Wydanie: MWM 04/2016

Muzyczni bogowie

Article_more
Zacząć muszę od tego, że plany związane z 1 kwietnia należy oglądać przez lupę. Nie lubię prima aprilis. Ciągle zadawać sobie przecież trzeba pytanie – prawda to czy fałsz? Ktoś sobie żartuje czy mówi całkiem serio? Mam nadzieję, że VII Symfonia Antona Brucknera pod dyrekcją Stanisława Skrowaczewskiego w Narodowym Forum Muzyki takim żartem nie jest.

Chociaż wszystko brzmi jak spełnienie najskrytszych marzeń, na które czeka się długo, z utęsknieniem. Czy można wyobrazić sobie coś wspanialszego? Akurat ta, wyjątkowa Symfonia w wizji interpretacyjnej Nestora światowej dyrygentury, artysty legendarnego już, człowieka, który większość swojego zawodowego życia i twórczej pasji poświęcił właśnie muzyce enigmatycznego mizantropa, na pierwszy rzut oka (i ucha) raczej antypatycznego?

 

Anton Bruckner nie jest skrojony na nasze czasy. W erze tempa, brzydoty i brudu (patrz: tatuaże i bazgroły na ścianach), w dekadach kultu zdziecinnienia i zidiocenia wszystkich i wszystkiego (vide kariera najróżniejszych pluszaków i emotikonów, czyli serduszek i uśmiechniętych buziek oraz legionu innych, infantylnych, a kompletnie nieprzydatnych gadżetów) – jego dzieła są za duże, przytłaczające, absorbują morze czasu, angażują zbyt wiele sił i środków. Ach, to może dlatego są mi bliskie – toż to czysta kontestacja wszystkiego, co „nowoczesne”! Żeby doświadczyć i zrozumieć, spróbować wejść w tę muzyczną krainę o wymiarach galaktyki – trzeba oderwać się od nowych technologii, zapomnieć o głośniczkach i strumieniowym przesyłaniu dźwięku (o jakości śladowej zresztą). Trzeba się ruszyć z domu, zamknąć w przestrzeni do tego adekwatnej i oddać podziwianiu krainy – no właśnie! – jedynej w swoim rodzaju. Czasoprzestrzeni, w której nikt nie popędza, nie popycha, nie gna i nie rozprasza. Wówczas okaże się, że wszystko jest tu logicznie uporządkowane, ma swoje miejsce, a kształty i konstrukcja nie są przypadkowe, tylko urastają do rangi symbolicznej – kwintesencji trwałości i solidności. 

Czy prawdziwy sukces zdarza się raz w życiu? Los Antona Brucknera nie rozpieszczał, raczej nie szczędził mu rozczarowań i artystycznych porażek. Wyjątkiem jest VII Symfonia. Zaprezentowana światu z dala od złośliwej wiedeńskiej krytyki (Hanslick przy innej okazji dla Brucknera ukuł termin Katzenjammerstill). W Lipsku pod dyrekcją Arthura Nikischa, 30 grudnia 1884 roku, została przyjęta wręcz entuzjastycznie. Nie podejmuję się wskazać przesłanek dla tak diametralnej odmiany stanu rzeczy. Może to był cud? Przecież i tutaj – jak powiedzieliby złośliwcy – kompozytor nadużywa progresji i repetycji, nie szczędzi gigantycznych spiętrzeń dźwięków czy niekończących się linii melodycznych i długo wybrzmiewających fanfar, albo „cienkich”, jednogłosowych łączników. Na tym jednak czar jego sztuki polega. Bruckner buduje własne, symfoniczne światy z takich komponentów, które innym kompozytorom do głowy by nie przyszły! I czyni to z takim przekonaniem, że nie można im odmówić logiki. A może do sukcesu przyczynił się fakt użycia po raz pierwszy na niwie symfoniki tub wagnerowskich? Chyba nie, to zbyt mało! Drugim ogniwem Siódmej jest Adagio, oczywiście wielkie. Materia tkana sumiennie, powoli – muzyka niezwykłego melodycznego piękna i czystej szlachetności. W ostatniej, najważniejszej kulminacji jeden, jedyny raz pojawia się w Adagio uderzenie w talerze (około dziewiętnastej minuty). Legenda podpowiada, że w taki sposób chciał zaznaczyć Bruckner ważną chwilę, w której dotarła do niego wieść o śmierci Richarda Wagnera. Nawet jeśli to wyłącznie produkt romantycznej imaginacji, to całkiem prawdopodobny, skoro w jednym z listów kompozytor zaznaczył: ostatnich trzydzieści pięć taktów Adagia to „muzyka żałobna pamięci ukochanego i nieśmiertelnego Mistrza”.

 

Zgadzam się ze stwierdzeniem, że niełatwo się w tej krainie odnaleźć, szczególnie pierwszy kontakt z symfoniką Antona Brucknera może być deprymujący. Na ten pierwszy raz przydałby się doświadczony przewodnik. I nie można wyobrazić sobie wspanialszego, niż Maestro Stanisław Skrowaczewski. Świat Brucknera zna na wylot, w ciągu swej długiej kariery spenetrował każdy, nawet najmniejszy zakamarek. Nie może być inaczej, skoro u Stanisława Skrowaczewskiego miłość do Brucknera zrodziła się w jednym momencie. Opowiedział mi o tym w 2007 roku: „Miałem wtedy sześć, może siedem lat. Latem spacerowałem z kolegą po takiej dosyć cichej, spokojnej ulicy, były otwarte okna. I z parteru uderzyła mnie nagle muzyka, zupełnie jak piorun. Stałem przez pół godziny, oddzielony od świata. Mój kolega myślał, że coś się stało ze mną złego, że zwariowałem. Domyślił się, że po prostu słucham muzyki, ale trochę się dziwił. Rzeczywiście byłem nie bardzo przytomny. Zupełnie nie wiedziałem, co to za utwór. Nie mogłem dojść do siebie, byłem trochę nieprzytomny, miałem halucynacje. Nie wiedziałem, gdzie jestem, kim jestem, byłem w jakimś transie, bardzo dziwnym. Wieczorem do tego dostałem gorączki. Mój ojciec, lekarz, zwołał rano małe konsylium lekarskie, które niczego nie stwierdziło. Przeszedł ten stan wkrótce, ale ja oczywiście ciągle miałem tę muzykę w uszach. Gdy potem zacząłem szukać, okazało się, że było to Adagio z VII Symfonii. Od tego czasu Bruckner jest dla mnie jednym z muzycznych bogów”.

 

I jak tu nie wierzyć w przeznaczenie?