Wydanie: MWM 04/2016

Kosmiczna wibracja

Article_more
Nie, Rufus Harley nie był jednym z tych zapomnianych pionierów, którzy zmienili historię muzyki (choć nawet historia o nich nie pamięta). Był świetnym muzykiem, ale żaden z niego geniusz. Był… no cóż, po prostu pierwszym jazzowym dudziarzem świata.

Ta historia zaczęła się 22 listopada 1963 roku, w dniu pogrzebu Johna Fitzgeralda Kennedy’ego. W ceremoniach pogrzebowym zastrzelonego prezydenta wzięli udział dudziarze Czarnej Straży, legendarnego Trzeciego Batalionu Królewskiego Regimentu Piechoty ze Szkocji. Dostojeństwo, patos i łzy… Na oglądającym telewizyjną transmisję Rufusie Harleyu zrobiło to kolosalne wrażenie.

Był wtedy młodym, ale już całkiem biegłym muzykiem jazzowym – na saksofonie tenorowym grał od dwunastego roku życia. I grał nieźle, ale nieźle grających tenorzystów było w Ameryce aż za wielu – częsty problem nadpodaży instrumentalistów z jakiejś popularnej kategorii. Nic dziwnego, że Rufus czuł, że jeśli chce zostać czynnym muzykiem, musi znaleźć swoje własne, oryginalne brzmienie. A szukał długo i zacięcie: grał też na saksofonie altowym i sopranowym, na flecie, oboju i klarnecie. Trzeba przyznać, że w grze na dudach znalazł specjalność, w której nie miał absolutnie żadnej konkurencji.

Poszukiwania dud w rodzinnej Filadelfii okazały się bezowocne. Znalazł je dopiero w Nowym Jorku, ale – niemiłe zaskoczenie – nie potrafiąc wydać z nich żadnego dźwięku, zniechęcił się i wrócił do domu. Przed progiem zreflektował się, zawrócił i został szczęśliwym posiadaczem starych, szkockich dud. Ćwiczył zapamiętale – po pół roku opanował podstawy i zaczął występować publicznie. Sąsiedzi, maltretowani dudami do późnej nocy, nieraz wzywali policję. Harley zwykł witać funkcjonariuszy odzywką: „Dudy? A czy ja wyglądam na Szkota?”, skutecznie zbijającą ich z tropu (przynajmniej przez jakiś czas). Tak jak dźwięk dud nie należy do najcichszych, tak i los początkującego dudziarza w czarnym getcie Filadelfii nie należał do najłatwiejszych.

Jako lokalna ciekawostka Harley szybko zaczął pojawiać się w rozrywkowych programach telewizyjnych typu „zgadnij, czym się zajmuję”: „I’ve Got a Secret” czy „To Tell the Truth”. Wystąpił w epizodycznej rólce w komedii Francisa Forda Coppoli You’re a Big Boy Now. Jazzowe dudy naprawdę działały. Już w 1965 roku nagrał pierwszą ze swoich czterech płyt dla oficyny Atlantic Bagpipe Blues. Z początku na dudach wykonywał tylko jedną trzecią materiału na albumach – resztę na saksofonach i flecie – jakby przewidując, że przenikliwy dźwięk w zbyt dużej dawce będzie dla słuchaczy nie do zniesienia.

I faktycznie – choć raczej nie tylko estetyczne uprzedzenia wchodziły tu w grę – po wydaniu debiutu Harleya wytwórnia Atlantic dostała telefony z pogróżkami. Świat amerykańskich dud był wtedy światem białych, tradycjonalistycznie nastawionych mężczyzn. Kobiety usiłujące grać na dudach skarżyły się na opór konserwatywnego środowiska jeszcze dwadzieścia lat po pojawieniu się Harleya. Jeśli dodamy do tego militarystyczne tradycje tego instrumentu, otrzymamy obraz grupy wyjątkowo niechętnie patrzącej na czarnoskórego dudziarza, w dodatku próbującego grać na dudach jazz.

