Wydanie: MWM 04/2016

Kwadrofonik to mały teatr

Kwadrofonik - wywiad
Article_more
Od początku istnienia zespołu wszyscy podkreślają teatralny charakter naszych koncertów. Bardzo dobrze się je ogląda, są pełne życia, tworzy się pewnego rodzaju dramaturgia. Nie ma możliwości, żeby naszą muzykę wykonywać przy jednym instrumencie, zatem musimy się stale przemieszczać. Poruszanie się po estradzie jest zwyczajnym elementem technicznym, który podczas występu nabiera wyrazu artystycznego. To taki bonus związany ze specyfiką naszego składu instrumentalnego.

Andrzej Zieliński: Dwa fortepiany i dwie perkusje – to skład najczęściej formowany spontanicznie przy okazji wykonywania kilku utworów wykorzystujących takie instrumentarium. Jednak muzycy rzadko tworzą stałe zespoły tego typu. Cofnijmy się w czasie o dziesięć lat – jak to się stało, że postanowiliście stworzyć tak wyjątkowy kwartet?

Emilia Sitarz: Trafiłeś w sedno! Spotkaliśmy się po raz pierwszy jeszcze na studiach, gdy pracowaliśmy nad jednym z utworów muzyki XX wieku. Dla duetu fortepianowego, jaki tworzyliśmy wtedy razem z Bartkiem Wąsikiem, bardzo ważnym etapem było wykonanie Sonaty na dwa fortepiany i perkusję Béli Bartóka. Zaprosiliśmy wtedy do współpracy właśnie Magdę Kordylasińską oraz Miłosza Pękalę. Od tego przedsięwzięcia praktycznie wszystko się zaczęło. Później sięgaliśmy po kolejne utwory pisane na ten skład instrumentalny, a gdy repertuar się skończył, narodziło się pytanie: co dalej? I wtedy Bartek wpadł na pomysł występu na Festiwalu Muzyki Folkowej Polskiego Radia „Nowa Tradycja”. To był 2006 rok, zdobyliśmy wtedy Grand Prix. Poczuliśmy w sobie chęć kreacji, tworzenia własnej muzyki, otworzyły się przed nami nieznane wcześniej przestrzenie. Praca nad współczesnymi opracowaniami muzyki tradycyjnej dawała nam olbrzymią radość tworzenia, coś, czego trudno było doświadczyć podczas studiów.

 

Magdalena Kordylasińska: Prawdą jest, że bardzo dobrze nam się razem pracowało i gdyby nie fakt, że świetnie się rozumieliśmy zarówno na estradzie, jak i poza nią, byłby to projekt jednorazowy – taki, o jakim wspomniałeś.

 

Co was ostatnio zainspirowało?

E.S.: Ważnym wydarzeniem dla zespołu była współpraca z Arturem Rojkiem. Na gali Paszportów „Polityki” wystąpiliśmy z nowymi aranżacjami jego dwóch piosenek. To było bardzo odświeżające doświadczenie.

 

Bartłomiej Wąsik: Tak, praca z Arturem to był ważny element naszego rozwoju. Za każdym razem, gdy gramy z nowym artystą, czegoś się uczymy, wychodzimy bogatsi. Mamy szczęście do ludzi, z którymi występujemy. Na początku była Dorota Miśkiewicz, potem Adam Strug, a teraz właśnie Artur Rojek, zobaczymy, co będzie dalej, mamy nadzieję na kontynuację tej współpracy.

 

Właśnie, tradycją stało się już to, że artystami, których zazwyczaj zapraszacie do współpracy, są wokaliści…

E.S.: Myślę, że ludzki głos to medium, którego brakuje w naszym składzie. Dobrze koresponduje on z brzmieniem naszego zespołu. Staramy się tylko, aby za każdym razem ten głos był inny.

 

M.K.: Nie zawsze jesteśmy w stanie oddać za pomocą naszych instrumentów wszystkie treści, które chcielibyśmy zawrzeć w muzyce. W przypadku współpracy z Adamem Strugiem podczas projektu Requiem Ludowe, olbrzymie znaczenie miał tekst, był to wręcz czynnik formotwórczy. Zatem bez udziału kogoś, kto ten tekst przekaże, nasza idea byłaby niemożliwa do zrealizowania.

