Giandomenico Donati, zwany „Il Gardellino” (1763–1799)

Mały słownik kompozytorów zapomnianych i nieistniejących
Article_more
Mało kto dziś pamięta, że Mozart pisał partię Cherubina w Weselu Figara wcale nie dla Dorotei Bussani, która zaśpiewała ją na premierze w wiedeńskim Burgtheatrze, ale dla kastrata Giandomenica Donatiego. Kompozytor miał wcześniej z kastratami szereg nieudanych doświadczeń – po Vincenzu del Prato, o którym w listach pisał złośliwie, we właściwym sobie stylu, że „głos ma tak brzydki, jakby wcale nie dobywał go z ust, ale zgoła skądinąd”, po Ceccarellim, którego nie znosił, po innych jeszcze sławach, pod adresem których nie szczędził gorzkich słów, zachwycił się wreszcie, na dwa lata przed rozpoczęciem prac nad operą, śpiewem Donatiego.

W przeciwieństwie do wielu innych „trzebieńców” ten nie był nad miarę wyrośnięty, toteż nie miał głosu aż tak potężnego, „podobniejszy raczej kobiecemu” (jak zanotował van Swieten), natomiast słynął maestrią techniczną – publiczność ujęta jego umiejętnościami i uroczym sposobem bycia przezwała go, dla niewielkiego wzrostu, il Gardellino, „szczygiełkiem”. Mozart, który krytykował rozwiązły tryb życia „znanego libertyna” Tenducciego i innych kastratów – jak wiadomo, operacja nie pozbawiała ich sprawności seksualnej, a kobiety ceniły ich jako kochanków, z którymi nie da się zajść w ciążę – z aprobatą pisał w jednym z listów, że młodziutki Donati, który dopiero co przekroczył dwudziestkę, ujmuje skromnością, surowym strojem i powściągliwym trybem życia, przez co muzycy złośliwie nazywają go „szczygiełkiem w klatce”. Nic dziwnego, że pasowałby mu do obsady Wesela Figara jako psotny chłopiec, w którym dopiero budzą się pierwsze drgnienia miłości.

 

Niestety, w styczniu 1785 roku Donati ciężko zachorował podczas pobytu na dworze neapolitańskim, a do Wiednia posłano wiadomość, że najpewniej nie przeżyje „febry tak straszliwej, a jeśli nawet, to próżno ufać, że z gardła jeszcze jaki głos prócz skrzypienia dobędzie”. Wprawdzie nie tylko przeżył chorobę, ale i śpiewał jeszcze przez dobrą dekadę, aż do swej przedwczesnej śmierci, jednak na próby do Wiednia z pewnością nie mógłby dojechać. Rekonwalescencja trwała przez długi czas, bowiem pierwszy raz po „febrze straszliwej” wystąpił dopiero jesienią, a i wtedy oklaskiwany „więcej za sprawą życzliwości publiki, niż swojego głosu, wciąż jeszcze osłabionego”, jak podaje pewien naoczny i nauszny świadek, francuski miłośnik opery włoskiej, w liście do przyjaciółki w Lyonie.

 

Wiadomo, że Donati komponował już wcześniej i że niekiedy wykonywał własne arie, stanowiące pokaz jego możliwości technicznych, często oparte na tekście o śpiewie ptaków, na przykład słowika i, co oczywiste, szczygła. Choroba sprawiła jednak, że więcej czasu poświęcił na komponowanie, i to nie tylko na własne potrzeby; od drugiej połowy lat osiemdziesiątych XVIII wieku poza muzyką wokalną tworzył także instrumentalną, wyraźnie zafascynowany stylem z przeciwnej strony Alp. Wiadomo, że kilku innych kastratów epoki śpiewało arie Donatiego, a część z nich szczyciła się nawet, że robi to lepiej od samego kompozytora. Van Swieten jednak w liście do przyjaciela pisze, że o ile niektórzy śpiewacy mieli głosy potężniejsze i bardziej lubowali się w przesadnych ozdobnikach, o tyle Donati wykonywał swoje kompozycje z niepodrabialnym wręcz wdziękiem i wyczuciem melodii, stroniąc od głupich popisów.

