Wydanie: MWM 02/2016

Jazz i Mozart. Indeks płyt nieudanych

Article_more
Dlaczego jazzmanom z Mozartem nie wychodzi? Dlaczego tak bardzo im nie wychodzi? Dlaczego absolutna większość tych „rozimprowizowanych” i „rozswingowanych” interpretacji utworów Mozarta jest aż tak zła? Po zapoznaniu się z materiałem dowodowym wiem jedno: jeśli chce się przez te jazzujące wyimki z Don Giovanniego, Wesela Figara czy Requiem przebrnąć, a potem o nich napisać, jedynym ratunkiem jest perwersyjne wytarzanie się w tej tandecie ubranej w wytworne stroje. Pokochanie bodaj na chwilę tego bezguścia, które, choć dla niepoznaki przywdziało frak, wciąż pozostaje rozrywką z taniego bazaru. Wykrzesanie w sobie bezdennego podziwu dla popisów z cyrku, w którym używa się wyjątkowo drogich rekwizytów do niezwykle tanich sztuczek. Któż od czasu do czasu nie ma ochoty ponurzać się w kiczu? Do dzieła zatem – niech najgorsze będzie najlepsze!

Ray Kennedy Trio Mozart In Jazz (Kang&Music 2006)
Od dawna miałem przeczucie, że fonografia (ale też bogata oferta koncertowa) psują nasze słuchanie muzyki. Każdego dnia możemy obcować z wytworami największych umysłów w historii ludzkości – to musi słuchacza deprawować. Uratować nas mogą tylko płyty absolutnie przeciętnych muzyków bez żadnego indywidualnego rysu, czyste rzemiosło bez krztyny oryginalności. Jeśli podejdziemy do sprawy w ten sposób – Mozart in Jazz to rzecz wręcz idealna.

 

Mark Kramer Trio Mozart Jazz Symphony (Eroica 2005)
Jeżeli uznają Państwo słuchanie symfonii Mozarta przy obiedzie, zmywaniu naczyń czy innych codziennych czynnościach za trochę niestosowne, Mark Kramer umożliwi Państwu obcowanie z tymi arcydziełami bez ryzyka, że przy nalewaniu kompotu uronią Państwo jakąś ważną i głęboką myśl – na płycie Mozart Jazz Symphony w ogóle takich nie ma. A kto wie, może zachęceni sięgną Państwo po inną, równie ambitną propozycję tego twórcy, album Harry Potter Jazz?

 

Maximilian Geller Quartett Mozart: 06 – Lacrimosa (Universax 2006)
Znakomity prezent dla rodziców małych dzieci – Mozartowska podstawa będzie rozwijać mózgi ich pociech, a jazzowa interpretacja uczyni z tej płyty idealną kołysankę. Autorowi udała się trudna sztuka przekształcenia pełnej wigoru muzyki Mozarta w doskonale nasennego snuja. Dokonanie tego z Allegrem z Symfonii g-moll KV 550 jest wyczynem, za który należy się specjalna nagroda.

 

Jacques Loussier Trio ‎Mozart Piano Concertos 20, 23 (Telarc 2005)
Nieczęsto pisze się w kontekście Loussiera o muzycznym redukcjonizmie, a powinno się. Upraszczanie i trywializowanie jest jego artystyczną dewizą, która, jak widać, świetnie się sprawdza, sądząc po rzeszach oddanych fanów. Również w konkursie na najmniej jazzową z jazzowych sekcji rytmicznych świata partnerzy pianisty mieliby duże szanse na zwycięstwo.

 

Eugene Cicero Rokoko Jazz (MPS 1969) i Classics In Rhythm  (MPS 1986)
Gdyby prawdziwy Jacques Loussier nie istniał, mógłby nim zostać Eugene Cicero. Oczywiście nie dorówna mistrzowi – mimo że ten rumuński pianista też specjalizował się w lekkich przeróbkach klasyki, zbyt dużo w jego muzyce rasowego jazzu i naprawdę rozbujanego swingu, który może nas nawet niebezpiecznie porwać. Ale bez obaw – sam Mozart został sprowadzony tu do roli dostawcy ckliwych melodyjek.