 

B.W.: Wykorzystywanie głosu ludzkiego ma korzenie już w samych początkach działalności naszego zespołu. Podczas opracowywania pieśni ludowych na festiwal „Nowa Tradycja” również sięgaliśmy po brzmienie głosu, jednak używaliśmy nagrań prezentowanych z taśmy. Zastanawialiśmy się, czy nie powielić tego schematu przy Requiem Ludowym, jednak doszliśmy do wniosku, że najbardziej autentyczny będzie śpiew na żywo, ze wszystkimi emocjami, które tworzą się w danej chwili. Adam Strug idealnie sprawdził się w tej roli.

 

M.K.: Tak, brakowałoby tego czynnika ludzkiego, człowieka, który podaje tekst, patrząc ci w oczy, a nie jest uruchamiany przyciskiem w komputerze.

 

Podczas waszych koncertów bardzo ważna jest dramaturgia całego występu, tworzycie swego rodzaju spektakl, wokalista może ten przekaz jeszcze pogłębić…

M.K.: Rzeczywiście od samego początku istnienia zespołu wszyscy podkreślają teatralny charakter naszych koncertów. Bardzo dobrze się je ogląda, są pełne życia, tworzy się pewnego rodzaju dramaturgia. Nie ma możliwości, żeby naszą muzykę wykonywać przy jednym instrumencie, zatem musimy się stale przemieszczać. Bartek z Emilką dokonują również bardzo często preparacji fortepianu albo grają na innych instrumentach. Jednak nie było w tym nigdy zamysłu stworzenia spektaklu, to wyszło bardzo naturalnie.

 

E.S.: To poruszanie się po estradzie jest zwyczajnym elementem technicznym, który podczas występu nabiera wyrazu artystycznego. To taki bonus związany ze specyfiką naszego składu instrumentalnego. Ludzie przyzwyczajeni są do pianisty czy skrzypka siedzącego na estradzie i jeśli nagle widzą muzyków, którzy zaczynają robić coś innego, przykuwa to ich uwagę. Wszystkie ruchy, które wykonujemy z Bartkiem przy fortepianach – to, że wstajemy w odpowiednim momencie i sięgamy w głąb fortepianu, żeby dokonać preparacji – ćwiczymy tak samo, jak grę na klawiaturze. Tak jak ręka musi posiadać pamięć mechaniczną, żeby trafić w odpowiednie klawisze, tak trzeba wyrobić sobie pamięć mechaniczną ciała, by w odpowiednim takcie wstawać i sięgać do pudła rezonansowego fortepianu. To są ruchy, które mają płynny charakter, bo są przemyślane, kojarzą się ze sceną, z baletem czy teatrem, gdzie artyści wykonują różne trudne technicznie gesty, które przy lekkości wykonania stają się po prostu piękne.

 

Wracając do waszej przygody z muzyką folkową – co was, muzyków klasycznie wykształconych, najbardziej w niej pociąga?

B.W.: Kiedyś zachwycaliśmy się głosami, melodiami, skalami, teraz skupiamy się głównie na tekście, co dobrze widać w przypadku Requiem Ludowego. Dużo się również zmieniło w naszym podejściu do brzmienia. Znów odwołam się do Requiem – nie tworzymy tam już tylko opracowań, dążymy do stworzenia wspólnego, przenikającego się brzmienia fortepianów i perkusji. Chcieliśmy, aby w przypadku opuszczenia kotary na estradę podczas koncertu, publiczność miała trudność w odgadnięciu, które dźwięki wydobywane są z fortepianów, a które z perkusji. Muzyka ludowa w tym przypadku była tylko punktem wyjścia. Marzyliśmy o tym, żeby skomponować formę zamkniętą, która ma wiele znaczeń. Nie chcieliśmy stworzyć czegoś, co wiązałoby się bardzo silnie z muzyką folkową, chodziło nam raczej o swego rodzaju uniwersalizm, muzykę dla każdego.

 

E.S.: Określenie „muzyka folkowa” nie w pełni oddaje sens twórczości zespołu Kwadrofonik. Inspirujemy się oczywiście wieloma rzeczami, polska muzyka ludowa jest bardzo silnie u nas obecna. Mamy wspaniałą tradycję. Myślę, że powinniśmy się chwalić bogactwem jej rytmów i melodii. Jednak w Requiem Ludowym poszliśmy dużo dalej. To dzieło przepełnione jest symboliką. Tak naprawdę inspiracją do jego stworzenia była tematyka śmierci, umierania. Chcieliśmy się na ten temat wypowiedzieć, a narzędziem umożliwiającym to była muzyka tradycyjna.

