Autor: Jacek Dehnel

Richard Lambrecht (1758–1849)

Mały słownik kompozytorów zapomnianych i nieistniejących
Article_more
Richard Lambrecht przyszedł na świat ledwie dwa lata po Mozarcie i w tym samym, co on, rozległym księstwie arcybiskupim Salzburga – acz nie w stolicy, a w niewielkim Zell am See. Już od dziecka zdradzał zamiłowanie zarówno do muzyki, jak i do podróży – często twierdził, że gdyby to on urodził się jako syn kompozytora i nadwornego muzyka, Wiedeń i świat zachwycałyby się właśnie małym Richardem, a nie Wolfgangiem Amadeusem. Skoro jednak jego ojciec był tylko właścicielem winnicy, małemu Lambrechtowi nie było dane jeździć z koncertami po Europie…

Odebrał jednak, jak się zdaje, dość gruntowne wykształcenie muzyczne i już od 1772 roku znajdujemy go kolejno na listach płac kilku wiedeńskich orkiestr pałacowych. W stolicy wszakże nie zagrzał miejsca zbyt długo – próbował swoich sił na dworze książąt Esterházych w Fertőd, a potem pragnienie przygód zapędziło go do Stambułu, gdzie miał nadzieję wejść w łaski sułtana.

 

Mimo licznych, wielokrotnie podejmowanych prób biografów, trudno zrekonstruować z dostępnych cząstkowo informacji całą trasę podróży Lambrechta; wydaje się, że należy zarzucić hipotezę indyjską, za to pobyt w osmańskim Egipcie jest niemalże pewny, choć nie w okresie kampanii Napoleona. Są dowody na to, że Lambrecht w swojej ponadpółwiecznej tułaczce odwiedził Amerykę Południową, w której mógł przebywać z górą dekadę, a także posiadłości hiszpańskie w Meksyku, czego odbicie znajdujemy zresztą w tytułach paru oper. To, że – jak twierdził w jednym z listów – nauczył się chińskiego i był mandarynem na dworze cesarskim, uważa się zazwyczaj za czcze przechwałki, natomiast napis „RICHARD LAMBRECHT 1801” wyryty na belce zajazdu pod Pskowem wydaje się prawdziwym świadectwem jego obecności w prowincjonalnej Rosji.

 

W ogóle – rzec należy – kompozytor, rozczarowawszy się stosunkami na dworze sułtańskim, niechętnie podróżował do dużych ośrodków. Bardzo przejął się pismami Rousseau i twierdził, że dzika przyroda i prości ludzie sprzyjają jego pracy twórczej; dowodził też, że twórca winien czerpać swoją wiedzę nie z ksiąg, prasy i innych przekazów, ale doświadczać świata osobiście. Dlatego też jego nieustanną gonitwę po świecie można i należy interpretować jako zakrojoną na szeroką skalę próbę stworzenia totalnego dzieła muzycznego: cyklu oper, które opisywałyby historie dawne i nowe w oparciu nie tylko o kroniki, ale i o poznanie muzyki, kultury i usposobienia ludzi różnorakich krain. Lambrecht bowiem przez wszystkie te lata nieustannie pisał – zarówno nuty, jak i teksty – i podróżował, nie szczędząc wysiłków, ze stale rosnącym archiwum własnych dzieł, nie tylko zresztą operowych.

W kwietniu 1830 roku, w trzy lata po śmierci Beethovena, w paręnaście miesięcy po wykonaniu – dzięki staraniom młodego Feliksa Mendelssohna-Bartholdy’ego – Pasji Mateuszowej Bacha w berlińskiej Singakademie, Richard Lambrecht powrócił do Wiednia, by, jak mniemał, cieszyć się zasłużoną sławą. Tymczasem Berlioz komponował właśnie Symfonię fantastyczną, Chopin kończył, spiesząc się przed wyjazdem z Warszawy, Koncert fortepianowy e-moll, który miał wykonać jesienią… Dzieła Lambrechta, nietknięte niemal przez klasycyzm, jeśli nie liczyć niewielkich wpływów Haydna, współczesnym wydawały się ramotami bez żadnej wartości, żywymi skamielinami, które z tajemniczych przyczyn wypłynęły nagle na powierzchnię.