 

Jean-Michel Defaye Mozart Jazz Trio (Forlane 1991)
Płyta, której twórca wyłamuje się niestety z klasycznego, powiedziałbym nawet – bardzo sztywnego, wzorca pianistycznych opracowań jazzowych Mozarta i od czasu do czasu raczy słuchacza frazą, która nie jest tak do końca banalna. Na szczęście te wyskoki równoważy sekcja rytmiczna z gitarą basową w składzie, grająca na równym, solidnym poziomie remizowego zespołu.

***

W tym momencie chciałbym napisać coś na poważnie i, by usprawiedliwić złamanie konwencji tego tekstu, użyję sformułowania, że oto zmieniamy tryb z durowego na molowy (choć właściwiej byłoby: z błazeńskiego na lamentacyjny). Od początku historii jazzu trafiają się muzycy, którzy – chcąc udowodnić, że potrafią grać nie tylko sam jazz – sięgają po oryginalną klasykę, najczęściej właśnie po Mozarta. Tak zrobili Chick Corea, Bobby McFerrin, Benny Goodman – grając ją mniej więcej dosłownie i nie siląc się na jakiekolwiek przeróbki. Do tej kategorii dopisuję również słynne nagrania Swingle Singers Mozart (Philips 1965), na których – prócz jazzowej artykulacji i dodania swingującej sekcji rytmicznej – Mozart wykonywany jest w zasadzie literalnie. Niezależnie od oceny sensowności tych poczynań (klasyk zawsze wykona te utwory lepiej, jazzman, nie improwizując, nie wnosi do treści właściwie niczego), można by kąśliwie powiedzieć: lepiej, żeby jazzmani poza takie szkolne ćwiczenia nie wychodzili.

 

Znęcać się nad słabymi interpretacjami można by jeszcze długo, ale poprzestańmy na powyższym zestawieniu. Teraz zajmijmy się płytami, które wiele obiecywały, choć nie zawsze te obietnice spełniały.

 

Kwartet Zbigniewa Namysłowskiego Mozart Goes Jazz (Jazz Forum Records 1999)
Saksofonista wykonuje tu rozbudowaną aranżację Kwintetu klarnetowego A-dur w towarzystwie Wojciecha Mrozka, Kwartetu Camerata i własnego zespołu. Klasa doświadczonego improwizatora (jakim jest Namysłowski) sprawia, że da się tej płyty słuchać. Nie można oprzeć się jednak wrażeniu, że im mniej Mozarta w aranżacji, tym lepiej ona brzmi. W dyskografii saksofonisty ta płyta to nic więcej, jak ciekawy eksperyment – chyba jednak niezbyt udany (powyższą tezę potwierdza również fakt, że Namysłowski tych klasycznych poszukiwań już później nie kontynuował).

 

Burgstaller Martignon 4 Mozart’s Blues Dreams & Other Crossover Fantasies (Summit 2009)
Ta płyta dawała nadzieje – z Mozartem zmierzyli się dwaj otwarci, świetnie wykształceni muzycy, doskonale przygotowani do grania tak jazzu, jak klasyki: pianista Hector Martignon i trębacz Joe Burgstaller. Stworzyli jednak dzieło tyleż efektowne, co doskonale puste. Od czasu Wyntona Marsalisa wiemy, że trębacz jazzowy może być też świetny technicznie w klasycznym repertuarze – naprawdę nie trzeba nam już kolejnych dowodów. Na tej samej płycie zespół wykonuje również kompozycje nestora klasyczno-jazzowego crossoveru, Claude’a Bollinga. W dalszej części tekstu wypowiem się o Bollingu ciepło, ale to nie znaczy, że muzyka już w latach sześćdziesiątych będąca żartem (i to w starym stylu) jest dobrym wzorcem dzisiaj.

 

Scottish National Jazz Orchestra & Makoto Ozone Jeunehomme (Spartacus 2015)
Rzadko kiedy jazzowe opracowanie klasycznego koncertu faktycznie zachowuje jego strukturę. W tym przypadku tak jest – na płycie nagrano jedynie trzy części koncertu, trwające po kilkanaście minut każda. Makoto Ozone jest pianistą jazzowym, ale potrafi też zagrać w miarę kompetentnie fragmenty oryginalnych partii fortepianu, inkrustując je improwizacjami (zwłaszcza te w stylu stride’owego Arta Tatuma, albo nawet stompującego Jelly’ego Rolla Mortona, wydają się pasować do kontekstu). Można narzekać, że klasyczne i jazzowe partie pozostają nieco obok siebie, ale trzeba docenić, że szkocki big band prezentuje aranżacje wyjątkowo eleganckie i niesztampowe.

