Wydanie: MWM 05/2016

Ryszard II

Article_more
„Na przełomie stulecia pojawił się odważny muzyk, nowatorski w formie, nowoczesny i zuchwały w pomysłach, znakomity wykonawca, niepozbawiony wulgarności, barometr rodzimej atmosfery – Richard Strauss”.

Jeśli państwo nie znają, to gorąco polecam bardzo ciekawą książkę, zatytułowaną Wyniosła wieża. Amerykańska pisarka i dziennikarka Barbara W. Tuchman (1912–1989), dwukrotna laureatka Nagrody Pulitzera, kreśli w niej obraz świata schyłku czasów znanych nam jedynie z przekazów historycznych bądź opowieści; z rozmachem opisuje epokę, która „nie zmarła na uwiąd starczy ani wskutek wypadku, lecz zakończyła się jednym z ważkich wydarzeń historycznych”. Tym wydarzeniem była Wielka Wojna (1914–1918), której Tuchman poświęciła notabene inną swoją znakomitą pracę – Sierpniowe salwy. W Wyniosłej wieży autorka z erudycją skrupulatnego kronikarza i rozmachem powieściopisarza opowiada o ostatnich latach i dniach pokoju, kreśli obraz dla zrozumienia zależności schyłku XIX wieku w perspektywie społecznej, politycznej, ale też kulturowej iście fundamentalny.

 

Ale nie o książce historycznej być miało, tylko o poematach Richarda Straussa. „Neronizm unosi się w powietrzu”. Niemcy 1890–1914 – rozdział czwarty Wyniosłej wieży o Straussie i jego sztuce jednak traktuje. Pomysł absolutnie pyszny, przedstawia bowiem Tuchman kulturę Niemiec, używszy, jako jej odpowiednika, życia i twórczości Richarda Straussa. „W życiu kulturalnym Niemiec [...] muzyka stanowiła jedyną dziedzinę, w której cudzoziemcy chętnie uznawali ich wyższość”. Pełna zgoda, tyle tylko, że w polskim tłumaczeniu – autorstwa nieżyjącej już Janiny Zawadzkiej – wyszła z tego mała, albo całkiem spora karykaturka. Zdaje się, że tłumaczka z muzyczną materią była nieźle na bakier, a całkowity brak redaktorskiego ołówka i oka dopełnił skali katastrofy. Przykład? Proszę uprzejmie:

 

„Korzystając ze zdobytych dzięki dyrygowaniu wiadomości o możliwościach każdego instrumentu, ze swego wybujałego talentu i nadmiaru idei, a także z mistrzowskiego opanowania techniki kompozycji, Strauss, na podobieństwo trenera w cyrku, potrafił nakazać muzyce, jak tresowanej foce, aby dokonywała olśniewających cudów przeciw swej naturze. Don Juan okazał się czarującym siedemnastominutowym utworem muzycznym, porywającym namiętnością, z urywkami melodii miłosnej, z cudowną, melancholijną pieśnią oboju; po szalonym uniesieniu w momencie szczytowym kończył się dziwną, pełną rozczarowania dysonansową nutą trąby. Nierozwinięte tematy tego dzieła wywoływały jednak niepokój, a jego forma epizodyczna poświęcała sekwencję muzyczną dla narracyjnej.”

 

Rozumieją państwo wszystko z tego? Ja przyznam się szczerze, że nie do końca, a gdybym definicji poematu symfonicznego (z uporem maniaka nazywanego przez Tuchman/Zawadzką poematem muzycznym) nie znał, nawet nie próbowałbym tego tekstu przeniknąć. Pomijam tu wszystko to, co niestety stało się już dawno standardem polskich przekładów, czyli kompletny brak świadomości muzycznych uzusów językowych (w końcu czegoś się nad Wisłą – czyli w kraju ludzi na ogół głuchych i nieczułych na piękno – dorobiliśmy!), sposobu zapisywania tytułów czy zrozumienia szczegółów technicznych (czy ktoś mi wytłumaczy, co to właściwie jest „wiolinowy akord B-dur”?). To już niestety norma. Ale chciałbym wierzyć, że nie jest normą nazywanie waltornisty „graczem na rogu” (bo skoro tak, to dlaczego nie po prostu „rogaczem”? Nadajmy temu głębokiemu epitetowi nowy, jakże wyrazisty sens!) albo przezywanie trąbek – „trąbami”, które się „rozlegały [...] i urastały do ogromnego orkiestralnego peanu [sic!] granego przez cały zespół”. Więcej cytować nie będę, bo wyjdzie na to, że nad nieszczęsną Janiną Zawadzką się pastwię.

 

„Wybujały talent” Straussa na szczęście broni się sam. W Don Juanie (1888–1889), Uciesznych figlach Dyla Sowizdrzała (1894–1895) i Życiu bohatera (1897–1898) – choćby jedynie w tych trzech, znakomitych i jakże różnych wyrazowo, formalnie i muzycznie poematach można podziwiać wszystko to, co z jednej strony świadczy o zakorzenieniu Straussa w wielkiej tradycji, a z drugiej – o jego nowatorstwie. To, co młodego Straussa ukształtowało (osiągnięcia Liszta i Wagnera), zadecydowało o indywidualnych rysach jego języka muzycznego i nie zmieniło się praktycznie aż do końca twórczości. Jeśli nawet w tamtej dekadzie jego dzieła były „końcowym ogniwem niemieckiej muzyki romantycznej” (Ryszard Daniel Golianek), to natychmiast trzeba dodać – ale za to jakim! Bezkompromisowym i potężnym. Tuchman słusznie podkreśliła: „zachował dla Niemiec prymat w muzyce osiągnięty za Wagnera. Był »Ryszardem II«”.

 

Inna sprawa, że ów „prymat”, owa chęć błyszczenia i przewodzenia, udowadniania wyższości i zwyciężania w rywalizacji Niemiec z resztą świata nie najlepiej się – oględnie mówiąc – skończyła. Strauss – barometr atmosfery społecznej. W odniesieniu do niepokojów naszej rzeczywistości (bo dzisiaj też niektórzy śnią o przewodzeniu i udowadnianiu wyższości) cała ta historia jest – na razie – dość pocieszająca. Nie widać na muzycznym horyzoncie żadnego kandydata na „Ryszarda III”.