Autor: Jan Topolski
Wydanie: MWM 05/2016

Znamy tę piosenkę

Article_more
Andersenowska baśń o dwóch syrenach osadzona w nostalgicznie potraktowanych realiach PRL-u, zmieszana z musicalem i gore? W końcu zeszłego roku swą premierę miał jeden z najbardziej oryginalnych i zakręconych filmów polskich ostatniego ćwierćwiecza, czyli Córki dancingu Agnieszki Smoczyńskiej.

Jakby było mało jednej konwencji, reżyserka dorzuca drugą, umiejętnie balansując między akcentowaniem wątku dojrzewania i odrzucenia a podkreślaniem feministycznego wyzwolenia Srebrnej i Złotej. Ale nawet na polu musicalu Córkom dancingu daleko do czystości gatunkowej, bo oprócz specjalnie napisanych dla filmu piosenek zespołu Ballady i Romanse (tworzące go siostry Wrońskie występują także osobiście w finale), sporo tu coverów z lat osiemdziesiątych. Bananowy song, Byłaś serca biciem i I Feel Love rozbrzmiewają w zgrzebnym glamourze klubu Adria oraz mieszkania pełnego meblościanek i koralowych zasłonek. Kinga Preis wykonuje ten ostatni hit Donny Summer, prezentując się w stroju połyskującym cekinami i przeciągając samogłoski, co czyni z niej prawdziwą diwę ery disco, a Marta Mazurek i Michalina Olszańska, z sugestywnym makijażem na twarzach, śpiewają szlagier Andrzeja Zauchy na parkiecie zajętym przez roztańczony tłum. Obie piosenki zyskują nowy sens zarówno dzięki aktorskiej, jak i wokalnej interpretacji, ale także w kontekście całego obrazu, gdyż jednym z jego tematów jest na pewno ulotność uczuć i czasu: „Byłaś serca biciem / Wiosną, zimą, życiem / Marzeń moich echem / Winem, wiatrem, śmiechem”.

 

I właśnie takim nietypowym filmom poświęcam majowy odcinek cyklu. Z jednej strony będą to musicale oparte na coverach, z drugiej – kino nazywane przeze mnie roboczo „śpiewanym”. Chodzi mianowicie o specyficzną sytuację, kiedy w realistycznej konwencji bohaterzy filmu zaczynają ni stąd, ni zowąd śpiewać szlagiery. W odróżnieniu od musicalu nie ma tu skomplikowanych układów tanecznych ani konwencji magicznej, zaś muzyka jest znana spoza filmu. Przykładami takiego kina mogą być dwa „założycielskie” dzieła: Spotkajmy się w Louisville (1944, reż. Vincente Minelli) i… Zakazane piosenki (1946, reż. Leonard Buczkowski). Ten pierwszy to ciąg musicalowych scen w Technicolorze na podstawie opowiadań z „The New Yorkera” o życiu rodziny przed pierwszą Wystawą Światową w Louisville w 1904 roku. Czas akcji dostarcza pretekstu, by większość piosenek pochodziła z przełomu XIX i XX wieku (tytułowe Meet Me in St. Louis, Over the Bannister, Under the Bamboo Tree), oczywiście w aktualnej orkiestracji Conrada Salingera i bezpretensjonalnym wykonaniu Judy Garland. Za jej polską odpowiedniczkę mogłaby śmiało uchodzić debiutująca na ekranie gwiazda drugiego filmu – Danuta Szaflarska. Fabularną ramą są tu opowieści brata bohaterki, w którą aktorka się wciela. Muzyk Roman Tokarski w studiu filmowym wspomina czasy okupacyjne, odgrywając na pianinie zakazane piosenki różnego kalibru: od Mazurka Dąbrowskiego i Warszawianki po spontaniczną twórczość uliczną. Najzręczniej w fabułę wplecione są te ostatnie, jak Siekiera, motyka… czy Teraz jest wojna, śpiewane przez miejskie urwisy pod nosem hitlerowców lub handlujących bimbrem i mięsem cwaniaków. Dialogi płynnie przechodzą w piosenki, a te nie odbiegają choreografią od „zwykłych” scen (które tu akurat i tak rażą sztucznością.

