Autor: Jacek Dehnel

Giovanni d’Annonia (Jean z Hainaut) (1480–1528)

Mały słownik kompozytorów zapomnianych i nieistniejących
Article_more
W kwietniu 1528 roku w księstwie Ferrary, bogatym i pięknym, choć niedawno spustoszonym przez zarazę, panowała już pełna wiosna, ponad masywnymi wieżami zamczyska polatywały rozśpiewane ptaki, pod pierwszym mocnym słońcem chłopi zsuwali na tył głowy słomkowe kapelusze i ocierali pot z czoła, a handlarki wykładały na kamienne targowe ławy kolejne nowalijki – nastała najlepsza pora dla dworskich pomp, zatem następca książęcego tronu, Ercole, wyprawił się do Paryża, by poślubić Renatę de Valois.

W kwietniu 1528 roku w księstwie Ferrary, bogatym i pięknym, choć niedawno spustoszonym przez zarazę, panowała już pełna wiosna, ponad masywnymi wieżami zamczyska polatywały rozśpiewane ptaki, pod pierwszym mocnym słońcem chłopi zsuwali na tył głowy słomkowe kapelusze i ocierali pot z czoła, a handlarki wykładały na kamienne targowe ławy kolejne nowalijki – nastała najlepsza pora dla dworskich pomp, zatem następca książęcego tronu, Ercole, wyprawił się do Paryża, by poślubić Renatę de Valois.

 

Panna młoda była siostrą Franciszka I, króla Francji, czyli córką króla poprzedniego, Ludwika XII, i ostatniej dziedziczki Bretanii, Anny Bretońskiej; pan młody – prawnukiem króla Neapolu, Ferdynanda I, wnukiem niesławnego papieża Aleksandra VI, synem Lukrecji Borgii i Alfonsa, księcia Ferrary, a także bratankiem pierwszej damy włoskiego renesansu, Izabelli d’Este, markizy Mantui – uroczystość zaślubin musiała zatem dorównywać rozmachem i zbytkownością innym ślubom w domach panujących ówczesnej Europy. Niestety, królewski brat wprawdzie obiecał, że siostrę odda z ogromnym posagiem (dwieście tysięcy talarów i drugie tyle za zrzeczenie się praw do księstwa Bretanii), ale kiedy wyciągnął od młodego Ercole pożyczkę na potrzeby wojen we Włoszech i rzecz zaklepał zaręczynami, „dawał już tylko czterdzieści tysięcy posagu i dwanaście tysięcy rocznej pensji, pomimo żejak pisze Chłędowski we Dworze w Ferrarze – samo księstwo przynosiło rocznego dochodu przeszło dwakroć sto tysięcy talarów”. Uroczystości we Francji były wszakże imponujące i „przechodziły już nawet siły państwa młodych, tak że Ercole dostał febry, a Renata uporczywego bólu głowy”.

 

Kiedy w miesiąc później wyruszyli do esteńskich posiadłości, niezliczone fety czekały ich najpierw w Modenie, a potem w stolicy księstwa. „Uroczystości, bale, wyścigi, turnieje trwały dziesięć dni”, a że Alonso był wdowcem i „ferraryjski zamek nie miał pani domu, przeto sprowadzono markizę Izabelę z Mantui, aby przyjmowała Francuzkę”. Wszystkie te cuda, jak wiadomo, wymagały pracy armii ludzi: kucharzy, cukierników, pasztetników, akrobatów, aktorów, płatnerzy, krawców, jubilerów. Jak również – muzyków, śpiewaków i kompozytorów.

 

Gdyby ślub miał miejsce dwadzieścia parę lat wcześniej, pieczę nad muzyką powierzono by niewątpliwie nadwornemu kompozytorowi dziadka pana młodego, Ercole I, czyli mistrzowi Josquinowi des Prez. Jego życie dziwnie splatało się z losami panujących rodów, które łączyły się tej wiosny: swego czasu pracował w Rzymie dla Aleksandra Borgii, a potem wyjechał do Mediolanu na dwór Sforzów. Czasy były jednak niespokojne, bowiem pradziadek i dziadek pana młodego oraz ojciec panny młodej wszczęli konflikt, który miał przejść do historii jako „wojny włoskie” – i kiedy rok później Ludwik XII zdobył Mediolan, a Lodovica Sforzę wtrącił do więzienia, kompozytor, niczym ukradziony kandelabr albo obraz, wstąpił na służbę do króla Francji. Stamtąd jednak podkupił go pan Ferrary, któremu wprawdzie sugerowano zatrudnienie tańszego kapelmistrza, ale Ercole I postanowił sypnąć groszem i płacił Josquinowi dwieście dukatów zamiast stu dwudziestu, których żądał konkurent. Kompozytor pracował dla niego przez parę lat, ale kiedy w roku 1503 w mieście wybuchła zaraza, opuścił Ferrarę z resztą dworu (było to zresztą posunięcie rozsądne – jego następca, Jacob Obrecht, padł ofiarą dżumy) i osiadł w swoich rodzinnych stronach, gdzie zmarł na siedem lat przed opisywanymi wydarzeniami.

 

W roku 1528 w Ferrarze pracowało wielu kompozytorów – w okrutnych i niepewnych czasach zamożny dwór dawał opiekę niejednemu artyście. Część z nich znamy po dziś dzień, inni ulegli zapomnieniu, nawet jeśli gdzieś przetrwało ich imię, jeszcze inni zostali wymazani przez czas, przechowały się tylko ich niepodpisane utwory. O Giovannim d’Annonia wiemy niewiele, prócz tego, że – jak wyjawia jego przydomek – pochodził z tego samego regionu, co des Prez, czyli z Hainaut, co sugeruje, że mógł trafić do d’Estów jako młody chłopak, być może członek chóru, wraz ze sławnym kapelmistrzem. Znamy również, dzięki skromnemu kamieniowi nagrobnemu, daty jego życia, dziś już nieczytelne, ale odwzorowane na rysunku angielskiego turysty z XVIII wieku, który umilał sobie Grand Tour szkicowaniem starych grobowców.