 

Joachim Kühn Piano Works I: Allegro Vivace (Act 2005)
Zawsze można liczyć na Joachima Kühna – niemiecki pianista łączy Mozarta z Ornette’em Colemanem, co daje znakomity rezultat. Szkoda tylko, że wszystkiego jest raptem pięć minut i dwadzieścia trzy sekundy (Allegro z Koncertu klarnetowego).

 

Claude Bolling Sextet Jazzgang Amadeus Mozart (Philips 1965)
Mozart na tarkę, banjo i zespół dixielandowy. Tu przynajmniej humor jest zamierzony, nikt nie udaje, że w nagraniu chodzi o coś więcej, niż zabawne pastisze. Błyskotliwe na swój sposób aranżacje podają Mozartowski materiał w przedziwny sposób, wcale nie gwałcąc jego natury. A może jazz nie może potraktować klasyki inaczej, jak z dystansem i humorem? Pół wieku po nagraniach Bollinga wiele będzie miał do powiedzenia na ten temat Uri Caine.

 

John Di Martino’s Romantic Jazz Trio Jazz Mozart (Venus 2006)
Fragmenty różnych koncertów fortepianowych, koncertu klarnetowego i kilka innych utworów w niezłej, nowoczesnej konwencji. Wprawdzie pierwsza część Symfonii g-moll KV 550 brzmi równie źle, jak zwykle, jednak sięgając po Lacrimosę (co wydaje się gotowym przepisem na artystyczną porażkę), trio wychodzi o dziwo obronną ręką. Czy przyczyna tkwi w napięciu oryginału, będącym wystarczającym motorem dla improwizatorów?

 

Uri Caine Ensemble Plays Mozart (Winter & Winter 2006)
Mozartowski album Caine’a nie zapada specjalnie w pamięć i sprawia wrażenie – oczywiście pozostając na bardzo wysokim, Caine’owskim poziomie – płyty nagranej przez pianistę niejako z rozpędu, między genialnymi interpretacjami Bacha i całkiem dobrą płytą beethovenowską. Caine stosuje swój standardowy zestaw dekonstrukcyjnych narzędzi i stylistycznych fajerwerków, ale najlepiej i tak wypada skupiona, wykonana solo Sonata fortepianowa C-dur KV 545 (natomiast Allegro z Symfonii g-moll KV 550 również tu jest najsłabszym utworem na płycie). Skoro nawet w dyskografii Caine’a płyta mozartowska odstaje od pozostałych, to znaczy, że coś jest na rzeczy. Ale co?

 

Lekka, wypachniona wytworność? Rytmiczna skoczność i dziarskość, brak zadumy i liryzmu Chopina, brak napięć i dramatyzmu Bacha? Może po prostu przewaga tonacji durowych, które wybitnie jazzmanów podpuszczają do tworzenia utworów błahych? Chyba tak, bo zaskakująco łatwo w przypadku prób aranżowania dzieł klasyków w ogóle (dobrych jazzowych interpretacji Beethovena jest równie mało, nie wspominając już o Haydnie) z jazzu robi się jazzik. Ciekawe, że popularne są zbiory nutowe, które zawierają jazzowe opracowania Mozartowskich utworów, na przykład Classics To Jazz – Mozart czy Mozart Goes Jazz Jeana Kleeba (aż rodzi się pokusa, żeby oskarżyć te wydawnictwa o spowodowanie plagi słabych interpretacji Mozarta, ale niestety oba są stosunkowo nowe). Tak, wiem, że przeharmonizowanie Mozarta nawet na ten jazzik, a potem jakiekolwiek sensowne improwizowanie na jego bazie jest samo w sobie potwornie trudnym zadaniem. Ale fatalny pod względem architektonicznym i nienadający się do zamieszkania budynek zbudowany nie z cegieł, a z klocków Lego, wciąż pozostaje fatalnym budynkiem – choć może budzić podziw dla zdolności manualnych jego budowniczych i ich samozaparcia.

 

Skłonność do łączenia wszystkiego z wszystkim jest dziś naturalna i powszechna. Ale lepiej, żeby Mozart z jazzem nie wchodzili sobie w drogę.