Wydanie: MWM 05/2016

Tradycja bez pajęczej sieci

Balla Kouyaté - wywiad
Article_more
Muzyka nie służy u nas tylko zarabianiu pieniędzy, ale ma pomagać i uzdrawiać – mówi Balla Kouyaté, malijski griot i mistrz gry na balafonie.

Magda Podsiadły: Ma pan na imię Balla, brzmi to jak początek nazwy instrumentu, na którym pan gra – czyli balafonu.

Balla Kouyaté: Balafon to nie jest tradycyjna nazwa instrumentu pochodzącego z Mali – tak nazwali go Europejczycy. My mówimy na niego po prostu bala, czyli właśnie instrument. Pierwszy balafon, rodzaj afrykańskiego ksylofonu, istnieje do dziś i nazywa się Sosso Bala.

 

Jak to istnieje do dziś?

Ma osiemset lat, to pierwowzór wszystkich balafonów, zapisany został na liście światowego dziedzictwa UNESCO i jest w posiadaniu mojego ojca.

 

Właściwie to nic dziwnego, bo przecież pochodzi pan ze słynnej rodziny malijskich griotów Kouyaté.

Moja rodzina jest uważana za strażników balafonu i choć dziś każdy może na nim grać, to my jesteśmy właścicielami jego długiej tradycji. Historia ludu Mandingo, do którego należymy, nie da się opowiedzieć w oderwaniu od historii klanu Kouyaté. Jesteśmy z tą tradycją złączeni nierozerwalnie od początku naszego istnienia. Mój ojciec jest strażnikiem świętego instrumentu, na którym osiem wieków temu grał Balla Fasséké Kouyaté, osobisty griot króla Soundiata Keïty, założyciela imperium Mali. To po moim pradziadku odziedziczyłem imię.

 

Ponoć jednak pierwszym właścicielem balafonu był lud Sosso i stąd nazwa świętego instrumentu: Sosso Bala.

To prawda, pierwszy balafon należał do bardzo złego króla, tyrana Soumaoro Kanté, władcy imperium Sosso. Legenda mówi, że ów król miał reputację złego czarownika. Był zdolny do takich okrucieństw, że bano się go straszliwie. Jeżeli na przykład ktoś z poddanych ośmielił się do niego coś powiedzieć, nie zakrywając uprzednio ust połówką tykwy, był skazywany na śmierć. Balafon, na którym nikt inny poza tyranem nie mógł grać i którego nikt nie mógł dotykać, był pilnie strzeżony w pałacowych jaskiniach. Nawet gdy na instrumencie usiadł moskit, oficjalnie go likwidowano. Strażnikiem balafonu był wytresowany orzeł. Jako że w tamtych czasach prawdziwi mężczyźni musieli być myśliwymi, któregoś dnia Soumaoro Kanté zwyczajowo udał się na polowanie. A mój śmiały, odważny przodek Balla Fasséké, który wtedy jeszcze nazywał się Niangou Mandoga i był niewolnikiem króla, pod jego nieobecność zszedł do pałacowych jaskiń, ponieważ jako griot od dawna pragnął zagrać na tym instrumencie. Swoimi sposobami przekonał orła, by dopuścił go do balafonu. Pałeczkami uderzył w deszczułki. Soumaoro Kanté, który posiadał magiczne moce, usłyszał z daleka, iż ktoś obcy dotknął świętego instrumentu. Uznał, że to zły duch pustyni wkroczył do jego jaskiń. Gdy zawrócił do pałacu i ujrzał mojego pradziadka grającego na balafonie, zapytał: kim jesteś? Pradziadek zagrał i zaśpiewał królowi hymn pochwalny. Króla rozpierała duma i poczuł się szczęśliwy. Złagodniał i zapytał mojego dziadka o jego imię. Po czym oświadczył, że oddaje w jego ręce balafon i nadaje mu nowe imię: Bala Fo Seke Ko Ti Lasz, co znaczyło: jeżeli będziesz grał dla mnie na tym balafonie, włos ci z głowy nie spadnie. Europejczycy zniekształcili w pisowni to nazwisko i teraz brzmi Balla Fasséké Kouyaté.

 

To jak w końcu balafon trafił do króla Mali?

Mój pradziad wychowywał się z przyszłym królem, więc wkrótce uciekł z niewoli króla Sosso, wykradając święty balafon. Według legendy Keïta nigdy nie zdołałby odebrać złych mocy i pokonać Soumaoro Kanté, gdyby Balla nie przygrywał mu na świętym instrumencie. Nasze rodowe nazwisko jest więc ściśle związane z historią ludu Mandingo i imperium Mali. Bez nas ta historia potoczyłaby się zapewne inaczej.

 

Ród Kouyaté to ród griotów. Kim jest griot w kulturze waszego klanu, w tradycji krajów Afryki Zachodniej?

