Tam, gdzie król daje koncert

Article_more
Miał co najmniej osiem żon i legion nałożnic. Używał życia, bo kto królowi zabroni. Ale za to jak pięknie grał! Jego koncert słychać w Trzebnicy już prawie osiemset lat.

Muzykujący królowie nie są rzadkim zjawiskiem, wielu osiągnęło poziom mistrzowski, jak choćby Fryderyk Wielki, nie tylko grywający na flecie poprzecznym (dopóki nie stracił zębów), ale także komponujący. Zawsze jednak zawodowcy podejrzliwie przyglądali się władcom z artystycznymi ambicjami. Bo to i wyjść z takiego królewskiego koncertu nie wypadało, i jakąś dyplomatyczną recenzję trzeba było przygotować. Ludwig van Beethoven mógł wprawdzie napisać o księciu Prus Ludwiku Ferdynandzie: „Książę gra na fortepianie nie jak książę, lecz jak pianista”, ale już Gioacchino Rossini, posłuchawszy, jak król portugalski gra na wiolonczeli, stwierdził dość impertynencko: „Wasza Królewska Mość niewątpliwie gra jak król, który ma tyle innych rzeczy do zrobienia…”.

 

Śliczny, muzykalny i kochliwy

 

Biblijnego króla Dawida największy arogant nie ośmieliłby się oceniać. Wiadomo, że jak grał, to nawet złe duchy siedziały cicho. Gdy króla Saula zaczynały trapić demony, jego słudzy poprosili: „Niech rozkaże nasz pan sługom swoim […], a poszukają męża umiejącego grać na harfie [kinnor – dziś ten instrument identyfikowany jest raczej z lutnią albo cytrą], aby ci zagrał, gdy przypadnie na cię zły duch od Boga, i ulży ci”. Znaleźli – młodego, ślicznego i na dodatek celnie strzelającego z procy: pasterza Dawida. „A gdy duch zły od Boga opadał Saula, Dawid brał harfę i grał na niej, i przychodziła na Saula ulga, i było mu lepiej, a duch zły odstępował od niego”. Taka jest siła muzyki. Niestety tej sile ulegały gromadnie kobiety i reszta poddanych Saula. Dawid grał, śpiewał i miał coraz lepsze notowania. Saul gotował się z wściekłości.

 

Nic to, że mikry pasterz ustrzelił mającego trzy metry wzrostu filistyńskiego wojownika Goliata i uszczęśliwił w małżeńskiej łożnicy córkę Saula. Nic to, że królowi od muzykoterapii zięcia zdrowie się poprawiło. I tak postanowił skrócić Dawida o głowę. Jak wiadomo, sam ją stracił, a Dawid zasiadł na królewskim tronie. Grał i wygrywał. Nawet cudzą kobietę. Ta historia jest dozwolona od lat osiemnastu, bo Dawid nie dość, że uwiódł mężatkę, Batszebę, i sprawił, że stała się brzemienna, to jeszcze wysłał jej męża Uriasza Hetytę na pewną śmierć. Oględnie mówiąc, okazał się łobuzem. A jednak trafił na fasadę kościoła w Trzebnicy. Na dodatek wprowadziła go tam para cnotliwych małżonków – książę Henryk Brodaty i Jadwiga Śląska. Ona została świętą, on – mężem świętej, co oznacza podwójną świętość. Całe życie spędzili ze sobą, praktykując ascezę, o której się Dawidowi nawet nie śniło.  

 

Jak żona zagra, mąż zatańczy

 

Henryk pantoflarzem nie był, ale żona miała na niego dużo wpływ. Była księżniczką z rodu Diessen-Andechs, jednego z najświetniejszych i najbardziej wpływowych rodów Cesarstwa, od 1180 roku – książąt Rzeszy. Trzy księżniczki Andechs dodały rodzinie blasku, wchodząc do rodów panujących we Francji (Agnieszka), na Węgrzech (Gertruda) i w Polsce (Jadwiga).

 

Staroniemieckie imię, które otrzymała w czasie chrztu, Hedwigis, to spadek po babce, Hedwig von Dachau. Pochodzi ono od hebrajskiego słowa heth (życie) i łacińskiego vigeo (być zdrowym, mocnym, czynnym, mieć władzę). Hedwigis to osoba silna, walcząca z przeciwnościami losu. I taka była Jadwiga. Otrzymała solidne wykształcenie i została przygotowana do roli władczyni. W klasztorze w Kitzingen w Bawarii, gdzie pobierała nauki, studiowała Pismo Święte i dzieła Ojców Kościoła. Umiała nie tylko pisać, ale poznała również kunszt iluminowania ksiąg i posiadła sztukę artystycznego haftu, śpiewu oraz gry na instrumentach.