 

M.K.: Ponieważ muzyka tradycyjna nie traktuje śmierci jako tabu. 

Wasza działalność nie ogranicza się tylko do muzyki folkowej, bardzo ważnym aspektem jest również muzyka nowa. Czego szukacie, co chcecie usłyszeć w muzyce współczesnej?

M.K.: Dziś kompozytorzy prześcigają się w tym, żeby stworzyć coś nowego, oryginalnego, niepowtarzalnego. Z tego powodu muzyka stała się bardzo różnorodna. Trudno zatem powiedzieć, czego dokładnie w niej szukamy. Jedno jest pewne: musi w niej być coś, co przykuje naszą uwagę.

 

E.S.: Tak, chodzi o to, żeby poruszała różne emocje zarówno u wykonawcy, jak i u słuchacza. Inaczej jest odbierany September Wojtka Blecharza, a inaczej najnowszy utwór Mikołaja Laskowskiego Ach, pocierać woskową Buddę, który prawykonaliśmy w grudniu w Toruniu. Na pewno staramy się grać utwory według nas dobre. Borykaliśmy się długo z techniką zapisu, kompozytorzy mieli duży problem ze znalezieniem odpowiedniego klucza do naszego zespołu. Trudno pisze się na dwa fortepiany, a co dopiero na fortepiany z perkusją…

 

Co muzyka współczesna, ta, którą wykonujecie, mówi o dzisiejszym świecie?

E.S.: Na pewno stara się go komentować. Myślę, że mówi to samo o świecie, co mówiła muzyka w epoce romantyzmu czy baroku. Oczywiście teraz ma inne miejsce w społeczeństwie. Nie uważam, że muzyka współczesna jest bardziej chaotyczna i trudniejsza niż muzyka dawniejszych czasów.

 

B.W.: Dwadzieścia lat temu zdawało mi się, że to, co słyszę, jest bardziej współczesne niż czasy, w których żyję. Może wiązało się to z moim małym doświadczeniem w tej materii. Teraz nowa muzyka mnie nie dziwi, wręcz odwrotnie. Wydaje mi się, że większość kompozycji posiada korzenie w muzyce wcześniejszych epok. Nie chciałbym być kompozytorem. Pokazanie czegoś ciekawego, stworzenie indywidualnego języka muzycznego i jednoczesne zawarcie komentarza dotyczącego rzeczywistości wydaje się czymś bardzo trudnym. Prawda jest też taka, że niewielu kompozytorom to się udaje. Najbardziej w muzyce współczesnej ciekawi mnie jej bogactwo. Chociaż zdaje mi się, że mamy do czynienia z przesytem związanym z mnogością możliwości twórczych. Dziś muzyka może powstać w wyniku równania matematycznego, może być czystą kartką papieru, może być samą ideą czy performance’em. Granice coraz bardziej się zacierają.

 

E.S.: Dla mnie muzyka współczesna jest kanałem komunikacyjnym umożliwiającym kontakt ze współczesnym światem. Żyjemy w bardzo dziwnych czasach. Po raz pierwszy w historii nastąpił moment, w którym muzyka poważna przestała spełniać funkcję użytkową, stała się dobrem ogólnoludzkim. W XX wieku powstała muzyka popularna, następuje rozłam tych gatunków. Z jednej strony mamy do czynienia z olbrzymim rozkwitem współczesnych technik komunikacyjnych, rozwojem technologicznym, a z drugiej – cały czas w głównym nurcie repertuarów filharmonicznych dominują Schubert, Prokofiew i Czajkowski. Dawniej tak nie było, słuchało się muzyki pisanej współcześnie. Oczywiście wielkim premierom, które popychały muzykę do przodu, towarzyszyła zazwyczaj krytyka, ale tak duży rozłam między twórczością kompozytorów współczesnych a publicznością jeszcze nigdy nie miał miejsca.