Słowo „griot” ma pochodzenie francuskie, w naszym języku malinké to „djeli”, czyli krew narodu. Grioci to kasta społeczna, pośrednicząca między władcami a ludem w średniowiecznym imperium plemienia Mandingów, rozpościerającym się niegdyś w Afryce Zachodniej od Mali, Nigru i Mauretanii po wybrzeże Zatoki Gwinejskiej. Griot jest odpowiedzialny za pamięć o przeszłości narodu, za pielęgnowanie tradycji, jest ambasadorem kultury, doradcą, negocjatorem podczas sporów społecznych. W afrykańskiej tradycji ustnej grioci są do dziś porte-parole społeczeństwa, towarzyszącym każdemu etapowi życia człowieka, narzędziem pamięci zbiorowej. To rodzinne dziedzictwo, należące do kilku rodów. Griotem się po prostu rodzi, a nie staje.

 

Wielu wielkich artystów afrykańskich pochodzi z rodzin griotów Kouyaté, Diabaté czy Sissoko.

Griot zawsze komunikował się ze społecznością za pomocą słowa i muzyki, a więc sztuki, był poetą i muzykiem. Trzeba też pamiętać, że griotem może być zarówno mężczyzna, jak i kobieta. Jednak niegdyś na instrumentach przynależących do griota, czyli na balafonie i na korze, grali wyłącznie mężczyźni. Tradycja kobietom na to nie zezwalała, do nich należały śpiew i taniec. W ten sposób akompaniowały grze na balafonie podczas uroczystości. Wchodziły w dialog z mężczyznami muzykami, podpowiadały im, jak mają grać opowiadaną historię, jak prowadzić narrację.

 

Skoro kobieta także dziedziczy spadek po griocie, to czy pozostaje przy rodowym nazwisku, nie zmienia go nawet po ślubie?

Z rodowymi nazwiskami griotów wiąże się wielosetletnia tradycja, nazwisko jest więc bardzo ważne, bardzo o nie dbamy. Każdy mężczyzna i każda kobieta zachowuje je, bo jesteśmy przekonani, że wiedząc, skąd przyszliśmy, zawsze będziemy wiedzieli, dokąd zmierzamy. 

Czy odziedziczy pan po ojcu święty Sosso Bala?

Niestety. Gdy zabraknie mojego ojca, który ma już dziewięćdziesiąt sześć lat, opiekę nad balafonem przejmie najstarszy mężczyzna w rodzinie. Oczywiście nie jest wykluczone, że kiedyś i ja dostąpię tego zaszczytu, ale mogę na to czekać jeszcze jakieś sto lat (śmiech). Mam jedenaścioro rodzeństwa i jestem najmłodszy.

 

A pana syn, urodzony w Stanach, w mieszanym małżeństwie, a więc tylko w połowie Mandingo, może kiedyś zostać dziedzicem balafonu?

Moja żona jest białą Amerykanką. Mamy dwójkę dzieci, dziewczynkę i chłopca. Syn ma dziewięć lat, córka – osiem. Jak tylko mój syn się urodził, kładłem go na balafonie, dziś sam już nieźle tłucze w deseczki. Uczę go tradycji griotów, gra także na bębenku djembe. Moja córka zna tradycyjne pieśni i taniec, oboje mówią w języku malinké. Dla dziedziczenia tradycji nie ma znaczenia, gdzie się mieszka. Naszym obowiązkiem, gdziekolwiek przebywamy, jest zachowanie jej i kontynuowanie.

 

Ponoć o Sosso Bala wybuchła współcześnie polityczna kłótnia?

To zdarzyło się pod koniec lat pięćdziesiątych, gdy osiągaliśmy w Afryce Zachodniej niepodległość – najpierw Gwinea w 1958 roku, potem my, w Mali, w 1960 roku. Wtedy wybuchł między naszymi krajami spór o to, do kogo należy Sosso Bala. Moja rodzinna wioska Niagassola, z której pochodzi Sosso Bala i która jest sercem kultury Mandingów, leży tuż przy granicy gwinejsko-malijskiej, po stronie Gwinei. W stolicy Gwinei, w Konakry, mieszka lud Soumaoro Kanté-Sosso. I ludzie z tego ludu chcieli nam odebrać balafon. Ówczesny prezydent Sékou Touré chciał, by balafon stał się oficjalnie narodowym dobrem jego państwa i by nie opuścił granic Gwinei. A my chcieliśmy wtedy przenieść balafon do sąsiedniej wioski, po stronie malijskiej. Sékou Touré wysłał więc wojsko, by siłą odebrało Sosso Bala społeczności wioski. Przerażeni ludzie, widząc wymierzone w siebie lufy karabinów, padli na ziemię i nie zamierzali bronić balafonu. Sosso Bala położono na samochód, ale samochód nie odpalił. Zdjęto balafon, samochód odpalił, załadowano na powrót – nie odpalił. I tak prawie cały dzień. Sosso Bala do dziś nie lubi samochodów, psuje je natychmiast (śmiech). Gdy trzeba przenieść go do innej wioski na jakąś ceremonię, ludzie niosą go w tradycyjny sposób na głowie, w wielkim skupieniu i z szacunkiem ze strony całej społeczności.

