Kochać, jak to łatwo zaśpiewać

Article_more
Z badań amerykańskich psychologów wynika, że mężczyźni częściej niż kobiety wyznają jako pierwsi miłość. Niektórzy zrobili z tego nawet zawód. Zaśpiewaj, że „jej ciało wielkich jest rozkoszy skrzynią”, a zaznasz rozkoszy… przejścia do historii, bo na nic innego nie powinieneś liczyć. Musi ci wystarczyć sztuka. Sztuka minnesingera.

To opowieść niemoralna, bo przenosząca do czasów, gdy małżeństwo było grobem miłości. W jednym ze średniowiecznych tekstów określających zasady miłości dwornej czytamy, że „miłość nie może rozciągać swych praw pomiędzy męża i żonę. Kochankowie zgadzają się na wszystko wzajemnie i bezinteresownie, bez przymusu konieczności, podczas gdy małżonków zmusza obowiązek do spełniania chęci jednej lub drugiej strony”. Jak przestrzegał Jean Le Fevre, w Les Lamentations de Mattheolus, XIV-wiecznej spowiedzi rozgoryczonego mężczyzny (mizoginicznej, przyznajmy), żona jest jak zegar, co nigdy nie przestaje tykać i wybijać godzin: depcze mężowi po piętach, wypomina wszystkie braki w domu, a względny dostatek przypisuje sobie, bo to ona pierze i przędzie. Cukrowa sałata wyrodziła się w ciernisty krzew, pożycie małżeńskie zmieniło się w piekło i człek na własnej skórze przekonał się, że są trzy plagi domowe: dym, muchy i żona. 

On, ona i miecz
Być może także dlatego wrocławski książę Bolesław Rogatka, który z ukochaną Zofią von Doren żył na kocią łapę, był podobno – jak doniósł zgorszony Jan Długosz – „tak bardzo ujęty czarem i pieśniami wymienionej nałożnicy i zalotnicy, że choć człowiek z natury surowy i twardy, ujarzmiony pożądaniem jej, czynił wszystko wedle jej życzenia”. A legalna żona Eufemia tak była tym rozgoryczona, że wyszła w jednej sukni z mężowskiego dworu i powędrowała piechotą do rodziny na Pomorzu Gdańskim.

Takie jawne skandale raczej rzadko się zdarzały, bo potrzebę miłości zaspokajała sztuka. Nie kręcono wtedy jeszcze komedii romantycznych, wystarczyli minnesingerzy, śpiewacy i poeci sławiący dworną miłość. Uczucie bez nadziei na spełnienie, ale pozwalające oderwać się od prozy życia. Damę się wielbi, spełnia się jej życzenia, płonie z miłości do niej, ale na nic więcej nie można liczyć. Jeśli spędzają razem noc, pomiędzy nimi leży miecz i nie należy dopatrywać się w tym spotkaniu niczego złego. Nawet jeśli Giraut de Bornelh, tworzący na przełomie XII i XIII wieku francuski „mistrz trubadurów” (zachowało się dziewięćdziesiąt jego pieśni, z czego cztery z melodią), śpiewa, że go już „jasność dnia nie nęci, nie kusi świtanie, bo trzyma w swych ramionach tak piękną dziewczynę, że o nic się nie troszczy i obojętnie minie zazdrosny czar jutrzenki”.  

Tak naprawdę mamy do czynienia z miłością miłości. Przechował ją Codex Manesse, zwany również Wielkim śpiewnikiem heidelberskim (bo przechowywany jest w bibliotece uniwersytetu w Heidelbergu), najważniejszy zbiór średniowiecznej poezji w języku niemieckim, napisany w XIV wieku. Księga zawiera utwory 139 autorów, szlachetnie urodzonych muzyków i poetów lirycznych oraz 137 pięknych miniatur przedstawiających minnesingerów i ich herby. Na jednej widnieje Heinrich von Pressela, czyli Henryk z Wrocławia, którego historycy utożsamiają na ogół z księciem wrocławskim i krakowskim Henrykiem Probusem. Wygląda oszałamiająco, został przedstawiony w roli zwycięzcy turnieju rycerskiego odbierającego wieniec od jednej z dam. Na kropierzu jego konia widnieje napis: „Amor amori”.

Stara i garbata, ale wciąż niebezpieczna
Wychowany w Pradze, na świetnym dworze króla czeskiego Przemysła Ottokara II Probus zapewne dobrze poznał ideały „fin’amors”. Przebywali tu tak wybitni poeci, jak Ulrich von dem Türlin, Friedrich von Sonnenburg i Meister Sigeher, piszący pieśni pochwalne dla króla (zachowały się zapisy melodii).