Co, nawiasem mówiąc, rzeczywiście nie było takie proste. Dudy nie są instrumentem chromatycznym, a to wydatnie ograniczało dostępny Rufusowi materiał (i naturalnie kierowało w stronę kompozycji modalnych). Aby móc odnaleźć się w jazzowej stylistyce, stosował odmienne – z tradycyjnego punktu widzenia po prostu błędne – palcowanie. Często przestrajał też, tradycyjnie strojone do dźwięku „a”, piszczałki burdonowe. Ale największym technicznym problemem okazało się jeszcze co innego – trudno bowiem operować kluczowym w improwizacji następstwem napięć i odprężeń na instrumencie, który, najprościej rzecz ujmując, albo wybrzmiewa cały czas, albo nie gra w ogóle. Szczególnie wyraźnie uderza ten kłopot w balladach, gdzie posuwiste, swobodnie wybrzmiewające i niknące w ciszy (gdyby grać je na saksofonie) nuty Sometimes I Feel Like a Motherless Child usiłuje Harley wypełniać kaskadami ozdobników. Z płyty na płytę odchodzi zresztą od jazzowego mainstreamu, aby na tych najlepszych – King/Queens (Atlantic 1972), Re-Creation of the Gods (Ankh 1972) – zaproponować buzującą mieszankę jazzu modalnego, free, rocka, funku, Afryki i psychodelii. Zadziwiające, jak naturalnie brzmią w tak egzotycznym otoczeniu szkockie dudy.

Można się zastanawiać, czy młody jazzman sięgnął po dudy, ponieważ był nieco dziwny, czy też sięgnąwszy po dudy, dziwaczał coraz bardziej. Pewnie jedno i drugie. Z czasem celtycka fascynacja Harleya (dość jednak oryginalna w środowisku muzyków jazzowych) pogłębiała się – zaczął występować w szkockim stroju tradycyjnym (włącznie z kiltem), później wzbogacając go autorskimi dodatkami w rodzaju rogów wikinga i okrycia z amerykańskiej flagi. Odwiedził też Szkocję i Irlandię, a wzruszona jego telewizyjnym występem szkocka rodzina MacLeod podarowała mu swój rodowy tartan, który odtąd bezustannie nosił. Na ironiczne pytania: „Grasz na dudach? A z której części Irlandii czy Szkocji jesteś?”, odpowiadał Harley z całą powagą: „Z tej amerykańskiej”.

Poniekąd wiązało się to z mętnym, choć ujmującym dobrymi intencjami holistycznym światopoglądem Harleya, w którym cały świat we wszystkich swych aspektach znajdował jakąś reprezentację… w dudach (opowiada o tym w filmie dokumentalnym – zresztą nie najlepszym – Pipes of Peace George’a Manneya z 2008 roku). Ich dźwięk był kosmiczną wibracją, która przenika wszystko i wszystko buduje. Nuta burdonowa reprezentuje „ma”, matczyny element żeński (przy okazji również Słońce, Księżyc i orbitę ziemską), co w połączeniu z melodyczną piszczałką „me”, męską indywidualnością, daje pełną harmonię. Dźwięk dud miał też szerzyć braterstwo poprzez muzykę i łączyć wszystkie narodowości świata – i akurat to przesłanie, zważywszy na obecność tego instrumentu w wielu tak różnych kulturach muzycznych, nie jest już tak bardzo absurdalne. Będąc samozwańczym ambasadorem wolności, Harley naszył na swoje dudy kilkadziesiąt flag państwowych z całego świata, a jeżdżąc po świecie, rozdawał miniatury filadelfijskiego dzwonu wolności i kopie amerykańskiej konstytucji.

Czy to groteskowy wygląd, czy może naiwna filozofia sprawiały, że nie wszyscy zauważali, jak świetnym był muzykiem? Przez całe życie mieszkał w Germantown, dzielnicy Filadelfii. Nagrywał stosunkowo niewiele, nieczęsto zapraszano go też do współpracy, choć kiedy już do niej dochodziło, z reguły były to nazwiska z górnej półki: Sonny Stitt, Herbie Mann, Sonny Rollins (świetna, ekstatyczna koncertowa wersja spiritualsu Swing Low, Sweet Chariot z 1974 roku), Laurie Anderson (utwór Sweaters na słynnym albumie Big Science) czy hip hopowa grupa The Roots (Do You Want More?!!!??! z 1995 roku).

Pierwsi często mają najtrudniej. Przetartym przez Harleya szlakiem podążają dziś kolejni dudziarze: uprawiający inteligentną muzykę świata Michael O’Neill, David Watson, freejazzowy Paul Dunmall, lubująca się w jazzowej klasyce Cristina Pato, uczeń Anthony’ego Braxtona, awangardowy Matthew Welch, wieczny eksperymentator Vinny Golia czy Grier Coppins z funk-folk-jazzowego zespołu Taxi Chain.

Zaś Rufus Harley swoją ostatnią płytę, zawierającą między innymi brawurową wersję A Love Supreme Coltrane’a, wydał w 2005 roku. Sustain – jakże trafnie dobrany tytuł w kontekście samego instrumentu, ale też mistycyzującego, lecz pełnego szczerego humanizmu przesłania artysty.

Zmarł rok później, w 2006 roku. Dudy jednak nigdy nie milkną – Amazing Grace dla Rufusa!