Wydanie: MWM 10/2012

Zbrodnia i kara

Article_more
Jeśli nocą przyjdziecie pod gmach główny Uniwersytetu, macie szansę zobaczyć cień dziewczyny w białej sukni, przesuwający się za oknami. Czasem słychać tylko lamentacyjny śpiew, który wywołuje gęsią skórkę. Złośliwi mówią, że to duch studentki prawa, która padła ofiarą egzaminu z KPA i teraz domaga się „komisu”, ale prawda historyczna każe nam zaprzeczyć.
 

Strzeż się „żelaznej dziewicy”
Duch na Uniwersytet przeniósł się z zamku. Bo w tym miejscu stał kiedyś zamek. Oddzielony był od miasta grubym murem. Na trzech wieżach dzień i noc czuwali strażnicy, pilnie bacząc, by nikt niepowołany tu nie wchodził. I nie wychodził. Matki straszyły dzieci, że jak będą niegrzeczne, to trafią do zamkowych lochów. A tam...

To nie chciało im już przejść przez gardło, choć niektórzy przebąkiwali o strasznej sali tortur, urządzonej w najbardziej niedostępnej części zamkowych podziemi. Centralne miejsce miała zajmować w niej „żelazna dziewica”. Było to wielkie, żelazne pudło nabijane gęsto długimi, metalowymi kolcami. Ofiarę wkładano do środka i powoli zamykano wieko. Ostrza przebijały ciało nieszczęśnika w setkach miejsc. Powiadano, że nikt nie przeżył uścisku „żelaznej dziewicy”.

Zamkowy kasztelan dbał, by „dziewica” nie czuła się samotna. Był wyjątkowo okrutny. Nawet jak na Wrocław, a wiadomo, że wrocławianie przyzwyczajeni byli do ekscesów władzy. Miał córkę Elżbietę, dziewczę piękne i szlachetne, nienawidzące ojcowskiej tyranii. Pewnego razu, gdy uwięziono niewinnego młodzieńca (przystojnego, a jakże), Elżbieta postanowiła go ratować za wszelką cenę. Późną nocą, wykradłszy kasztelanowi klucze, zeszła do podziemi. Ale ojciec przebudził się, chwycił sztylet i pobiegł śladem dziewczyny. Dopadł córkę w sali tortur. Już-już miał podnieść sztylet do ciosu, gdy Elżbieta rzuciła w niego pękiem ciężkich kluczy. Kasztelan zatoczył się i wpadł w objęcia „żelaznej dziewicy”. Wieko zatrzasnęło się, a po chwili ze szczelin wypłynęła krew. Nim skonał, przeklął córkę. Miała na zawsze pozostać w podziemiach jako karząca ręka sprawiedliwości.

Nikt nie wiedział, co się z nimi stało, choć wrocławianie to ludek dociekliwy. Zniknięcie kasztelana przyjęto z radością. Elżbiety żałowano, ale i o niej szybko zapomniano. Minęły lata. Na zamku rządził kasztelan Walter z Brynka, ojciec pięknej Marii. W niej to zakochał się Herman von Salza, rycerz zakonu krzyżackiego. Ale cóż! Albo śluby zakonne, albo miłość do niewiasty. Pewnej bezsennej nocy, gdy nieszczęśliwy snuł się po zamku, trafił do jakiejś ogromnej sali. Właśnie zegar wybijał północ. Gdy przebrzmiało ostatnie uderzenie, podłoga zadrżała, powietrze zawirowało, a oczom Krzyżaka ukazała się młoda kobieta i mężczyzna zbroczony krwią. Zdawali się błagać, by poszedł za nimi.

Widma zaprowadziły go do „żelaznej dziewicy”. Patrzył Herman zdumiony, jak po kolei wnikają we wnętrze pudła, a jego wieko zapada się z trzaskiem. Kilka razy powtórzyła się ta scena, aż wreszcie męskie widmo wskazało rycerzowi ognisty napis na ścianie: „Wyrzeczenie daje wyzwolenie”. Wspomniał Herman na swą miłość do Marii, obowiązki zakonne, cierpienie dusz potępionych i wyrzekł się miłości do niewiasty. „Chcę, bądźcie wyzwoleni”, zawołał. Wówczas widma zniknęły, a rycerz padł zemdlony. Ocknął się w swojej komnacie. Jeszcze tego samego dnia wyjechał z Wrocławia. A „żelazna dziewica”, spytacie? Cóż, w 1670 roku jezuici, którzy dostali zamek od Habsburgów na potrzeby swego kolegium, zaczęli rozbiórkę budowli. Na miejscu zamku wystawili gmach, który należy dziś do Uniwersytetu. Czy znaleźli „żelazną dziewicę”, nie wiadomo. Ale jeszcze w 1875 roku stał przy Uniwersytecie budyneczek z gotycką bramką, zwany „Pod Żelazną Dziewicą”, który służył kiedyś jako karcer dla uczniów jezuickiej akademii.