 

Strategia Buczkowskiego była przezeń rozwijana, choć już w socrealistycznej estetyce, w Przygodzie na Mariensztacie (1950). Wcześniej wspomniany film dzierży w polskim kinie palmę pierwszeństwa jako pierwszy obraz zrealizowany po wojnie, ten zaś jest pierwszym kolorowym. Piosenki (na czele z tytułową) zostały napisane specjalnie do filmu, sławią socjalistyczny model produkcji i odbudowę stolicy: „Dziś rano twe dłonie dziewczęce / mieszały i wapno, i piach. / Wieczorem olśnienie w kwiecistej sukience / ładna jesteś jak, ładna jesteś jak… ach!”. Inaczej kształtuje się późniejsza o parę dekad i znacznie mniej znana Miłość z listy przebojów (1984) w reżyserii Marka Nowickiego, próba kina młodzieżowego późnego PRL-u. Romansowym perypetiom towarzyszą przeboje między innymi Grzegorza Markowskiego, Andrzeja Zauchy, Krystyny Prońko, a brakujące piosenki napisał Oddział Zamknięty. Film zaczyna się od koncertu, a członkowie punkrockowego zespołu, „źli chłopcy” tych czasów, okazują się jednymi z głównych bohaterów historii o buncie i dojrzewaniu. W Miłości z listy przebojów nie brakuje jednak choreograficznych układów prosto z hollywoodzkiego musicalu, jak brawurowy chór lotniskowych celników czy taniec na placu Zamkowym. Nieprzypadkowo późniejsze o kolejne dwie dekady kino śpiewane po francusku będzie nosiło podobny tytuł, co polskie, choć fabuła jest tu znacznie bardziej kameralna. To Piosenki o miłości (2007) w reżyserii Christophe’a Honoré, z początku błaha komedia erotyczna o ménage à trois, lecz w drugiej połowie także prawdziwy melodramat. Kilkanaście utworów Alex Beaupain napisał w stylu francuskiej piosenki, podążając za scenariuszem filmu. Wykonywane są one przez aktorów (piękni i młodzi Ludivine Sagnier i Louis Garrel) bezpretensjonalnie, w zwyczajnych sytuacjach.

Podobną konwencję spotkamy wielokrotnie w tej dekadzie, choćby u Alaina Resnais czy François Ozona. Ten pierwszy przeplatał dialogi z piosenkami choćby w Znamy tę piosenkę (1997) i Tylko nie w usta (2003), szablonowych wręcz mieszczańskich komediach – co naprowadza nas na operetkowy rodowód kina śpiewanego. W kluczowych momentach pierwszego filmu bohaterowie zamiast powiedzieć coś ważnego, śpiewają znane francuskie szlagiery, których łącznie wykorzystano tu aż czterdzieści. Dodaje to banalnym nieraz opowieściom wdzięku; zaś same perypetie okazują się kolejnym wariantem odwiecznych tematów i emocji – teksty piosenek znakomicie pasują do sytuacji, w których znajdują się bohaterowie filmu. Pozostaje frapujące pytanie, czy to nie pod te słowa pisał Resnais swój scenariusz? Podobny zbieg okoliczności jeszcze wyraźniej widać i słychać w Ośmiu kobietach (2002) Ozona. Kryminał opowiadający o morderstwie fabrykanta uatrakcyjniony jest udziałem kobiecych gwiazd w rolach podejrzanych (między innymi Fanny Ardant, Catherine Deneuve, Isabelle Huppert). Każda ma tu swoje pięć minut, całkiem dosłownie – we własnych, niekiedy bardzo osobistych i oryginalnych interpretacjach przebojów opowiadają o swoim życiu i stosunku do zamordowanego. Piosenki nie tylko służą do autoprezentacji i ekspresji uczuć, lecz także odkrywają różne wymiary kobiecości, wiążąc się ze stylem i epoką. Reżyser z upodobaniem stosuje przeboje muzyki rozrywkowej jako wskazówki do odczytania sensu warstwy fabularnej także w Kroplach wody na rozżarzone kamienie (2000) czy 5x2 (2004). Równie istotne, co słowa, okazują się często nastrój, tonacja, estetyka, a nawet język, jak na przykład we włoskich szlagierach w drugim z wymienionych tytułów.

