Wydanie: MWM 02/2016

Wolność

Article_more
Ferruccio Busoni stwierdził niegdyś, że „muzyka narodziła się wolna i wolność jest jej przeznaczeniem”. Zdanie to brzmi jak cytat z książki Paola Coelho i pewnie dlatego do dziś towarzyszy jako credo najrozmaitszym działaniom: od ambitnych po kompletnie bezwartościowe.

Warto te słowa włoskiego pianisty, napisane jeszcze przed Świętem wiosny Strawińskiego, czytać w kontekście jego późniejszych rozważań o istocie muzyki. W podobnie wysokim stylu pisał on pod koniec życia o muzyce jako domenie przekraczającej naszą wyobraźnię. „Kompozytor jest dla mnie niby ogrodnikiem, który otrzymał mniejszy lub większy szmat ziemi do uprawy. […] A przecież nawet mocarz, nawet pomazaniec, taki Bach, Mozart, zdoła objąć tylko cząstkę ogólnej flory świata, może kształtować tylko drobny fragment owego ogrodu, który pokrywa naszą planetę, a którego niezmierzona przestrzeń jest w części zbyt oddalona, niezbadana, tak że pojedynczy człowiek – choćby był olbrzymem – dotrzeć do niej nie zdoła”.

 

Piękne to były czasy! Słowa Busoniego pochodzą z przełomu XIX i XX wieku, kiedy szerzyło się przekonanie o konieczności poszukiwania nowych przestrzeni sztuki. Skriabin konstruował wtedy fortepian świetlny, Cahill – instrumenty elektroakustyczne rozmiarów małej elektrowni, Schönberg obmyślał całkiem nowy system organizacji dźwięków, a Russolo zapowiadał rewolucję polegającą na włączeniu do muzyki szmerów i hałasów. Jak żeglarze w czasach wielkich odkryć geograficznych, muzycy ruszali na poszukiwanie nowych ziem, nowych zakątków owego wielkiego ogrodu, który wyobrażał sobie Busoni. W tym okresie tkwią korzenie (by trzymać się metafor botanicznych) tej muzyki, którą uprawia się dzisiaj. 

Busoni nie chciał burzyć, ale rozwijać. Motorem rozwoju jest krytyka tego, co zastane, tego, co teraz – a jednak muzyka dzisiejsza ma wciąż coś wspólnego z Bachem i Mozartem. Tym, co ją odróżnia, jest stosunek do wolności. Jeśli jest taka, to nie dlatego, że musi. Do wieku XIX istotą muzyki klasycznej było komponowanie zgodne z regułami i tak umiejętne, by w tych ramach odnaleźć swobodę i indywidualność. Podobna była rola wykonawcy, który, trzymając się ścisłych wskazówek, miał sprawiać wrażenie naturalności, tak jakby grał z głowy, improwizował. W wieku XX nie sposób już było utrzymywać, że zasady są czymś danym i świętym. Że system dur-moll czy jakikolwiek inny jest czymś więcej, niż tylko wytworem naszej cywilizacji, który można poddać rewizji albo nawet całkowicie zanegować. Otwarto granice, domenę sztuki wysokiej zalała muzyka ludowa, popularna, eksperymentalna – wszystko, co człowiek był w stanie wymyślić. Dziś uczestnictwo w ekskluzywnym klubie „muzyki wysokiej” jest nadal limitowane, ale – nie oszukujmy się – niewiele osób aspiruje. Jeśli ktoś chce posłuchać Arvo Pärta – włącza Spotify; nie musi znać wszystkich tych rytuałów, do których przywiązana pozostaje europejska, amerykańska, dalekowschodnia klasa średnia. Na poszukiwanie nowych ziem do uprawy (trzymając się nadal metafory Busoniego) nie trzeba już dzisiaj koncesji. Niektórzy załamują nad tym ręce, ale na razie trudno sobie wyobrazić zmianę tej tendencji.

 

Czy zatem bez ustalonych zasad, bez jednego kierunku rozwoju – słowem: jednej estetyki – faktycznie istnieje jeszcze coś takiego, jak „współczesna muzyka klasyczna”? Ta o europejskich korzeniach, spadkobierczyni dziewiętnastowiecznej kultury filharmonii? Wydaje mi się, że tak. Tym, co ją wyróżnia, jest sposób produkcji (system zamówień kompozytorskich, konieczność wykonania przez muzyków o akademickim wykształceniu), a także sposób prezentacji. Ale i to ulega zmianie, bo nowe techniki wymagają nowych muzyków, wyspecjalizowanych wykonawców, których nie zatrudniają filharmonie. Z jednej strony coraz trudniej wyobrazić sobie wystawienie współczesnego multimedialnego utworu (powiedzmy – Jagody Szmytki) w murach tradycyjnego teatru operowego. Z drugiej strony niektórzy wciąż piszą w języku zakorzenionym głęboko w historii.

 

Muzyk współczesnych jest wiele, ich poznawanie to podróż przez owe nieogarnione przestrzenie, które wyobrażał sobie Busoni. Trzeba do tego elastycznego intelektu, ciekawości i otwartości na nowe doświadczenia. Trzeba akceptacji dla cudzej (i własnej) wolności. Umiejętności wsłuchania się w wielogłos. Sam chciałbym te cechy u siebie pielęgnować; wierzę, że jest nas więcej. Dlatego za miesiąc znów napiszę o muzyce – teraz.