Widocznie Henryk Probus postanowił pójść w ich ślady, bo w Kodeksie Manesse zapisano dwie pieśni miłosne jego autorstwa albo – co też jest możliwe – napisane za niego:

Słysz, Wenus, skargę, co serce mi ściska,
Posłuchaj, jak miłość zraniła mnie.
Lecz jeżeli mi pomożecie,
To miłość znajdzie drogę przecie,
By w sercu mej Pani wzbudzić czulsze drgnienie.

(tłum. Joanna Figiel)

Twierdził nawet, że jej ciało „wielkich jest rozkoszy skrzynią”. Całkiem romantycznie, jak na gracza politycznego wysokiej klasy – kandydata do korony królewskiej i dobrego gospodarza. To jemu Wrocław zawdzięczał przywileje ekonomiczne: prawo mili i prawo składu. W życiu był bardziej pragmatyczny. A z kobietami radził sobie doskonale, nie tylko dlatego, że był młody i przystojny – warto obejrzeć nagrobek trzydziestotrzyletniego księcia we wrocławskim Muzeum Narodowym – ale z racji pozycji społecznej. Dwie żony kłopotów mu nie sprawiały, inne damy też chyba gotowe byłyby obdarzyć Henryka swoimi łaskami. Nic nam jednak nie wiadomo, żeby z takich możliwości korzystał. Wprost przeciwnie, pokazał oblicze ascety wypalającego grzech ogniem, kazał bowiem pojmać i spalić siostrę jednego z wrocławskich dominikanów, pod zarzutem uprawiania nierządu z mnichami. Inna rzecz, że z dominikanami był w ostrym sporze, więc zarzuty o nierząd wydają się podejrzane. Tym bardziej, że – jak skarżyli się zakonnicy – kobieta była posunięta w latach i garbata.

Już prędzej Amor mógł ustrzelić kogoś na turniejach rycerskich, które Probus urządzał. Największy odbył się w Nysie w 1284 roku. Trwał cztery dni! Kilka lat później, w 1287 lub1288 roku, książę zorganizował wspaniałe, odbywające się we Wrocławiu uroczyste obchody swoich zaślubin z Matyldą, margrabianką brandenburską. Zabawy, śpiewy, gry rycerskie robiły wrażenie nawet na sławnym poecie – minnesingerze mistrzu Heinrichu von Meissen, zwanym „Frauenlob” („Piewcą Dam”), który obiecał, że zawsze chwałę mądrego księcia, pana Wrocławia, będzie głosił.

Zaprosiła do komnatki
Średniowieczni poeci odznaczali się większą śmiałością niż książę Probus. Żyjący na przełomie XII i XIII wieku francuski rycerz i krzyżowiec, Conon de Béthune, wyznawał, że „jego ciało zawsze pragnie grzeszyć”, a sławny trubadur Bernard de Ventadour, działający na dworze królowej Francji i Anglii Eleonory Akwitańskiej (1122–1204), śpiewał:

Gdybyż tylko była dość śmiała,
By mnie pewnej nocy zaprosić do komnatki,
Gdzie się rozdziewa,
I w tym miejscu tajemnym
Zarzucić mi ramiona na szyję.

(tłum. Maria Skibniewska)

Autor XIII-wiecznej, napisanej w języku oksytańskim (w Polsce zwanym częściej prowansalskim) Livre d’Artus, czyli Księgi Artura, jest jeszcze bardziej dosłowny, gdy wyznaje, że „kładzie jej rękę na piersi, na cycuszkach, na brzuchu i ciałko pieści, które miękkie i białe miała”.

Kobiety też układały pieśni o miłości, choć trubadurki, zwane trobairitz, były rzadkim zjawiskiem. Z imienia znamy około dwudziestu, badacze przypisują trobairitz od dwudziestu trzech do czterdziestu sześciu utworów, z czego tylko jeden zachował się wraz z muzyką. Jest to A chantar m’er de so qu’eu no volria, którego autorką jest Beatriz de Dia, znana również jako Comtessa de Dia, żyjąca na przełomie XII i XIII wieku córka hrabiego Isoarda z Diá. Innego mężczyzny była żoną, a innego kochała. Nie wiadomo, czy mąż ją traktował jak wiecznie tykający zegar, ale ukochany wcale nie był lepszy, bo w pieśni skarży się na jego nieczułość. Warto posłuchać utworu, który ma osiemset lat, na youtube jest dostępnych kilka nagrań, między innymi w wykonaniu Clemencic Consort i Pilar Figueras.

Średniowieczne poradniki ars amandi radziły kobietom, żeby wykorzystywały każdą okazję, aby popisać się ładnym głosem, grą na psałterionie, bębenku, gitarze i cytrze, bo to mocno działa na mężczyzn. A mężczyznom – by układali piosenki, bo dama, która nie gardzi takim hołdem (a która gardzi!), z trudem oprze się pokusie udzielenia odpowiedzi.

Nie wiadomo, co mają zrobić ci, którym Opatrzność poskąpiła muzycznych talentów. Chyba muszą się po prostu ożenić.