 

Jakim wydarzeniom tradycyjnie towarzyszy balafon?

Dawniej towarzyszył rytuałom religijnym w świętym lesie, miejscu magicznym, w którym społeczność komunikowała się z przodkami, składała ofiary, w którym młodzi ludzie przechodzili inicjację. Gra się na nim do dziś podczas pochówku ważnych dla społeczności osób, na przykład szefów wioski. Współcześnie słychać go na weselach i podczas islamskich świąt, jak ramadan. Balafon zawsze występuje w towarzystwie innych instrumentów. Gdy byłem dzieciakiem, w Mali przygrywałem ludziom podczas ich pracy w polu. Muzyka nie służy u nas tylko zarabianiu pieniędzy, ale ma pomagać innym ludziom i uzdrawiać.

 

Czy dziś balafon brzmi tak samo, jak kiedyś?

To wciąż ten sam dźwięk, te same tradycyjne wątki muzyczne. Jednak gdy mój ojciec słyszy, jak gram, mówi, że stałem się już muzykiem dla białych, że brzmię jak maszyna. Tradycyjny balafon ma dwadzieścia deseczek i nie wolno wzbogacać jego konstrukcji o większą ich liczbę. Ale ja należę do generacji młodych muzyków, lubię innowacje, jak każdy młody zbuntowany. Do moich balafonów dodałem więc po jednej dodatkowej deseczce, teraz jest ich po dwadzieścia jeden w każdym instrumencie. Są różne style gry na balafonie. Gra się na jednym balafonie, na dwóch ustawionych na przykład prostopadle do siebie. Raz na jednym, raz na drugim. Ja ustawiam obydwa obok siebie i gram na nich równocześnie, by mieć dostęp do pełnej skali dźwięków.

 

A współczesne balafony, poza tym dodawaniem deseczek, są podobne do Sosso Bala?

Mój tak, ma deseczki wystrugane z drzewa różanego i pod spodem konstrukcję z owoców tykwy i z bambusa. Tykwy to membrana, każda z nich ma dwa otwory. Tradycyjnie te otwory zatykało się pajęczą siecią. Wtedy przy uderzaniu pałeczkami w balafon słychać charakterystyczne bzyczenie. Ale skąd wziąć pajęczą sieć, mieszkając w amerykańskim mieście, takim jak Boston chociażby? Wykorzystuję więc plastikowe torebki, w których przynoszę zakupy z supermarketu. I mam nadzieję, że mój ojciec nigdy się o tej modernizacji nie dowie. Każda tykwa jest dopasowana do konkretnych deseczek, do konkretnego klucza muzycznego. Tradycyjnie całą konstrukcję balafonu łączyło się za pomocą pasków ze skóry antylopy, teraz to najczęściej sznurki nylonowe, które pojawiły się już w latach sześćdziesiątych, gdy naszym ksylofonem zainteresowali się zachodni muzycy.

 

Jako muzyk przeszedł pan długą drogę. Naukę zaczynał pan w Bamako, stolicy Mali.

Od szesnastu lat mieszka pan w Stanach Zjednoczonych, ma żonę Amerykankę. Dlaczego zdecydował się pan „odjechać” tak daleko od swej afrykańskiej tradycji, bo przecież modernizacja w pana twórczości nie kończy się tylko na plastikowych torebkach w miejsce pajęczej sieci?

Dorastałem w Bamako, w Mali, które tak różni się od Stanów, że trudno to sobie wyobrazić. Gdy przyjechałem do Ameryki, pomyślałem z przerażeniem, że jestem po niewłaściwej stronie świata. Ale w końcu nauczyłem się języka i spotkałem muzyków z mojego zespołu World Vision, dzięki którym dziś jestem w dobrym punkcie mojej kariery. Gram tradycyjną muzykę malijskich griotów, ale równocześnie jestem otwarty na zachodnie wpływy, na różne gatunki.

 

Grał pan z Benem Harperem, Susan McKeown i Toumani Diabatém, nagrywał utwory na płytach Yo-Yo Ma, Angelique Kidjo, Vusi Mahlasela. Jak przy tej otwartości na różnorodność w muzyce chronić tradycję?

Tym, co griot, djeli przechowuje, jest pamięć o dziejach rodziny, społeczeństwa ludu Mandingo. Nie zapisywaliśmy swojej tradycji w książkach, przekazywaliśmy ją ustnie. I to djeli, afrykański bard, był ową księgą przechowującą przeszłość i przekazującą ją nowym pokoleniom. Jako griot staram się zachować w mojej twórczości muzyczną tradycję Mandingów. Jednak by uczynić ją zrozumiałą i atrakcyjną dla młodych odbiorców, łączę ją z nowoczesnymi wpływami, z zachodnimi inspiracjami. Niewielu przyszłoby na moje koncerty, niewielu poznało malijską tradycję, gdybym nie współpracował ze znanymi artystami, nie odmieniał swego stylu za sprawą nowych trendów muzycznych.