Reszta informacji to zaledwie strzępki i oparte na nich mniemania, które niepewnie prowadzą do efektownego – i opisanego przez naocznego świadka – końca. Nie znamy ani jednego utworu Giovanniego d’Annonia; wprawdzie w latach sześćdziesiątych XX wieku paru badaczy włoskiej muzyki dworskiej tej doby przypisało mu trzy krótkie fanfary triumfalne, ale, jak pokazały to późniejsze prace, raczej za sprawą skojarzenia z jego tragicznym końcem, niż kierując się jakimiś względami merytorycznymi.

 

Z pewnością był człowiekiem niezbyt młodym, który wciąż nie zdobył wielkiej renomy – z tej zapewne przyczyny jego kompozycje, nie dość popularne, nie były masowo kopiowane, a co za tym idzie, nie zachowały się do naszych czasów. Nie brakowało mu jednak ambicji i – jak wiemy z jedynej szczegółowej relacji dotyczącej jego tragicznego końca – pewnej pomysłowości, zapewnił bowiem księcia Ercole, że jest w stanie nie tylko ułożyć melodie piękne i zaskakujące, ale i zabawić gości w sposób dotychczas nieznany.

 

 

Uroczystości ślubne w Ferrarze kończył festyn, wydany przez księcia Ercole na cześć jego ojca, w podziękowaniu za to, że tak wspaniale przyjął synową. Zaczęło się przedstawieniem komedii Ariosta Cassaria, po czym nastąpił „bankiet [który] przechodził wszystko, co się w tej mierze kiedykolwiek w Ferrarze widziało. Sam główny stół był już wart widzenia. Dwadzieścia pięć dużych figur z cukru, przedstawiających prace Herkulesa […]. Na pierwsze danie wniesiono przy odgłosie trąb dziesięć potraw po dwadzieścia pięć półmisków […]. Następnie sześć, mówię, sześć razy przynoszono po dziesięć potraw i po dwadzieścia pięć półmisków. Razem więc podano siedmdziesiąt potraw […]. Nadto sławny hiszpański błazen przyjechał na dromaderze, aby swymi żartami rozweselać gości”. Chłędowski w swej relacji niewiele pisze o muzyce – jedynie o fanfarach, które towarzyszyły wnoszeniu kolejnych potraw oraz o tym, że gościom czas umilała śpiewem niejaka „madonna Dalida”. Ani słowa o Giovannim d’Annonia – nic dziwnego, w roku 1907, kiedy Dwór w Ferrarze trafiał w ręce czytelników, sprawa ta z jakichś przyczyn była znana bardzo wąskiemu kręgowi badaczy i nie przebiła się do popularnej gawędy Chłędowskiego.

 

Otóż po zakończeniu przedstawienia – z którego nieznająca włoskiego Renata niewiele chyba skorzystała – orszak widzów ruszył przez dziedziniec do sali, gdzie rozstawiono biesiadne stoły. Nie było jeszcze ciemno, ale powoli zapadał ciepły wieczór i w tej scenerii zadziwieni goście, państwo młodzi i sam książę Alfonso ujrzeli niezwykłe widowisko, bardzo w guście epoki.

 

Stojący pod murem chór śpiewał o piekielnych demonach, uciekających w popłochu, bo oślepiła je uroda francuskiej królewny (w rzeczywistości Renata „była niska, nikła, miała okrągłą twarz, małe, niebieskie oczy i bardzo małe usta, a nadto nogi od dzieciństwa wykrzywione wskutek rachitycznych cierpień”, toteż ferraryjski poseł już z Francji pisał swemu panu, że „młody książę wolałby, gdyby miał piękniejszą narzeczoną”). Bliżej błyszczały barwnymi strojami dwa szeregi trębaczy, wygrywających fanfary na trąbkach, z których, dzięki współpracy d’Annonii i książęcego alchemika, na przemian sypały się iskry i buchały płomienie. W górze powiewała chorągiew, na której wymalowano białego orła Estów, moszczącego sobie gniazdo ze złotych lilii Walezjuszy, a po bokach halabardnicy trzymali proporce z herbami obu rodzin. Sam kompozytor, który dyrygował efektownym preludium do uczty, przyodział się w specjalny kostium białego orła – kiedy czoło orszaku zbliżyło się do wejścia, teatralny mechanizm powoli uniósł d’Annonię, jakby muzyk wzbijał się w chmury. Wówczas to szczególnie wysoki snop iskier, który wystrzelił z trąbki najbliżej stojącego trębacza, sięgnął ogona kunsztownego kostiumu; zaczęły płonąć poszczególne pióra, potem całość stroju – na szczęście zanim do tego doszło, książę, państwo młodzi i najpocześniejsze osoby dworu zdążyli już przejść przez próg, w przeciwnym bowiem razie nie mogliby się cieszyć w pełni z atrakcji wieczoru. Kiedy po deserach wniesiono ogromny pasztet z zapieczonymi wewnątrz klejnotami, podarunkami dla gości, Giovanni d’Annonia oddawał właśnie ducha, uspokojony przez ochmistrza, że festyn przebiegł bez dalszych kłopotów i z pewnością zostanie długo w pamięci wszystkich obecnych. Ponoć przyniosło mu to ulgę.