 

Jeśli chodzi o kino amerykańskie, to niewątpliwie dominują w nim cały czas musicale, choć nas najbardziej interesuje ich coverowa odmiana. Zrealizowali takie dwaj wielcy, choć skrajnie różni reżyserzy: Woody Allen ze swoim Wszyscy mówią: kocham cię (1996) oraz Baz Luhrmann z Moulin Rouge (2001). Ten pierwszy w ramach swoich ćwiczeń stylistycznych wziął na warsztat konwencję klasycznego musicalu oczywiście w gwiazdorskiej obsadzie, ze znacznie starszą muzyką, w tym paroma numerami z komedii Braci Marx. Jak głosi anegdota, Allen zabronił śpiewać Goldie Hawn, gdyż jej talent zbyt górowałby nad resztą obsady, a Drew Barrymore zrezygnowała sama, lecz z dokładnie odwrotnego powodu… Tak czy siak, choć zderzenie sztucznych układów tanecznych z lat trzydziestych ze swobodnym stylem aktorskim i wokalnym lat dziewięćdziesiątych może z początku frapować, na dłuższą metę męczy jednak niespójnością. Luhrmann w swym melodramacie osadzonym w scenerii paryskiego kabaretu Moulin Rouge poszedł natomiast na całość, aranżując hity The Queen, Madonny, Eltona Johna i The Police w postmodernistycznym, widowiskowym stylu kojarzącym się z teledyskami raczej niż musicalem. Szczególne wrażenie muzyczne robią otwierająca Lady Marmolade (kwartet Aguilera / Pink / Mya / Lil’ Kim), Roxanne (zmiksowana z tangiem) czy Show Must Go On (wersja chóralna). Wizualnie natomiast wszystkie właściwie ustanawiają nowy standard gatunku, nie bez inspiracji Bollywoodem, zwłaszcza w montażu i światłach.

 

W nurcie bardziej śpiewanym niż musicalowym Amerykanie spełniają się raczej w offie, nie zaś w mainstreamie. Szlak przeciera tu niewątpliwie debiut Johna Watersa Mondo Trasho (1962). Główna bohaterka filmu to kobieta idealna, mająca niestety bardzo pechowy dzień, która trafia pod skrzydła puszystej transwestytki Divine, muzy reżysera. Repertuar jest tu odpowiednio kampowy i pastiszowy, a muzyka (także instrumentalna i klasyczna) przenika cały film, maskując zapewne problemy z nagrywaniem dźwięku na planie tej niskobudżetowej produkcji. Ciekawą propozycję kina śpiewanego stanowi też Greendale (2003), film piosenkarza Neila Younga ogłoszony pod pseudonimem Barnard Shakey. Przygody rodziny Greenów mieszkających w pozornie sennym miasteczku opowiedziane są na ziarnistej i niedoświetlonej taśmie 8 mm (podobnie jak film Watersa, choć tutaj to stylizacja). Formalnie rzecz rozbija się na kilkanaście prostych teledysków, a wszystkie role śpiewa Young, akompaniując sobie na gitarze i harmonijce, zaś aktorzy tylko poruszają ustami. Warto zwrócić uwagę na błyskotliwe teksty, które w drobnych anegdotach kryją dystans wobec ogólnie uznanych wartości.

 

Wreszcie nie sposób nie wspomnieć na koniec o może najbardziej głównonurtowym dziele kina śpiewanego, czyli Romansie i papierosach (2005) Johna Turturro ze wspaniałym Jamesem Gandolfinim. Tym razem typowy facet przeżywający kryzys wieku średniego ma problem z żoną i kochanką, co odzwierciedla się w szeregu znakomicie zaaranżowanych numerów, między innymi Jamesa Browna, Berta Bernsa (Piece of My Heart w trzech wariantach!), Bruce’a Springsteena i Nicka Cave’a. Sceny realistyczne mieszają się tu z sekwencjami sennymi czy wyobrażonymi, ale niekoniecznie utrzymanymi w stylu musicalowym (strażacy i El Cuarto del Tula!), a reżyseria Turturro spina wszystko sprawnym tempem i groteskowym poczuciem humoru.