Wydanie: MWM 02/2016

O zmysłach

Article_more
– Czy byli kiedyś ślepi muzycy? – pyta znienacka Zo.

– No jasne. Wielu. I to bardzo zdolnych – odpowiadam krótko, bo tym razem nie mam ochoty na żadne dialogi filomuzoficzne.

– To jak czytali nuty?

– Grali bez nut. Nawet komponowali bez nut.

– Ale przecież nuty to muzyka! – Zo nie daje za wygraną. No i, chcąc nie chcąc, muszę odpowiedzieć.

– Czyżby? Nuty to tylko kropki i kreski na papierze. Równie dobrze moglibyśmy się umówić, że będziemy używać trójkątów czy kwadracików.

– A serduszek? Spiralek? Gwiazdek? Trupich czaszek?!

– Też – nie reaguję na kolejne prowokacje. – To by i tak nie miało wpływu na samą muzykę. Muzyki nie widać – mówię tonem zwieńczającym w nadziei, że da już spokój.

Nic z tego.

– To im wystarczało, że słyszeli muzykę, tak?

– Otóż to. I może nawet słyszeli ją lepiej, bo ich obrazy nie rozpraszały. W końcu starożytni wieszczowie też byli niewidomi i podobno mieli dostęp do tego, co przed innymi zakryte.

– A ja wiem, że Beethoven był głuchy! – mówi Zo z przekąsem. – Czyli do muzykowania niekoniecznie trzeba mieć słuch.

 Ta rozmowa jednak nie skończy się tak szybko…

– Ależ nie był głuchy przez całe życie. Pod koniec ogłuchł. A gdy go już nie rozpraszał zgiełk tego świata, dopiero zaczął pisać niesamowitą muzykę – jakby nie z tego świata.

– To co? Jej może w ogóle nie słychać? Jak ciszy?

– No, nie wiem. Sama mi powiedz. Ciszy nie słychać? Czy ciszę słychać, hę?

I wtedy – nareszcie! – zacichła.

Chyba poszła to przemyśleć.

A jak przemyśli, to ani chybi wróci…

 

.