Wydanie: MWM 12/2012

Popiół i diament

Article_more
Teatr nazywał się Zimny Popiół (Kalte Asche), ale jego osiemnastoletni dyrektor muzyczny miał w sobie taki romantyczny zapał, że i z popiołów wykrzesał ogień. Nazywał się Carl Maria von Weber i we Wrocławiu zaczynał swoją karierę.

Teatr stał u zbiegu dzisiejszych ulic Piotra Skargi i Oławskiej, został otwarty w 1754 roku w budynku dawnego składu potasu na starym pogorzelisku, dlatego działał pod szyldem Kalte Asche. Był teatrem prywatnym, prowadzonym przez aktora Franza Schucha, który niczym współczesna spółka Strzępka & Demirski, komentował na scenie aktualne wrocławskie wydarzenia, plotki, skandale i ściągał tłumy widzów. W Zimnym Popiele zwykle bywało gorąco, a sztukę uprawiano tu nie tylko z potrzeby ducha, lecz także – a może przede wszystkim – dla pieniędzy. 


Było ich wystarczająco dużo, żeby w 1782 roku ówczesna właścicielka teatru Barbara Wäser zleciła modernizację budynku wybitnemu architektowi Carlowi Gotthardowi Langhansowi (sześć lat później zacznie prace przy Bramie Brandenburskiej w Berlinie). Inwestycja wystarczyła tylko na szesnaście lat, bo gdy w 1797 roku Kalte Asche został kupiony za ponad 12 tysięcy talarów przez Towarzystwo Przyjaciół Teatru, kolejny architekt przystąpił do modernizacji. Budynek po przeróbkach wyglądał reprezentacyjnie, repertuar też był przyzwoity. Grano dramaty Goethego, Schillera, Lessinga, wystawiano opery Mozarta.

I właśnie od wystawienia Łaskawości Tytusa Mozarta zaczął dyrektorowanie we wrocławskim teatrze młody Weber. Wybór możemy uznać za prywatę dyrektora, bo z Mozartem był spowinowacony (Konstancja Mozart była de domo Weber). Ale grzech można odpuścić, bo od razu podniósł poziom muzyczny. Na nieszczęście także ciśnienie swoim pracownikom i tutejszym melomanom.

 

W zasadzie powinni Webera podejmować pod kolana, bo jego poprzednik – Jan Janetzek, myśliwy hrabiego Sobka z Koszęcina i grajek hrabiowskiej kapeli – na muzyczny Parnas raczej nie miał szans się wdrapać. Za to gwarantował muzykom święty spokój, a Weberowi zamarzyły się reformy: zwolnienia orkiestrowych gerontów, rozszerzenie składu orkiestry, odmienny układ instrumentów.

 

Carl Maria miał wprawdzie jeszcze mleko pod nosem, ale po wystawieniu w Augsburgu swojej pierwszej opery Peter Schmoll und seine Nachbarn zdobył już popularność i na posadę w Breslau polecił go sam Georg Joseph Vogler. Nic to jednak, że Weber był zdolny, nic to, że miał pomysły, skoro podwładni stawiali opór. Nie docenili nawet faktu, że nowy dyrektor wywalczył dla nich podwyżki. Miał się wynieść i już.

 

To nie był szczęśliwy okres w życiu Webera. Mieszkał blisko teatru, w domu stojącym na działce zajętej dzisiaj przez neogotycki gmach IX LO, w wolnych chwilach zajmował się litografią i komponował. Pierwszej pasji omal nie przypłacił życiem, bo przez pomyłkę wypił kwas potrzebny do wytrawiania kamienia litograficznego, przechowywany w butelce po winie. Poparzenie było tak ciężkie, że stracił głos i musiał zapomnieć o karierze śpiewaka.

 

Muza też niechętnie do niego zaglądała. Zaczął wprawdzie pisać operę Liczyrzepa (Rübezahl), ale nigdy jej nie skończył. Szkoda, bo duchowi Karkonoszy przydałoby się artystyczne wsparcie i dobry marketing. Wprawdzie w średniowieczu straszono nim dzieci – na mapie Martina Helwiga z 1561 roku przypomina nieco jelenia z diabelskim ogonem, stojącego na tylnych nogach zakończonych koźlimi kopytami – ale w czasach Webera krążyło już o nim mnóstwo romantycznych legend, z miłością na pierwszym planie. W sam raz na operę.

 

Ale muza Webera Liczyrzepy nie wsparła. Co z tego powodu straciliśmy, widać choćby po sławie, jaką zdobył Wolny strzelec. Ta wystawiona w 1821 roku w Berlinie baśń o młodym leśniczym, wpadającym w sidła czarta z powodu pragnienia zdobycia kobiety oraz posady, poruszyła wyobraźnię melomanów w całej Europie i wyciskała łzy jak harlequin. Beethoven, któremu Weber przysłał Wolnego strzelca do oceny, odesłał partyturę z adnotacją: „Radzę więcej oper nie komponować”. – Czy to naprawdę takie słabe? – zapytał urażony Weber. – Och, nie. Pańska opera jest tak doskonała, że drugiej równie dobrej nigdy pan już nie napisze!” – wyjaśnił Beethoven.

 

We Wrocławiu melomani obejrzeli Wolnego strzelca zaledwie kilka miesięcy po premierze berlińskiej, 20 listopada 1821 roku. Już zdążyli zapomnieć o kompozytorze, który wygryziony przez muzyków orkiestrowych pożegnał się ze stanowiskiem dyrygenta Stadttheater w czerwcu 1806 roku. Może był zbyt wymagający, później zresztą też się skarżono, że tyran. Kiedy doglądał londyńskiej premiery Oberona, trzymał cały zespół tak krótko, jak Fryderyk Wielki pruską armię. Śpiewaka wcielającego się w postać tytułową pożałował notabene, że się bardzo męczy, a kiedy ten kurtuazyjnie zapewnił mistrza, że nic podobnego, Weber stwierdził zgryźliwie: „Musi się pan męczyć, skoro zadaje sobie tyle trudu, aby śpiewać nuty, których nie ma w partyturze”.

 

We Wrocławiu zgryźliwego dyrygenta mieć nie chcieli, choć Weber po odejściu z teatru jeszcze trochę w mieście pomieszkał, mimo molestowania przez wierzycieli. Dawał lekcje gry na fortepianie, miał na szczęście wystarczająco wielu przyjaciół, żeby mu przysyłali uczniów. Była wśród nich panna von Belonde, dama dworu książąt Wirtemberskich i dzięki niej Weber zawarł znajomość z rodziną książęcą. Wiele sobie po niej obiecywał, jego przyszli protektorzy mieszkali w zamku Carlsruhe (Pokój) na Górnym Śląsku, do którego w 1794 roku dobudowano budynek teatru.

Weber pojechał tam wraz z ojcem i ciotką pod koniec września 1806 roku. Wrocław zostawił na zawsze. Szczęście w tym mieście nie znalazł, ale gdzie indziej też na niego nie czekało. Taki los wolnego strzelca.