 

M.K.: Nie mogę się z tobą zgodzić. Według mnie muzyka współczesna w żaden sposób nie komentuje rzeczywistości. Jest częściej odniesieniem do zmian technologicznych. Kiedyś pisano symfonie bezpośrednio nawiązujące do światowych wydarzeń. Teraz wszyscy pędzą za nowinkami technologicznymi, pojawia się nowy program komputerowy, który daje lepsze możliwości i wtedy kompozytorzy tworzą coś świeżego. Kiedyś muzyka odzwierciedlała swego rodzaju romantyczną postawę. Dziś, nawet jeżeli mamy do czynienia z jakimś komentarzem, to bardzo trudno to usłyszeć, całkowicie zmieniła się forma muzyki. Często nie da się odgadnąć, co dany twórca chciał powiedzieć bez przeczytania noty o kompozycji.

 

E.S.: Ale przecież nie musimy wiedzieć, o czym jest dany utwór. Kompozytor pisze dzieło z jakimś założeniem, ale ono będzie żyło nawet bez tych kontekstów. Ktoś może przyjść na koncert, nie wiedzieć nic o twórcy czy kompozycji i odbierać ją zupełnie inaczej. Mnie się wydaje to naturalne, że muzyka współczesna komentuje rozwój technologiczny, bo po prostu korzysta z jego owoców. Żyjemy w czasach niewiarygodnych zmian cywilizacyjnych, na przestrzeni sześćdziesięciu lat przeszliśmy ogromną drogę – mój tata uczył się do matury przy świecy, my dziś mamy tablety.

 

A czy według was muzyka współczesna potrzebuje publiczności i czy publiczność potrzebuje muzyki współczesnej?

E.S.: Tak, muzyka nowa potrzebuje publiczności.

 

M.K.: Ale czasami trzeba publiczności uświadomić tę potrzebę.

 

B.W.: W zeszłym roku występowaliśmy na festiwalu Muzyka na Szczytach w Zakopanem. Graliśmy tam tylko utwory współczesne. Warto wspomnieć, że audytorium tego festiwalu obejmuje bardziej tradycyjnie nastawionych słuchaczy. Kluczem do sukcesu było spotkanie z publicznością, rozmowa na temat naszego repertuaru, którą odbyliśmy kilka godzin przed występem. Reakcje słuchaczy po koncercie były znakomite, widać było, że dzięki temu, że wytłumaczyliśmy dokładnie, o co chodzi w danych kompozycjach, ta nie zawsze prosta muzyka została niezwykle dobrze przyjęta. Bardzo doceniam również to, że powstaje wiele utworów, w przypadku których publiczność może brać czynny udział w kreowaniu dzieła. Tak było na tegorocznym festiwalu Instalakcje, gdzie aby wysłuchać kompozycji, trzeba było chwycić zębami długi drewniany patyk. Dobrym przykładem może być też wykonany w parku przed warszawską Królikarnią utwór Bryza. Ulotna akcja na 111 rowerzystów Mauricia Kagela, podczas którego stu jedenastu rowerzystów jeździło wokoło parku i w odpowiednich momentach wydawało wcześniej ustalone dźwięki.

 

M.K.: Myślę, że publiczności trzeba pokazać, że muzyka współczesna może być ciekawa, że każdy może jej słuchać i na swój sposób ją interpretować. Wydarzenia, które mają miejsce podczas Warszawskiej Jesieni czy Instalakcji, pomagają w tej pracy, bo wychodzą do ludzi, często na ulicę. Dzięki nim wiele osób, które nigdy nie miałyby okazji zapoznać się z muzyką nową, zyskuje taką sposobność. To dobra inwestycja w przyszłość, bo okazuje się często, że tacy ludzie później stają się stałymi bywalcami wydarzeń związanych z muzyką współczesną.

 

W tym momencie możemy wspomnieć o waszej działalności edukacyjnej. W kwietniu wystąpicie na koncertach we wrocławskim Narodowym Forum Muzyki w ramach cyklu „Filharmonia dla młodych”.

E.S.: Podczas tych koncertów będziemy wykonywać tylko muzykę współczesną. Najważniejsza jest kwestia wytłumaczenia dzieciom, na czym polega ta muzyka i czego mają słuchać. Ale istotne jest również to, w jaki sposób do nich się mówi. One lubią słyszeć, że dadzą radę, że zrozumieją i że tak naprawdę to wszystko jest bardzo proste. Bo jest! Nie wiem, gdzie zaczął się ten problem, to przekonanie, że do muzyki współczesnej trzeba mieć jakąś wiedzę…

 

M.K.: Ci, którzy się tym interesują, mają tego świadomość, ale ci, którzy nigdy nie mieli styczności z taką muzyką, bo nikt ich tym nie zainteresował, będą uważać, że jest za trudna. Rzecz w tym, że muzyka współczesna nie jest obecna w dzisiejszym świecie, nikt o niej nie mówi. Ludzie jej nigdzie nie słyszą, a jak zobaczą przez przypadek fragmenty dziwacznych rzeczy, w których nie ma melodii, albo ktoś im mówi, że pięć osób stojących na estradzie w bezruchu to utwór, to wcale się nie dziwię, że trudno im się przekonać do muzyki współczesnej, nie mówiąc już o tym, by ktoś wpadł na pomysł zabrania na koncert swoich dzieci.