 

Kolejne lata upłynęły kompozytorowi na coraz bardziej desperackich próbach wyrobienia sobie nazwiska; był znany w całym Wiedniu jako nieszkodliwy dziwak, któremu zdarzało się podejść na ulicy do kompletnie obcego obywatela, wycelować palec w jego brzuch i, stukając weń opuszką, skandować: „Czy pan wie, kto na-pi-sał naj-wię-cej o-per na świe-cie? Nie? Ja! Ja! Jestem Lambrecht! Pan sobie to zapamięta!”. Nie było w całej stolicy cesarstwa urzędu, u którego klamki z takich czy innych przyczyn by się nie uwiesił. Apelował u dostojników cywilnych, wojskowych, kościelnych, w salonach wielkich dam i na zabawach ludowych. Publikował ogłoszenia prasowe o następującej treści: „Richard Lambrecht, jeden z największych, jeśli nie największy kompozytor naszych, a może i wszystkich, czasów, autor ponad trzystu oper, stu blisko kantat na tematy z całego świata, kilkudziesięciu marszów wojskowych Wschodu (janczarzy, Persowie) i Zachodu (ojczyste i obce), niezliczonych utworów do wykonywania domowego, jak to suit, triów i kwartetów klawesynowych, dających się zagrać również w sposób łatwy i przyjemny dla ucha na nowoczesnych pianofortach, przybył do Wiednia i jest skłonny wydać swoje dzieła w renomowanych oficynach”. Wszystkie oficyny, zarówno renomowane, jak i najpodlejsze, obszedł, rzecz jasna, również osobiście, i to kilkakrotnie. Bez najmniejszego sukcesu.

 

W roku 1844, jako sędziwy, osiemdziesięciosześcioletni starzec, zwrócił się z podaniem do Biblioteki Cesarskiej o przyjęcie całej jego spuścizny. Podanie odrzucono, jednakże w kancelarii bibliotecznej pozostał odpis prośby, w której kompozytor wyszczególnił wszystkie utwory, jakie chciał zachować „na wieczną rzeczy pamiątkę, jako świadectwo dokonań, które składa u stóp Najjaśniejszego Pana”. Lista, częściowo niekompletna, zawiera ponad dwa i pół tysiąca kompozycji i jest właściwie jedynym źródłem pozwalającym dziś ocenić rozmiary dzieła Lambrechta. Za swoje najważniejsze utwory uważał opery, spośród których jako szczególnie doniosłe określił: Arkonę, kapłankę Sventovita, Messalinę albo tron zbrukany, Czterech faraonów, Kalifornię, czyli Szkołę Westalek, Złote ucho albo kołacz cara Teogora, Janczarów w Salzburgu, Konfucjusza przechytrzonego i Rodelindę, cesarzową Meksyku. Bibliotekarze jednak nie wyrazili zgody na przyjęcie nawet wyboru owych „dzieł ważnych nie tylko dla muzyki austriackiej, ale i światowej”.

 

Nie wiadomo, co stało się z rękopisami po bezpotomnej śmierci Lambrechta. Jeden z badaczy, kierując się księgami meldunkowymi Wiednia, podaje, że na parterze zajmowanego przez kompozytora domu był sklep z cukierkami i być może nuty wykorzystano do produkcji tutek na słodycze, jednakże teoria ta nie ma poparcia w żadnych dokumentach – równie dobrze można przyjąć, że, skoro w sąsiednim domu działała piekarnia, rękopisami palono w piecu chlebowym. Do naszych czasów nie zachowała się ani jedna stronica nut, co do której bylibyśmy pewni, że wyszła spod pióra Lambrechta.