Trzy razy M: Mozart, masoni, muzyka

Article_more
Breslauerska loża masońska „Mozart pod Miłością i Obowiązkiem” miała bardzo zacnego patrona. Mistrza Wolfganga Amadeusa. I szła za głosem Czarodziejskiego fletu do świata, w którym „człowiek z każdej ziemi bliźniemu bratem jest”. Nie doszła, została zatrzymana przez III Rzeszę.

Ruch masoński, który zrodził się na Wyspach Brytyjskich pod koniec XVII wieku – po krwawej wojnie domowej, w kontrze do wszelkich podziałów politycznych i religijnych, które kazały się ludziom mordować – kilkadziesiąt lat później trafił do grodu nad Odrą. Klimat był sprzyjający, w 1741 roku na Śląsk wkroczył brat masoński, w cywilu król pruski Fryderyk II, który postanowił odebrać to złote jabłko austriackim Habsburgom. Trzy lata wcześniej monarcha został przyjęty do Zakonu, więc już zdążył zastanowić się, jak zrealizować ideę braterstwa ludów.     

 

Trudno go nazwać pacyfistą – twierdził, że „dyplomacja bez armat jest jak muzyka bez instrumentów” – ale oczywiście prowadził wojny tylko wtedy, kiedy to było konieczne (czyli przez całe życie), cierpiąc przy tym duszne katusze. Zimą 1758 roku, siedząc we wrocławskim pałacu, pisał do przyjaciela markiza d’Angers: „Mam dość życia, straciłem wszystko na tym świecie, co dla mnie najcenniejsze, jedz ostrygi i krewetki w Hamburgu, połykaj pigułki aptekarzy i zażywaj rozkoszy ducha w raju, lecz nie zapominaj o biednym, przeklętym człowieku skazanym na wojowanie przez całą wieczność”. To się nazywa ciężar władzy. 

 

Wprawdzie do swoich grenadierów uciekających z pola bitwy krzyczał: „Psy, chcecie żyć wiecznie?”, ale próbował też wzbudzić w sobie miłość bliźniego i podkreślał, że najuboższy chłop jest dla niego wart tyle, co najbogatszy szlachcic. „Moje dzieci, jestem tylko waszym sługą”, przekonywał poddanych, więc przy takim słudze loże masońskie pączkowały w szybkim tempie.

 

W 1741 roku założono w Berlinie lożę „Aux trois Globes” (w wersji niemieckiej „Zu den drei Weltkugeln”), której Wielkim Mistrzem został sam Fryderyk. I to berlińscy wolnomularze przyczynili się do powstania we Wrocławiu loży „Aux Trois Squelettes” („Pod Trzema Szkieletami”). Wszczepili masońską grzybnię w maju 1741 roku, w ostatnich miesiącach panowania Austrii (w listopadzie Fryderyk odbierał już w Ratuszu hołd stanów śląskich), a zrobili to tak dobrze, że loża „Aux Trois Squelettes” rozszerzyła zakres swojego działania także na Wiedeń. Hrabia Albrecht Joseph von Hoditz, specjalny wysłannik wielkiego mistrza loży, księcia Philippa Gottharda von Schaffgotscha (wtedy jeszcze tylko księdza kanonika, ale od 1747 roku – wrocławskiego biskupa), założył razem z hrabią Sigismundem Gondolą i przybyłym z Genewy Żydem, Jacques’em Pollardem, wiedeńską lożę „Aux Trois Canons”. Nazwa prawdopodobnie nawiązywała do trzech symbolicznych stopni masońskich: ucznia, czeladnika i mistrza.

 

Bracia wiedeńscy należeli do elity – dyplomaci z Polski, Szwecji, Anglii, Francji i Rosji, a także kilku arystokratów austriackich i węgierskich. W Wiedniu nie mieli tak dobrze, jak we Wrocławiu, pozostającym pod władzą wolnomularza z kalwińskiej dynastii Hohenzollernów, podkreślającego konieczność utrzymania wolności religijnej. Cesarzowa Maria Teresa wywodziła się z ultrakatolickiego rodu, a Kościół rzymski potępił w 1738 roku ruch masoński. Edykt opublikowany na prośbę Kongregacji Świętego Oficjum groził śmiercią i konfiskatą mienia każdemu, kto się sprzymierzy z wolnomularzami. Papież wzywał na pomoc świeckie sądy oraz „książęta i możnowładców”, więc atmosfera w Wiedniu zaczęła się zagęszczać.

 

Wprawdzie cesarzowa odmówiła podporządkowania się papieskim nakazom, uznając je za mieszanie się w wewnętrzne sprawy państwa, ale i tak swoje zrobiła: 7 marca 1743 roku policja wdarła się do świątyni (akurat w momencie ceremonii przyjmowania nowych członków) i aresztowała wszystkich zgromadzonych. Kilka dni później zostali zwolnieni, dzięki osobistemu wstawiennictwu Jego Wysokości Franciszka Stefana, męża Marii Teresy i… wolnomularza. Loża została oficjalnie zamknięta, jednak jej członkowie nadal prowadzili działalność, a Franciszek Stefan miał nawet zostać Czcigodnym Loży.

 

Syn Franciszka Stefana, cesarz Józef I, oświecony despota, tolerował wolnomularzy, ale wymusił zerwanie zależności od „Wielkiej Loży Krajowej” w Berlinie i kontaktów z lożami pruskimi. Osiem miesięcy przed przystąpieniem Mozarta do wolnomularstwa, w kwietniu 1784 roku, została założona „Wielka Loża Krajowa Wiedeń”. W stolicy imperium Habsburgów działało wówczas osiem lóż skupiających około tysiąca wolnomularzy. Wśród nich znalazło się wielu artystów. Żaden nie dorównywał jednak Mozartowi. 

