Wydanie: MWM 05/2016

Nowość i echa historii

Article_more
Chyba będę dziś pisać o zakorzenieniu nowej muzyki w przeszłości. Dziwię się sobie, bo temat ten wywołuje u mnie odruch niechęci. W praktyce radiowej poszukiwanie historycznych odniesień daje zwykle szansę, aby przedstawić muzykę współczesną w ciągu dnia, zamiast w nocy, „dla tych, co na morzu”.

Jeśli XX-wieczny lub faktycznie współczesny, napisany w XXI wieku utwór jest stylizacją, ma jeszcze szansę zaistnieć przed godz. 23:00, bo zachodzi domniemanie, że nie obniży gwałtownie „słuchalności” programu. Irytująca sprawa, ale nikt nie wymyślił na nią sposobu – w końcu media nie są po to, żeby odpychać od kultury, a reakcji odrzucenia może spodziewać się każdy, kto zapragnie epatować Xenakisem zmywającego właśnie naczynia słuchacza. Radio w ciągu dnia jest przede wszystkim tapetą dźwiękową „przemycającą” dodane wartości: historię kultury i sensy dawnej muzyki, te współczesne kompozytorom, jak i te przypisywane ich pracy dziś. Nowsza muzyka może budzić niepokój, bo ustanawia własne kanony piękna i prawdy. Może się mylić. Niewielu jest odważnych, którzy właśnie tu i teraz, przed kolacją, pragną się mierzyć z takim problemem. Kupujemy chętniej to, co sprawdzone i poddane wielokrotnej weryfikacji.

 

Rozumieją to artyści, którzy dziś piszą jak Bruckner, Dvořák czy Prokofiew z niewielkim współczesnym „twistem”, z oferującym szerszej publiczności dreszczyk ekscytacji odstępstwem od reguł. Nie posądzam tych twórców o wyrachowanie, może to wynikać z ich najgłębszej potrzeby. Nic mi do tego, chociaż w takiej muzyce znajduję dla siebie niewiele. Nie komunikuję się z nią, po prostu jej nie wierzę. Szukam prawdy i nie znajduję, bo, mimo głębokiego uczucia do Brucknera i Dvořáka, o pewnych rzeczach myślę inaczej, filtruję je przez inne doświadczenia, wyobrażenia i wiedzę. Naiwna wydaje mi się wiara, że jakiekolwiek doświadczenie egzystencjalne da się wydestylować w ciąg współbrzmień zamkniętych w kręgu jednej estetyki. Najgenialniejsze dzieła dają mi tylko przebłyski prawdy; ważne i konieczne, ale jednak dalekie. Muzyka zawiera w sobie światopogląd, a sposoby mówienia, porządki wyobrażeń, oceny etyczne i estetyczne zmieniają się – stąd tendencja do poszukiwań, która, wbrew znanym zarzutom, z modą ma niewiele wspólnego, poza jednym: pragnieniem komunikacji z emocjami i umysłem współczesnego człowieka. 

Konserwatyzm żąda tymczasem zamrożenia estetyki, muzycznego końca historii. Utrzymuje, że znalazł kamień filozoficzny. Na wielu to działa, inni pozostają obojętni, jeszcze inni (na moje szczęście) podejmują polemikę. Przy okazji prapremiery swojego nowego utworu w marcu w Filharmonii Łódzkiej Andrzej Kwieciński zwierzył się słuchaczom, że konserwatyzm polskiej muzyki współczesnej był traumą jego wczesnych lat. To sformułowanie zapadło mi w pamięć, bo grany w Łodzi jego un momento indugiò jest przecież utworem mocno zakorzenionym w muzycznej tradycji. To jednak tradycja inna, daleka od czczonego u nas późnego romantyzmu. Kwieciński mówi o konfrontacji ze śmiercią, doświadczeniu uniwersalnym – przebłysk prawdy o nim odnalazł w jednym z madrygałów Gesualda. Moment przekraczania progu, o którym pisze swoją muzykę polski kompozytor, to u Gesualda parę akordów, chwila diatonicznej epifanii w niejednoznacznym, chromatycznym gąszczu. Myśl tę przepracowuje Kwieciński metodą powtórzeń, zainspirowaną z kolei przez Monteverdiego. Cicha, choć rozpisana na wielką orkiestrę, muzyka to kilkunastominutowe zatrzymanie w momencie traumatycznej konfrontacji. Jeśli zaczniemy zagłębiać się w ledwo słyszalne dźwięki, zostaniemy odcięci od świata otaczającego. Jak stający twarzą w twarz ze śmiercią człowiek, doświadczać będziemy powracającej obsesyjnie sekwencji myśli, które powoli, w długim crescendo, zaczną do nas coraz jaśniej docierać. To cień Ravelowskiego Bolera, uformowany w czasie spiralnie, w ciągłej dialektyce przemiany i powtórzenia.

 

Oryginalność tej muzyki jest dla mnie gwarancją prawdy nie mniej istotną, niż jej zakorzenienie w tradycji, bo zaprasza mnie do przemyślenia i przeczucia czegoś na nowo, konfrontacji idei kompozytora z własnym, jakoś uporządkowanym światem. Kwieciński nie chowa się za Gesualdem, nie kopiuje jego sposobu mówienia, lecz jego myśl stara się po swojemu rozwinąć. Czy do płomienia, wydobywając się z platońskiej jaskini, zbliża się tym samym bardziej, niż książę Venosy? Gdybym potrafił odpowiedzieć na tak postawione pytanie, nie potrzebowałbym już żadnej nowej sztuki.