Wydanie: MWM 03/2016

Chcesz u mnie grać na kalebasach?

Boureima „Vieux” Farka Touré - wywiad
Article_more
„Panie prezydencie, proszę mi przydzielić mieszkanie, a będę wracał do Wrocławia każdego roku” – mówi „Vieux” Farka Touré, malijski gitarzysta i pieśniarz, syn legendarnego muzyka, Ali Farka Touré. Artysta był jedną z gwiazd ubiegłorocznej edycji Brave Festiwal „Przeciw wypędzeniom z kultury” we Wrocławiu, poświęconej afrykańskim griotom.

Magda Podsiadły: Nosisz przydomek Vieux Farka Touré, czyli Stary Farka Touré. Czy to przekora? Jesteś synem słynnego Ali Farka Touré, więc jeśli już, to Farka Touré Junior.

Boureima „Vieux” Farka Touré: Noszę imię mojego dziadka, Boureima. Tak więc cała rodzina mnie poważa i mówi o mnie zawsze: „a, stary to, stary tamto”.

 

A co znaczy nazwisko Farka?

W naszym rodzimym języku songhaï słowo farka oznacza osła, na którego nikt nie może wsiąść, który uparcie dąży do celu. 

 

Wędrujesz przez świat i znasz wiele metropolii. A jak wypada przy nich nasz Wrocław?

My, muzycy, znamy głównie lotniska, hotele i sale koncertowe, które wszędzie są podobne. Nie pamiętamy miast, gramy w nich i jedziemy dalej. Ale mam wrażenie, że we Wrocławiu już byłem. Chyba jednak byłem tylko w Warszawie, parę lat temu. Gdyby jednak dano mi mieszkanie we Wrocławiu, przyjeżdżałbym na wakacje. I byłbym pożyteczny – grałbym muzykę, organizowałbym warsztaty, przedsięwzięcia z tradycyjną muzyką polską i malijską. Uwaga, powiem to teraz oficjalnie: panie prezydencie, proszę mi przydzielić mieszkanie, a będę wracał do Wrocławia każdego roku.

 

A to dlaczego?

Podobają mi się ludzie. Muzycy patrzą najpierw na ludzi, musimy być dobrymi psychologami. Dobry koncert to nie tylko dobra muzyka, to kontakt z ludźmi, trzeba umieć go podtrzymać. Czasem przyjeżdżasz, spoglądasz na ludzi i mówisz: cholera, będzie ciężko. A tutaj przede wszystkim jest bardzo piękne miasto. To już napawa otuchą. Jesteśmy tu zaledwie trzy dni, ale jeden wystarczy, by zapałać sympatią do miejsca. Wszyscy, których spotkałem, byli życzliwi. I nie chodzi tu tylko o obsługę festiwalu, ale o ludzi w mieście, gdy idziemy na obiad, siadamy w knajpce. Gdy idziesz przez Brooklyn w Nowym Jorku, czujesz dystans, obojętność. Albo prowokację. A wrocławianie uśmiechają się i są pozytywnie zainteresowani. I lubią tańczyć.

 

I ty, i twój ojciec, Ali Farka Touré, nie mieliście ze strony bliskich akceptacji dla uprawiania muzyki. Ojciec, choć zrobił wielką światową karierę muzyczną, też na początku sprzeciwiał się twojemu wyborowi. Dlaczego?

Pochodzimy ze szlacheckiej rodziny żołnierzy z ludu Arma, pielęgnującej wojskowe wartości z czasów, gdy lud ów walczył w armii marokańskiej i wygrał w XVI wieku jedną z największych bitew w Afryce Zachodniej – pod Tondibi. Mój dziadek, Boureima Touré, był oficerem armii francuskiej, strzelcem senegalskim, szefem malijskiej gwardii narodowej w okręgu, w którym mieszkaliśmy. Zawód artysty nie był więc uznawany za chwalebny w mojej rodzinie. Tylko my dwaj, ja i ojciec, zostaliśmy artystami. Wśród mojego rodzeństwa są adwokaci, sędziowie, ja zrobiłem dyplom w malijskim Narodowym Instytucie Sztuki. Mój ojciec sprzeciwiał się, bo uważał, że pewny chleb jest z żołnierskiego żołdu, a nie z profesji muzyka. Chciał dla mnie normalnego życia.