 

Na pewno nie było to małżeństwo z miłości, ale – jak się zdaje – takim się stało. Jadwiga miała powiedzieć po latach, że „Henryk był tym, który największą miłość jej posiadał”. Zawsze była najpierw księżną, wielką panią, a dopiero potem żoną i matką. Uważała, że urodzenie zobowiązuje ją, by była wzorem dla innych. Jej ród wydał wiele pokoleń świętych i błogosławionych. Godność, którą piastowała, była posłannictwem rozkazywania, egzekwowania posłuszeństwa wobec tego, co słuszne, i forsowania tego, co sprawiedliwe.

 

W pierwszym znanym Żywocie świętej Jadwigi nie ma słowa o konfliktach między małżonkami. Wprawdzie hagiograf to nie biograf. Miał stworzyć portret świętej, a nie tekst na plotkarski portal, ale pisał w czasach, gdy żyli ludzie pamiętający Henryka i Jadwigę, więc upiększać musiał z umiarem. O tym, że pożycie książęcej pary było szczęśliwe, świadczą dzieci, które urodziły się z tego związku. Faktu, że Jadwiga wydała na świat siedmioro potomków Henryka, nie można chyba tłumaczyć tylko obowiązkiem przedłużenia dynastii. Ślub czystości, który 1209 roku złożyła książęca para, był z pewnością ich wspólną decyzją. Trudno sobie wyobrazić Henryka Brodatego zmuszonego do rezygnacji z praw małżeńskich. 

 

To na prośbę Jadwigi książę Henryk ufundował w 1202 roku klasztor i kościół pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny i św. Bartłomieja w Trzebnicy. Klasztor cysterek był pierwszym żeńskim klasztorem na ziemiach polskich i wielką szansą dla kobiet. Alternatywą dla tych, które nie mogły lub nie chciały wyjść za mąż, miejscem, gdzie mogły się kształcić i zdobyć pewną niezależność.       

Dawid z harfą

Kościół i klasztor mają formę barokową. Jednak trójnawowa bazylika szczyci się metryką sięgającą XIII wieku. Z pierwszej budowli zachowały się zręby murów oraz krypta św. Bartłomieja położona pod prezbiterium. Z kryptą łączy się lapidarium, w którym można oglądać fragmenty rzeźb romańskich i detali architektonicznych. Jednak najcenniejszą pamiątką  z czasów fundatorów jest portal z około 1230 roku w północno-zachodniej ścianie kościoła. Zdobi go płaskorzeźba przedstawiająca Dawida grającego na harfie i Batszebę ze służącą. Portal został zamurowany w XVIII wieku, w czasie barokizacji kościoła, odsłonięto go  dopiero w 1935 roku. Pierwotnie płaskorzeźba była bogato polichromowana, przykuwająca wzrok czerwienią, błękitem, zielenią i złotem. Dawid siedzi na tronie, naprzeciwko Batszeby, i gra na harfie. Żona i stojąca za nią służąca zastygły zasłuchane.

 

Muzyka w klasztorze była bardzo ważna, święty Augustyn uznał nawet, że „kto dobrze śpiewa, dwa razy się modli”, ale mniszki – choć miały przed oczami Dawida – harfy raczej nie dotykały. Prędzej organów, uważanych za „tchnienie Boga”. Pierwszy zapis o organach na Śląsku pochodzi z 1218 roku i wiąże się właśnie z klasztorem cysterek w Trzebnicy. Konwent liczył pod koniec XIII wieku sto dwadzieścia mniszek, więc było komu śpiewać i grać.  Zakonnice otrzymały zestaw ksiąg liturgicznych oraz instrukcje gry na organach, choć instrument ten zaczęto powszechnie wprowadzać do śląskich świątyń dopiero w XV wieku.

 

Organy, które dziś znajdują się w kościele, pochodzą z początku XX wieku i zostały wykonane przez znakomitą firmę Schlag und Sohne ze Świdnicy. Schlagowie dostali w 1885 roku zaszczytny tytuł „Dostawcy Dworu Jego Książęcej Wysokości Księcia Albrechta Pruskiego”, a wiek XX witali już jako „Nadworni Budowniczowie Organów Jego Cesarskiej i Królewskiej Mości”. Do tanich nie należeli, ale ich instrumenty brzmią doskonale, o czym można się przekonać, bo w Trzebnicy od dwudziestu dwóch lat organizowany jest Międzynarodowy Festiwal Muzyki Kameralnej i Organowej.

 

Nota bene król Dawid jako harfista często pojawiał się na prospektach organowych, żeby zwrócić uwagę na znaczenie muzyki, a zwłaszcza śpiewu, który miał pogłębiać wiarę i wzmacniać łączność człowieka z Bogiem. Piękną figurę Dawida (o ponaddwumetrowej wysokości) z instrumentem, dłuta wykształconego w Pradze XVIII-wiecznego rzeźbiarza Johanna Georga Urbańskiego, wykonaną dla wrocławskiego kościoła pw. św. Marii Magdaleny, można oglądać we wrocławskim Muzeum Narodowym. Gra jak król, który nie ma nic innego do roboty.