Wydanie: MWM 04/2016

Pejzaż po zimie

Article_more
Duże willowe mieszkanie w warszawskim Śródmieściu, ogromny mieszczański salon ze starymi meblami, przeszklone drzwi prowadzące do ciemnego ogrodu. Na ścianach staromodne drukowane tapety, przy oknach zasłony. W zimowy wieczór, kiedy na dworze mokro i chłodno, w tym salonie grupa ludzi swobodnie spoczywa na krzesłach lub fotelach, półkolem otaczając stojące przy drzwiach pianino i towarzyszący mu stołek barowy.

Za moment słuchać będziemy Podróży zimowej. Schubertowskiej i nie-Schubertowskiej zarazem, bo dzisiejsza Winterreise to wspólna kreacja dwóch artystek, działających w niewielkim, ale wzajemnie się inspirującym kręgu znajomych. Część z nich zebrała się w tej salce, na półdomowym, klubowym koncercie, który raczej nie ma ambicji „eventu”. Właściwie nie wiem, jakie są te ambicje, poza spotkaniem, prezentacją najnowszego przedsięwzięcia Barbary Kingi Majewskiej i Emilii Sitarz, no i wspólnym myśleniem o muzyce Schuberta.

 

Winterreise to przecież symbol, wehikuł silnych emocji, obiekt niekończących się interpretacji, tekst kultury, który nie traci swojej siły. Droga zimowego wędrowca, garść jego zamrożonych łez, przeszywająca opowieść o odrzuceniu, tęsknocie, uczuciu zawodu, rozpaczy i osamotnieniu. Dla niektórych melomanów niemal relikwia, romantyczny odpowiednik pomnikowych dzieł Bacha. Można i tak, chociaż jest Winterreise raczej „nie-odpowiednikiem”, bo natura jej ekspresji jest radykalnie odmienna: to manifest wrażliwości romantycznej. Jeśli umiemy czytać język Schuberta – przenosi on nadal bardzo silny przekaz emocjonalny. O ile potrafimy rzeczywiście ten język odczytać, bo może właśnie nie, może po prostu przychodzimy posłuchać ładnej muzyki; dobrze wiemy, jak powinno się ją śpiewać i grać, czego spodziewać się po takim wykonaniu. Wtedy ten koncert uderzyłby nas niemiło, odrzucił, wzbudziłby sprzeciw. Nawet silny. 

Pierwsze pieśni cyklu w tej interpretacji jakoś znikają, zagubione wśród chrobotów i stuków starego pianina. Czwarta, Erstarrung, jest śpiewana z ogromnym uczuciem, ale solistka urywa przed końcem, kiedy rozpacz powinna przetopić się w gniew; jakby głos uwięzł jej w krtani. To są osobiste i osobliwe odczytania pieśni Schuberta: wypreparowane akordy, przemilczane teksty, wybuchy emocji i ich duszenie niemal do poziomu nucenia pod nosem. Majewska i Sitarz dogadują się we dwójkę, jakby mimo jakiegokolwiek odbiorcy, biorą z Schuberta to, w co najpełniej wierzą, i to, co chcą ocalić. Wyciągają esencję, modyfikują kolejność, a zatem kontekst, fałdują czas, który kurczy się i rozszerza. Maniery wokalne zmieniają się tutaj od przerysowanej ludowości, przez wyrafinowaną konwencję rodem z najlepszych lat berlińskiego kabaretu, pełen rezygnacji monolog, po szept, jakby śpiewaczka mówiła do siebie. Partia fortepianu bywa samotna, obnażając znaczący brak ludzkiego głosu; w niektórych pieśniach jest zredukowana do kilku współbrzmień, punktualistycznych próbek, a w finale – do minimalistycznego gestu powtarzanego akordu, tłuczonego, jak tłucze się w rozpaczy głową w ścianę, nie czując już nic.

 

Może mieszam, na pewno mieszam wrażenia, odtwarzam na podstawie płyty (Populista presents Barbara Kinga Majewska and Emilia Sitarz play Franz Schubert Winterreise, Bôłt 2016), bo podczas koncertu w klubie DZiK siedziałem jak zaczarowany, choć ekspres pracował, drzwi trzaskały i brzęczało szkło. W tym salonie pełnym „nowych mieszczan”, ze starą tapetą, nieklubowymi firankami, przedpotopowym pianinem i atmosferą uważnej ciekawości przemieszanej z jakimś głębokim, bardzo osobistym sentymentem do muzyki Schuberta, Barbarze i Emilii udało się przerzucić most od naszego „teraz tu” – do „tam”, czyli czegoś nieobjętego przez analizy historyczne. Wejść w głąb, rozłożyć na podstawowe elementy przekazu, wydestylować to, co ważne. Zawiesić nawyki wykonawców i odbiorców muzyki klasycznej, unieważnić je na moment, zdjąć z dzieła, aby zobaczyć, co jest w środku. Co współczesny artysta, odmawiając sobie wyuczonych odpowiedzi, jest w stanie z tej muzyki wziąć. Taki performans / kameralny spektakl / seans podglądactwa najbardziej intymnego kontaktu ze sztuką zapewne wzbudziłby sprzeciw filharmonicznej publiczności, gdyby został jej przedstawiony jako interpretacja dzieła Schuberta. Polegał on bowiem na czymś, co jest bez wątpienia rewersem wobec ustalonego w XX-wiecznej estetyce wykonawczej „szacunku dla tekstu”. Stanowił raczej próbę odpowiedzi na pytanie: a co by było, gdyby potraktować te pieśni tak, jak współcześni reżyserzy teatralni traktują sztuki Szekspira czy Strindberga, tzn. wybierając, co im potrzebne i bliskie, z wielości interpretacji tych tekstów. Poddać utrwalony zapis praktyce nawiązującej zarówno do tradycji kultury oralnej, jak i współczesnej analizy tekstu. Po wszystkich tych zabiegach – jestem najgłębiej przekonany, że wysłuchałem właśnie Winterreise Schuberta nie mniej prawdziwej, niż jej zgodne z romantyczną tradycją wykonania. Tożsamość tego dzieła nie znikła, przeciwnie – została poszerzona. Moja wrażliwość i czułość odbiorcy – w stopniu trudnym jeszcze do oceny rozszerzona. Istny fitness dla duszy – o ile dusza jest.