 

A jednak nagrał kilka piosenek na twoim debiutanckim albumie Vieux Farka Touré.

Gdy skończyłem uczelnię, zapytał mnie: chcesz grać na kalebasach na moich koncertach? Byłem wykształconym perkusistą. I tak pojechałem z nim w trasy do Francji, RPA. To było zaledwie kilka wspólnych muzycznych lat, nie miałem czasu dotknąć głębiej jego stylu, jego myślenia o muzyce. Ale zdążył przed śmiercią nagrać dwa utwory, Tabara i Diallo, do mojego pierwszego albumu. I powierzył mnie mistrzowi gry na korze, Toumani Diabaté, który był jego osobistym griotem. Toumani przygotował mnie do gry na gitarze, jest moim ojcem chrzestnym, zawierzam mu swoje osobiste i muzyczne sprawy.

Na stałe mieszkasz w stołecznym Bamako, choć wspominałeś, że muzyka w Mali nie daje chleba.

Tylko nieliczni się wybijają, muzycy są bardzo zdolni, ale i bardzo biedni, a w karierę trzeba inwestować. W Mali uprawia się wiele różnych tradycyjnych gatunków. Toumani Diabaté jest na przykład griotem i pielęgnuje swoją wielowiekową muzyczną tradycję. Ja pochodzę z Niafunké, gdzie mieszkają Songhaï, uprawiam muzykę tradycyjną mojego ludu, która wywodzi się z Maroka i transowej muzyki ludu gnawa, potomków niewolników z Afryki subsaharyjskiej.

 

Ale też to muzyka nowoczesna, łącząca blues malijski z amerykańskim, z wpływami rocka, reggae.

Swoją karierę zaczynałem w Stanach Zjednoczonych, więcej gram tam, niż w Europie. Jednak w mojej muzyce, choć korzystam z różnych gatunków i form zachodnich, brzmi przede wszystkim malijska tradycja. Tak naprawdę to tradycja modernizuje współczesną muzykę. Jeżeli nie rozumie się swoich muzycznych korzeni, nigdy nie będzie się dobrym muzykiem. A ich zrozumienie zdobywa się poprzez pokoleniowy przekaz w rodzinie. Mój mały syn już mnie pyta, kiedy mu kupię gitarę.

 

A co mówił o unowocześnianiu tradycji Ali Farka Touré?

On także łączył tradycyjną muzykę malijską z amerykańskim bluesem. Ale przestrzegał mnie przed zbyt silnym uleganiem nowoczesnym trendom.

 

Niedawno wydałeś album Mój kraj poświęcony Mali. Jak odnosisz się do trudnej sytuacji swojej ojczyzny, rozdzieranej przez wojnę domową, tuareskie rebelie, nękanej przez dżihad?

Jest na tej płycie bardzo ważna kompozycja Yer gando: „nie oddawajcie naszego pięknego domu w ręce obcych, kobieto, mężczyzno, ocknijcie się i ratujcie Mali zniewolone przez uzbrojonych bandytów”. Mówię Malijczykom, by przestali chwytać za broń, a rozwiązywali konflikt dzięki rozmowom. Chaos jest w dużej mierze zasługą Francuzów i Amerykanów, którzy nie chcą się zrzec swoich interesów w Afryce Zachodniej. Rebelianci zbrojeni są przez obce siły.

 

Co myślisz o nielegalnej imigracji Afrykanów do Europy?
Nie pochwalam tego. Ktoś jedzie do Francji, ma szczęście i po powrocie do kraju kupuje samochód, dom. Wszyscy wokół myślą, że tam, we Francji, pieniądze zbiera się na ulicy, i też ruszają w drogę – niepewną, nielegalną i niebezpieczną. Stają się obcymi w Europie, a po powrocie do Afryki – obcymi wśród swoich, wykorzenionymi.

 

Co się spełniło z twoich marzeń?

Gdy byłem mały, marzyłem, by znaleźć się w miejscach, które widziałem na pocztówkach, na zdjęciach, na t-shirtach: San Francisco, Nowy Jork, Chicago. Ojciec nie zabierał mnie w świat, u nas dzieci zostają w domu. I gdy tam w końcu dotarłem, przeżyłem jeden z najpiękniejszych momentów mojego życia.