Wydanie: MWM 12/2012

Gwiazdka pod estradą

Article_more
Jeszcze chwila i mieszkańcy półkuli północnej jak co roku zaczną rytualnie marzyć o białych świętach. Te spełnią kolorystyczne nadzieje lub nie, zależnie od lokalizacji, niezależnie za to od zaklęć Irvinga Berlina. Jedno jest pewne: jesienne wzmożenie koncertowe ma się ku końcowi. Znów przyjdzie nam czekać do marca, wypatrując tymczasem pojedynczych improwizowanych erupcji.
Razem z Tomaszem Gregorczykiem, z którym wspólnie zapełniamy tę stronę „Muzyki w Mieście”, próbowaliśmy sobie ostatnio przypomnieć najbardziej zaskakujące sytuacje, jakie przydarzyły nam się na koncertach. Było ich sporo. Tomasz wspomina, jak w samym środku ekstatycznej kolektywnej improwizacji zespołu z Evanem Parkerem i Herbem Robertsonem w składzie poczuł ucisk na ramieniu. Czasami wielkie zaangażowanie słuchaczy wręcz wyrywa ich z krępujących objęć rzeczywistości. Ów fan szybko się zmitygował, przetarł oczy i sytuacja już się nie powtórzyła. Za to kiedy indziej na tej samej estradzie Kenowi Vandermarkowi zepsuł się saksofon barytonowy, w związku z czym dokończył występ w porywającym stylu na tenorze, nie zmieniając repertuaru. Zresztą, o ile mnie pamięć nie myli, później ten instrument skradziono mu w pociągu relacji Warszawa–Gdańsk. 

Branford Marsalis rozpoczął kiedyś swój występ w sali pewnej filharmonii od niezwykle energetycznego numeru, ale kiedy poznał, hm, jej niepowtarzalną akustykę, naradził się z członkami zespołu i resztę wieczoru wypełnił klasycyzującymi balladami. Kilka tygodni temu w Katowicach Tymon Tymański zaprezentował tekst napisany do znanego tematu Theloniousa Monka, który sprawił, że pospadaliśmy z krzeseł, wszelako nie godzi się go cytować w druku.

 

Ta scenka przywodzi mi na myśl inną – rozgrywającą się w klubie Indigo w Krakowie. Stłoczona publiczność czeka na opóźniający się koncert Miłości. Mija pierwsza godzina, mija druga. Wreszcie zziajany zespół wpada do średniowiecznej piwnicy. Muzycy przygotowują instrumenty, Tymański nieudolnie próbuje rozładować napięcie, opowiadając dyrdymały o trasie wiodącej przez Wadowice, o zakończonym porażką poszukiwaniu kremówek itd. Zaczynają grać bez próby, muzyka się nie klei, a moją uwagę zwraca perkusista Jacek Olter. Gra znakomicie, ale nie podnosi głowy, nie nawiązuje kontaktu. Niedługo później wszyscy poznaliśmy dramatyczną przyczynę. Pamiętajmy o Jacku Olterze, zwłaszcza 6 stycznia. To już jedenaście lat.

 

Japoński saksofonista Kazutoki Umezu, gdy wchodził na estradę w pewnym niewielkim mieście, został powitany błyskami fleszy (mimo że fotografowanie bez lamp błyskowych jest niepisaną regułą na koncertach). Nie okazał zaskoczenia – przeciwnie – sięgnął do kieszeni, wyjął mały aparat i zaczął z uśmiechem robić pamiątkowe zdjęcia osłupiałej publiczności. Oczywiście z fleszem. Krzysztof Ścierański występował kiedyś solo, obficie korzystając z dobrodziejstw nowoczesnej techniki. Występ bardzo się podobał i kiedy atmosfera była już rozluźniona, wirtuoz rzucił beztrosko: „To co wam teraz zagrać?”. „Coś na gitarze basowej!” – zabrzmiał głos z widowni, a potem puentująca go salwa śmiechu. Miny Krzysztofa Ścierańskiego nie zapomnę już chyba do końca życia.

 

Nic jednak nie jest w stanie przyćmić innego wspomnienia, które zajmuje w mojej pamięci szczególne miejsce. Siedzimy w pierwszym rzędzie, na estradzie amerykański saksofonista o fascynującej biografii: Charles Gayle. W drugim secie muzyk zgodnie ze swoim zwyczajem siada do fortepianu, a saksofon odkłada na bok. Pianistyka Gayle’a ma w sobie coś niezwykłego – jest jednocześnie swobodna, koścista i głęboko zakorzeniona w bluesie, pełna feelingu, któremu sam twórca oddaje się bez reszty, nucąc i przytupując. Deski estrady przenoszą wibracje. Słucham, ale kątem oka obserwuję wysłużony alt podskakujący lekko na kolumnie głośnikowej. Raz w życiu udało mi się trafić w taki moment. Wyciągam rękę i łapię saksofon w połowie drogi między krawędzią kolumny a podłogą. Mój najistotniejszy wkład w historię muzyki improwizowanej.

 

Czytelniczko! Czytelniku! Jeśli zamierzasz kupić bliskiej osobie na Gwiazdkę (lub z jakiejkolwiek innej okazji) płytę, zastanów się dwa razy. Rozejrzyj się, czy w promieniu stu kilometrów nie zanosi się na ciekawy koncert. Jeśli prezent ma być niepowtarzalny, jeśli ma być niespodzianką, bilet na koncert, zwłaszcza koncert muzyki improwizowanej, jest po stokroć lepszym pomysłem.