Co w trawie piszczy
Kto się boi dziewic, niech wybierze się wieczorową porą pod Areszt Śledczy przy ul. Świebodzkiej. To strefa, do której nie wchodzą, bo chóralne piski skutecznie odstraszają nawet widma. Tylko koty ściągają tu z całego miasta. Jeszcze na planie Wrocławia z 1841 roku, pomiędzy fosą a Magazinstrasse (okolice Świebodzkiej) był zaznaczony duży staw. Nie zapisano wprawdzie jego nazwy, ale wrocławianie mówili: Mysi Staw. Zaklinali się, że gdy miasto ma spotkać nieszczęście, wody stawu robią się czerwone. Zabarwia je krew ofiar myszy. A było to tak.

Żył kiedyś we Wrocławiu bogaty kupiec, dumny i pyszny jak sam diabeł. Zasiadał w radzie miejskiej, kupił sobie majątek ziemski i marzył o szlacheckim herbie. Miał on córkę, śliczną Maryjkę, którą zamierzał dobrze wydać za mąż. Mariaż miał przydać rodzinie splendoru. Kandydatów do ręki córki nie widział nawet wśród wrocławskich patrycjuszy. Odmówił młodemu Rehdigerowi, choć ten należał do jednej z najbogatszych rodzin na Śląsku. A we Wrocławiu to już nikt im nie mógł dorównać. Złośliwi nazywali wrocławską radę miejską „die Rehdigersche Schwaegerschaft” (Redigerowe pociotki) i twierdzili, że Rehdigerowie zawsze dostają to, co chcą. Z wyjątkiem Maryjki.

Nic więc dziwnego, że kupiec wpadł w złość, gdy zobaczył, że na Maryjkę słodkimi oczami spogląda młody złotnik Karol. Zwykły złotnik! Znali się od dziecka i często razem bawili. Ale kupiec podejrzewał, że Karolowi przyjaźń nie wystarcza. Ucieszył się więc, gdy młodzieniec oznajmił mu, że jedzie w świat. Nie dodał jednak, że jedzie po to, by zdobyć majątek umożliwiający mu ożenek z Maryjką. Nie powiedział też, że dziewczyna przysięgła czekać do jego powrotu.

Minęło kilka lat. Do miasta zjechał namiestnik króla czeskiego, jako że działo się to w czasach, gdy Wrocław należał do korony czeskiej. Dostojnik miał wystarczająco dużo pieniędzy i tytułów, żeby podeptać wszelkie konwenanse, i mógł pozwolić sobie na kaprys poślubienia mieszczańskiej córy. Oświadczył się o Maryjkę i został przyjęty. Przez ojca, bo dziewczyna dostała histerii i zalewając się płaczem, wyznała miłość do Karola. Pech chciał, że złotnik zjawił się właśnie we Wrocławiu (ze sporym, dodajmy, majątkiem) i kupiec, chcąc rozwiązać problem, postanowił utopić niechcianego kandydata na zięcia w stawie. Gdy zapadł zmrok, pachołkowie pochwycili Karola, zawlekli nad staw i przywiązali kamień do szyi. Nie zdążyli jednak wrzucić go do wody, bo ze stawu wyszły... myszy. Tysiące myszy. Nie minęły trzy pacierze, a z pachołków i kupca nie została nawet kosteczka.

Podobno to nie były jedyne mysie ofiary w historii Wrocławia. Gryzonie miały także schrupać niedobrego biskupa i jego świtę. Było to w czasach, gdy Śląsk nawiedziła klęska głodu. Zrozpaczeni ludzie udali się po pomoc do swego pasterza, ale ten poradził głodującym, by jedli myszy. I myszy natychmiast pojawiły się. Wyszły ze stawu, by pożreć biskupa.