Wolfgang Amadeus należał do loży „Zur Wohltätigkeit” („Pod Dobroczynnością”). Loża ta dzieliła świątynię (znajdującą się na drugim piętrze domu pewnego wiedeńskiego gorzelnika) z inną, „Zur wahren Eintracht” („Pod Prawdziwą Zgodą”). To do niej wstąpił, za namową kompozytora i dzięki jego rekomendacji, Joseph Haydn. Mozart okazał się cennym nabytkiem dla braci, napisał wiele utworów na uroczystości wolnomularskie, a zwłaszcza przenikniętą symbolami masońskimi operę Czarodziejski flet. Pierwszym dziełem stworzonym na potrzeby jego loży była pieśń Gesellenreise (Podróż czeladnika) KV 468, wykonana w marcu 1785 roku podczas ceremonii inicjacji na drugi stopień masoński. Zaczyna się od słów „Die Ihr Einem Neuen Grade” („Wy, którzy nowemu stopniowi”), autor tekstu, Franz Joseph Ratschky, wzywa inicjowanego do niezłomności i wytrwałości w dążeniu do „źródła Światła”. 

 

Muzyka odgrywała ważną rolę w masońskim rytuale, dlatego, jak twierdzi Guy Wagner, autor książki o wolnomularstwie w XVIII-wiecznym Wiedniu, kompozytorzy i interpretatorzy byli pierwszymi przyjmowanymi do bractwa. Bracia śpiewali pieśni i hymny, solo i w chórze. Wyjców nie tolerowano. Komu natura poskąpiła talentów, musiał siedzieć cicho. Równość, wolność i braterstwo, owszem, szczytne hasła, ale nie w muzyce. 

 

Z czasem wprowadzono też grę na instrumentach. W lożach francuskich używano sekstetu zwanego Harmonie, składającego się z dwóch obojów (zastąpionych później przez klarnety), dwóch fagotów i dwóch rożków angielskich. Nota bene, w bibliotece muzycznej Zamku w Łańcucie zachowała się transkrypcja fragmentów z Don Giovanniego, Łaskawości TytusaCzarodziejskiego fletu na zestaw dwóch klarnetów, dwóch rogów i dwóch fagotów, być może do celów rytualnych. W lożach wiedeńskich chętnie używano instrumentów blaszanych. Mozart w swoich masońskich utworach używał smyczków, instrumentów dętych (ze szczególnym upodobaniem do basethornów), ale też organów i pianoforte.

 

Wagner twierdzi, że rytm masońskiej muzyki wywodzi się od rytualnych uderzeń młotkiem, z tym że w lożach męskich opierał się na liczbie trzy, a w żeńskich lożach adopcyjnych – na liczbie pięć. I że to rozróżnienie jest znaczące w przypadku rytmiki Czarodziejskiego fletu.  Ponoć rytm punktowany ma obrazować kulejący krok, co z kolei jest symbolem stanu ducha kandydata podlegającego inicjacji. A to dopiero początek masońskich tajemnic w muzyce Mozarta: nuty związane mają być symbolem braterstwa, a fuga i kontrapunkt – prac przy wznoszeniu świątyni. Tonacja też posiada ważne znaczenie, Es-dur (z trzema bemolami) jest na przykład ucieleśnieniem podniosłej, masońskiej atmosfery, z kolei c-moll to cicha, wzruszająca pobożność.

 

Z tezą o masońskim charakterze Czarodziejskiego fletu, opery inicjacyjnej, raczej trudno dyskutować. Na tytułowej stronie pierwszego, wiedeńskiego wydania libretta widnieją wolnomularskie symbole: kątownica, pięcioramienna gwiazda i litera G oraz klepsydra. W opinii wielu współczesnych libretto Schikanedera (też wolnomularza) było rodzajem powieści z kluczem, w postaci  Sarastra dopatrywano się duchowego przywódcy austriackich masonów, barona Ignaza von Borna, który zmarł w lipcu 1791 roku, w momencie gdy prace nad Czarodziejskim fletem osiągnęły punkt kulminacyjny. Brat Mozart go bardzo podziwiał.

 

Ale jego samego podziwiano jeszcze bardziej. Mimo że działalność masonerii została w Austrii zakazana wkrótce po śmierci genialnego kompozytora, popularność legendy Mozarta-masona stale rosła. Wiele czeskich, austriackich i niemieckich lóż dostało jego imię, czasem z dodatkiem wolnomularskiego atrybutu. Breslauerska loża masońska „Mozart zur Liebe und zur Pflicht” („Mozart Pod Miłością i Obowiązkiem”) przywołuje słowa z arii Sarastra przekonujące, że „w świątyni świętych progach nieznany zemsty jad, gdy człowiek zmyli drogę, przez miłość wróci do obowiązku. Przyjazna go skieruje dłoń, by lepszych światów szukał on, tu człowiek z każdej ziemi bliźniemu bratem jest”.

 

Niestety, okazało się, że to pobożne życzenia. „Mozart zur Liebe und zur Pflicht” przyjął braci w czerwcu 1923 roku, ale dwanaście lat później, jak wszystkie loże masońskie, został przez nazistów zlikwidowany. Narodowi socjaliści twierdzili, że masoni i Żydzi przygotowują spisek, mający zniszczyć Niemcy. „Mozart” jednak nie zginął, został tylko „uśpiony”. Obudził się w Wiesbaden, w 1951 roku, wśród założycieli był jeden z breslauerskich braci.