega doświadczał. „Do wściekłości doprowadza mnie myśl, że niezrównany Mozart nie został dotąd zaangażowany na któryś z cesarskich lub królewskich dworów. Proszę wybaczyć ten wybuch, ale za bardzo kocham tego człowieka”.

 

Różnili się pod każdym względem – wieku (dwadzieścia cztery lata różnicy), punktu startu, warunków życiowych i doświadczeń zawodowych, konstrukcji emocjonalnej, charakteru i sposobu bycia. Haydn dojrzewał bardzo powoli. Niektórzy twierdzą, że do trzydziestego szóstego roku życia (tyle lat żył Mozart) nie skomponował niczego znaczącego. Mozart, za młodu cudowne dziecko, miał na szczęście do przedsiębiorczego ojca, który świadomie inwestował w rozwój talentu swojego syna; Haydn mozolnie, praktycznie samodzielnie wgryzał się w arkana kompozytorskiego warsztatu. Mozart – kapryśny, podatny na nagłe zmiany nastroju; Haydn – stateczny i poukładany. Wolfgang – synonim niespokojnego ducha i emanacja artystycznej wolności; (poczciwy) Józef – przez większość życia w liberii, na służbie u jednego protektora. Mozart – urodzona gwiazda, wirtuoz fortepianu i świetny skrzypek; Haydn – zazwyczaj nieco na drugim planie, niestrudzenie dyrygujący swoimi symfoniami od instrumentu klawiszowego „w sposób nierzucający się w oczy”, jak zaznaczają biografowie. Haydn – kwintesencja człowieka oszczędnego i dbającego o interesy (dorobił się całkiem pokaźnego majątku); Mozart – oczywiście utracjusz, który, przepuściwszy bajeczne sumy, zakończył życie w nędzy, skazując na nią również owdowiałą żonę i potomstwo. Jednym słowem przeciwieństwa – niebo i ziemia, woda i ogień. Życiorys Mozarta bujny i barwny, dodatkowo zrządzeniem losu przerwany przedwcześnie kontra egzystencja poukładana, mieszczańsko chwalebna, ale monotonna i niegodna zachwytów? Haydn – klasyczna powszedniość, Mozart – romantyczna niecodzienność?

Bardzo to nośne i działające na wyobraźnię przeciwstawienie. Pierwszy – rzemieślnik, drugi – wielki artysta. I pewnie z tym zastrzeżeniem, że jeśli wielbimy Mozarta, to od Haydna powinniśmy odwrócić się plecami? Myślę, że nic bardziej błędnego. Obydwaj kompozytorzy bardzo się szanowali i cenili, a nadto przyjaźnili. O poziomie uczucia Haydna do Wolfganga Amadeusa świadczą nie tylko przytoczone stwierdzenia z listu wysłanego do Pragi, lecz także opinia wyrażona w 1785 roku wprost do Leopolda Mozarta: „świadczę przed Bogiem, jak uczciwy człowiek, że Pański syn jest największym spośród kompozytorów, jakich znam osobiście lub ze słyszenia. Posiada dobry smak i – co więcej – najgłębszą wiedzę w zakresie kompozycji”. Mozart nie pozostał dłużny. Nie tylko unieśmiertelnił swoją opinię o Haydnie słynną dedykacją z kwartetów smyczkowych – „ukochanemu przyjacielowi Haydnowi”, ale w swojej obecności nigdy autora Symfonii londyńskich nie pozwolił krytykować. A że język miał cięty, więc na sztych wystawił się nieopatrznie Leopold Koželuch. Kiedy pozwolił sobie na kąśliwą uwagę tyczącą modulacji w jednym z kwartetów Haydna: „Nigdy bym tego nie napisał”, Mozart odparował: „Ani ja! A wie pan dlaczego? Bo ani pan, ani ja nie mielibyśmy tak znakomitego pomysłu”. I jeszcze jedna filipika, także w stronę nieszczęsnego Koželucha: „Sir, gdyby nawet stopiono nas obu, i tak jeszcze nie dałoby się z tego ulepić jednego Haydna”.

 

Święte słowa! W utworach Józefa można znaleźć takie perły, których nie skomponował nikt inny, nawet Wolfgang Amadeus. Można zachwycać się takimi cudeńkami, które brzmią nowatorsko i zaskakująco nawet w naszych czasach, dwa wieki z okładem po jego śmierci. I czy w ogóle warto przeciwstawiać sobie obu kompozytorów? Skazywać się na jakieś bolesne dylematy w rodzaju „wolę Jowiszową od Symfonii londyńskich”? Ja nie wyobrażam sobie mojego muzycznego uniwersum zarówno bez Stworzenia świata, jak i Czarodziejskiego fletu czy Wesela Figara. Tej opery Józef Haydn nie wystawił nota bene w Esterházie tylko dlatego, że zmarł książę Mikołaj Wspaniały, a jego syn okazał się znacznie mniej wrażliwy na muzykę. Nie wyobrażam sobie mojego świata bez cudownego Adagia z Koncertu fortepianowego A-dur KV 488, ani bez Haydnowskiego Ronda alla Ungarese. Nie zrezygnuję z Kwartetów haydnowskich Mozarta, ani ze Słonecznych czy Rosyjskich Haydna. I tak tę listę można by ciągnąć w nieskończoność, a zbliża się koniec kolumny. Haydn i Mozart w jednym stoją domu!

 

To do następnego razu…