 

B.W.: To też jest kwestia edukacji oraz tego, że środowisko muzyki współczesnej jest bardzo zamknięte. Wszyscy egzystują w hermetycznym gronie, brakuje wyjścia na zewnątrz, wprowadzania ludzi w świat sztuki współczesnej. Kilka razy przy okazji zwiedzania różnych muzeów za granicą zdarzyło mi się trafić na odbywające się tam przedsięwzięcia edukacyjne. Oczywiście związane one były z malarstwem współczesnym. Wyglądało to tak, że grupki dzieci zebrane były wokół jednego obrazu, o którym opowiadał im przewodnik. Ja sam zastanawiałbym się zapewne godzinami, co przedstawia to dzieło. Widać było również, że to nie były zwyczajne zajęcia, dzieci miały w rękach kartki z namalowanymi przez siebie wersjami obrazu. Właśnie takie podejście i takie pomysły staraliśmy się przenieść na grunt muzyki w naszych koncertach edukacyjnych.

 

Zapytam jeszcze o stronę techniczną waszych występów. Ze względu na dużą liczbę instrumentów perkusyjnych zagadnienia logistyczne spędzają wam chyba sen z powiek?

M.K.: (śmiech) Ostatnio jest trochę lepiej, zaczęliśmy jeździć dużym samochodem dostawczym, dzięki czemu możemy się wszyscy w nim zmieścić. Chociaż nadal mają miejsce trudne sytuacje. Czasem jednego dnia musimy zapakować samochód, przejechać kilkaset kilometrów, zrobić próbę, zagrać koncert, spakować wszystko i ruszyć w drogę powrotną. Często wypożyczamy instrumenty (szczególnie te większe, jak tam-tamy czy kotły) w miejscu, w którym gramy.

 

B.W.: Dziesięć lat temu, kiedy mieliśmy próby przed występem na festiwalu Nowa Tradycja, jeździliśmy na nie tramwajami. Wszystkie instrumenty były spakowane, przewiązane sznurkami. Jakoś dawaliśmy radę.

 

E.S.: Tak naprawdę wszystko można załatwić. Kiedy zaczynaliśmy grać w duecie, często odmawiano nam możliwości występu, bo problemem było uzyskanie dostępu do dwóch fortepianów, po kilku latach problem zniknął. Później powstała kwestia, jak można zdobyć dwa fortepiany na występ na powietrzu, a teraz wykorzystujemy nawet cztery fortepiany! Choć trzeba też przyznać, że nie mamy wygórowanych żądań, nie zawsze musimy grać na dwóch Steinwayach koncertowych.

 

B.W.: Ale kto wie… Skoro kiedyś woziliśmy instrumenty tramwajami, to może niedługo będziemy grać tylko na Steinwayach…

 

M.K.: Tak! I będą za nami jeździć na każdy koncert! (śmiech)

 

Jakie macie plany na 2016 rok?

E.S.: Udało nam się po wielu latach grania muzyki współczesnej stworzyć własny kanon repertuarowy, którym chcielibyśmy się podzielić z publicznością. Ważne dla nas jest to, aby utwory, które zostały dla nas skomponowane w ostatnich latach, rozpropagować podczas koncertów.


B.W.: Planujemy również trasę koncertową z Requiem Ludowym, chcemy się chwalić tym, co w tamtym roku wyszło nam najlepiej, czyli sukcesem płytowym tego przedsięwzięcia. Zagramy też koncert w Szczecinie, gdzie zaprezentujemy Music for 18 Musicians Steve’a Reicha, a w Lublinie wykonamy Wesele Igora Strawińskiego na cztery fortepiany i sześć perkusji. Oczywiście, tak jak wcześniej wspominaliśmy, odwiedzimy też Narodowe Forum Muzyki we Wrocławiu. Kalendarz mamy wypełniony aż do grudnia!