 

Pozostałby zapewne jednym z wielu osiemnastowiecznych kompozytorów, którzy nie zapisali się w historii niczym szczególnym, gdyby nie dramatyczne okoliczności jego śmierci. W okresie Bożego Narodzenia 1798 roku król Ferdynand IV z żoną i dworem w popłochu opuścił Neapol, uciekając przed armią francuską, a miasto stało się areną straszliwych zbrodni. Lazzaroni, włoski odpowiednik sankiulotów, rozpoczęli rzeź neapolitańczyków podejrzanych o sympatie wobec Francuzów – między innymi wyciągnęli z domu braci Filomarino, Klemensa i Askania, księcia delle Torre, po czym spalili ich żywcem na Strada della Marina. 

Traf chciał, że byli to od pewnego czasu patroni Donatiego, którego wspierali materialnie, a nawet urządzili mu przytulne mieszkanie na drugim piętrze pałacu. I to właśnie stamtąd rozwścieczony tłum, krzycząc „Zobaczymy, czy Szczygiełek lata!”, wyrzucił kompozytora na bruk, a w ślad za nim – całe pliki porwanego papieru nutowego. Dopiero nocą, kiedy przerażona służba księcia delle Torre wniosła zwłoki do splądrowanego domostwa, podkuchenna myjąca ciało przed pogrzebem zorientowała się, że na wielkim kuchennym stole leży wcale nie mężczyzna, a kobieta, z biustem i biodrami ciasno skrępowanymi specjalnym gorsetem.

 

Sprawa nie była nowa – pokolenie wcześniej Teresa Lanti udawała kastrata o pseudonimie Bellino, ponieważ restrykcyjne przepisy Państwa Kościelnego pozwalały śpiewać na scenie wyłącznie mężczyznom (jak wiadomo, została zdemaskowana przez Giacomo Casanovę, który zaoferował jej matce złotego dublona za obejrzenie okaleczonych genitaliów, po czym ze zdziwieniem skonstatował, że ma przed sobą całkiem kształtną dziewczynę z doczepioną atrapą penisa; oczywiście nie przepuścił tej okazji, został kochankiem Teresy, a następnie porzucił ją, ciężarną, w Wenecji).

 

W świetle dramatycznego odkrycia zrozumiała była, oczywiście, obyczajowa powściągliwość i skromność Donatiego, nie wyjaśniła się jednak kwestia jego, czy raczej jej, pochodzenia. Skąd wzięła się ta nadzwyczajna postać, którą parę lat później niezbyt utalentowany poeta porównywał w sonecie do papieżycy Joanny? Zapewne rzeczywiście z Rzymu, co wyjaśniałoby przyczynę takiego kamuflażu. Kto jednak sprawił, że dziewczynka uzyskała odpowiednie muzyczne wykształcenie? W Wiecznym Mieście przez pewien czas powtarzano plotki, że była córką kogoś z najwyższych kręgów arystokracji, ale w owej epoce takie ogólniki, niby to „ujawniające sekret”, a w istocie nie ujawniające niczego, powtarzano o każdej sławie, której pochodzenie było niepewne. Twierdzono też, że spłodził ją jeden działających tam kompozytorów – w tym kontekście pojawiały się trzy nazwiska, jednak zdecydowanie najpopularniejsze było twierdzenie, że ojcem i zarazem nauczycielem muzyki był Niccolò Piccini, ale trudno nie odnieść wrażenia, że działał tu podobny mechanizm tworzenia plotki: to, co nieznane, wyjaśnia się poprzez zestawienie z tym, co znane najbardziej. Nie mówiąc już o tym, że Piccini wyjechał do Paryża, kiedy dziewczynka była trzylatką, a opuścił go podczas rewolucji, kiedy „kastrat Donati” święcił już triumfy na europejskich scenach, więc o ile teoretycznie mógłby być ojcem, to z pewnością nie edukatorem.

 

Tak czy owak, nie znamy i raczej nie poznamy prawdziwego nazwiska ani imienia Giandomenica Donatiego. Na jego grobie w monumentalnym neapolitańskim kościele dominikanów wyryto tylko słowo „Il Gardellino” i niepozorny krzyżyk.