Jak widać z tej opowieści, wrocławskie myszy uchodziły za zwierzątka nader pożyteczne. Nie tylko w charakterze wymiaru sprawiedliwości. Niemiecka medycyna ludowa kazała przykładać świeżo zabitą, obdartą ze skóry mysz do chorego miejsca, aby uleczyć raka. Myszy uwalniały także od konieczności chodzenia do cyrulika, gdy bolał ząb. Wystarczyło bowiem odgryźć głowę żywej myszy i ból przechodził. Na szczęście, nie musimy sprawdzać. Mysi Staw osuszono, a dentyści leczą ze znieczuleniem. Jednak myszy zostały i wrocławianie zawsze mogą ich użyć.

Ach, mój podły Augustynie
We Wrocławiu, u zbiegu ulic Zachodniej, Rybackiej i Szczepińskiej stał kiedyś kościół gotycki pod wezwaniem św. Mikołaja. Przechowywano w nim czerwoną spódnicę należącą do kobiety, którą 4 kwietnia 1503 roku wrzucono do Odry przy młynie miejskim. Mimo że była związana sznurem, przypłynęła szczęśliwie w okolice kościoła, któremu patronował dobry biskup z Miry, i za jego sprawą została wyrzucona przez rzeczne fale na brzeg.

Wrocławski dziejopis Mikołaj Pol, który około 1630 roku zapisał ową historię, nie zadbał jednak o dobre imię swojego patrona. Miast głosić pochwałę cudu, zaznaczył skrupulatnie: „Znajduję jednak w ręcznie napisanej kronice, że w końcu utonęła”. Mylił się jednak. Kobieta wyszła z tej opresji cało. Kim była? Żoną karczmarza Augusta, który prowadził karczmę na rogu Nowego Targu i dzisiejszej ulicy Purkyniego. Miała na imię Magdalena, była młoda i piękna. Została oskarżona o zadawanie się z czartem. Przed utonięciem uratował ją święty Mikołaj, a przed spaleniem – własny spryt. A wszystkiemu winien był mąż.

August lubił kobiety, zwłaszcza te, które pracowały w jego karczmie. Skwapliwie korzystał z wdzięków służącej Dorotki. A że żona ciosała mu o to kołki na głowie, postanowił pozbyć się marudnej połowicy. Zeznał, że ta zadaje się z czartem. Wiadomo, jakie nieszczęścia potrafiły na ludzi sprowadzić czarownice. „Grady i powietrze szkodliwe z piorunami i błyskawicami poruszają, niepłodność w ludziach i bydle sprawują, niemowlęta, których nie pożerają, szatanom ofiarują albo też zabijają. Umieją też sędziów i inszych urzędników umysły, żeby im nie szkodzili, odmieniać” – przestrzegali inkwizytorzy. Sławetna była ich umiejętność dojenia mleka z powrozów lub dzwonu kościelnego. Okoliczne krowy solidarnie strajkowały na widok gospodyni ze skopkiem, a z powroza leciała pienista struga. Znakiem rozpoznawczym szczególnie wrednych czarownic były zielone oczy. Takie jak Magdaleny.

Sędziowie postanowili najpierw poddać karczmarkę próbie zimnej wody. Związano więc kobietę postronkiem i wrzucono do rzeki. Widzowie wstrzymali oddech: utonie – znaczy niewinna, nie utonie – trzeba palić na stosie. Nie utonęła. A torturowana zeznała, że jej wspólniczką była mężowska miłośnica i najznaczniejsze kobiety w mieście. Sąd okazał się, o dziwo, nad podziw rozsądny, a może tylko ostrożny, i Magdalenę wypuszczono. Wprawdzie co poniektórzy szemrali, że to dowód jej czartowskiej mocy, ale sprawę zatuszowano.

Najgorzej na tym wyszedł karczmarz August. Okazał się oszczercą i cudzołożnikiem. Wychłostany pod pręgierzem i skazany na publiczną pokutę pod kościółkiem pod wezwaniem św. Klemensa, wybłagał jednak u swej połowicy słowa przebaczenia. Wkrótce potem Magdalena z Augustem potajemnie opuścili Wrocław. Ich dom długo był jednak pusty. Ludzie twierdzili, że zbierają się tam czarownice. Na strychu ciągle coś trzeszczało, a po kalenicy łaził czarny kot.

Mijały lata i do kamienicy wprowadziło się młode małżeństwo. Sprowadzili egzorcystę, wyświęcili wszystkie kąty, a na narożniku domu postawili figurę Matki Boskiej. Twierdzili, że w domu nastał spokój, ale cóż innego mogli powiedzieć, skoro czarownice w charakterze sublokatorek mogły sprowadzić na nich poważne kłopoty…