Zagrajcie dla kobiety z brodą

Article_more
Można uprawiać sztukę dla sztuki, ale lepiej dla pieniędzy. Tyle że to trudne. Genialny Joshua Bell wyrzucony na ulicę zarobił graniem na stradivarim trzydzieści dwa dolary. A chłopak koncertujący na instrumencie od wiejskiego stolarza został nagrodzony szczerozłotym pantofelkiem. Bo na nic talent i skrzypce za miliony, jeśli brakuje dobrej publiczności.

Publiczność bywa wrednie złośliwa, znudzona albo głucha jak pień. Jeszcze się taki geniusz nie urodził, który by jej zawsze dogodził. Jeden z najwybitniejszych polskich wirtuozów, Stanisław Barcewicz, został poproszony przez kolegę po smyczku, żeby wystąpił w koncercie dobroczynnym jako jego akompaniator. Zgodził się, choć musiał odwołać spotkanie ze świetnym pianistą Aleksandrem Michałowskim. Ten zaproponował więc, że chętnie pójdzie z Barcewiczem na koncert i będzie mu nuty przewracał. Wszystko poszło doskonale, ale słuchacze i tak uznali, że występ był do niczego, bo artyści źle stanęli: akompaniator powinien grać na skrzypcach, ten, co odwracał nuty, miał usiąść do fortepianu, a solista skrzypek – zastąpić go przy nutach. Jeśli do tego dodamy fakt, że artyści wystąpili za darmo, mieli prawo być rozżaleni.

Można oczywiście spróbować publiczność zdobyć jej własną bronią, zaskoczyć, zaszokować – XVIII-wieczny skrzypek angielski, Charles Esser, który na pierwszym koncercie został wygwizdany, odłożył smyczek i następny utwór odegrał, szarpiąc struny oraz gwiżdżąc melodię, co wprawiło słuchaczy w takie zdumienie, że urządzili mu owację – ale nic nie można zrobić, jeśli są zblazowani i nastawieni wrogo. Nawet amerykański wirtuoz Joshua Bell nie potrafił uwieść takich niechętnych słuchaczy.

Pewnego styczniowego ranka 2007 roku zszedł do stacji metra L’elephant w Nowym Jorku, otworzył futerał ze skrzypcami Stradivariusa z 1713 roku (wartymi kilka milionów dolarów) i zaczął stroić instrument. Przechodnie nie byli zdziwieni, bo w 1987 roku Zarząd Transportu Miejskiego uchylił obowiązujący od chwili otwarcia metra zakaz grania na stacjach i  uruchomił program „Music Under New York” – specjalna komisja decydowała, który z grajków ulicznych jest wystarczająco zdolny, żeby wystąpić w tak szczególnym miejscu. Niestety, Bellowi zabrakło talentu na metro, bo choć przez 45 minut koncertu przeszło ponad tysiąc osób, zatrzymała się tylko jedna. Skrzypek zagrał Ave Maria Schuberta i Estrellitę Manuela Ponce, zakończył Bachowską Chaconne z II Partity d-moll na skrzypce solo, będącą jednym z najtrudniejszych wyzwań dla wirtuoza. „To było okropne. Grałem najlepiej, jak umiem, a ludzie nawet nie odstawiali od ucha komórki” – wspominał Bell.

Egzorcysta pilnie poszukiwany 
Dlatego lepiej przygotować wcześniej grunt, przekonać publiczność, że ma szczęście uczestniczyć w wyjątkowym wydarzeniu i musi za to dużo zapłacić. Bo dobry artysta musi się wysoko cenić. Wiedział o tym doskonale Paganini, który podsycał plotki o tym, że w zamian za talent zaprzedał duszę diabłu i żądał diabelsko nieprzyzwoitych honorariów. Wzbudziło to opór nawet na dworze angielskim, ale skrzypek uciął wszystkie targi: „Panowie! Przecież król może posłuchać mojej gry za znacznie mniejszą sumę, jeśli wykupi bilet na mój koncert w teatrze”. Nigdy też nie dawał się naciągać na darmowe koncerty, a indagowany przez jedną z wielbicielek, dlaczego przyszedł do jej salonu bez instrumentu, odrzekł, że skrzypce kazały podziękować za zaproszenie, ale kawy nie piją.

Podobno jednak na czterech koncertach, które latem 1829 roku dał we Wrocławiu, znalazło się wielu słuchaczy bez biletów. Niezwykły skrzypek dwa razy wystąpił w Auli Leopoldyńskiej, najwspanialszej barokowej sali Wrocławia, a dwa razy w teatrze Kalte Asche (nie istnieje, stał na działce zajętej przez IX LO). „Był przyjęty z zapałem i ciągłymi oklaskami. Podczas próby jednego z koncertów zebrani studenci wyłamali drzwi do sali i gwałtem, mimo oporu pilnujących wnijścia, weszli, aby usłyszeć tego mistrza. Rozruch ten poskromionym wkrótce został przez władze policyjne” – pisał „Kurier Warszawski”.

Z kolei „Gazeta Wielkiego Księstwa Poznańskiego” zachwycała się koncertem w Auli Leopoldyńskiej i cytowała pochwały miejscowego recenzenta. Notabene mocno rozchwianego emocjonalnie, bo twierdził, że „Paganini grał jedynie, nieporównanie, czarodziejskim i czarującym sposobem, jak żaden przed nim nie grał, żaden obok niego nie gra, żaden po nim grać nie będzie”. To jeszcze jakoś można zrozumieć, ale potem krytykowi opanowanemu przez diabła język plącze się jeszcze bardziej, tłumaczy się, że może coś konkretniejszego powie po następnym koncercie, „bo oto ten skrzypcowy cudotwórca tak go obłąkał, iż musi wprzód do siebie przyjść, aby wiedział i mógł powiedzieć, co właściwie słyszał, czuł i myślał sobie, gdy go słyszał”.

Bisów dzisiaj nie będzie
Koncert, który Paganini dał w Auli Leopoldyńskiej 19 lipca 1829 roku, został zrekonstruowany w listopadzie 2001 roku. Melomani usłyszeli trzy kompozycje genialnego wirtuoza: II Koncert skrzypcowy h-moll op. 7 „La Campanella”, Wariacje brawurowe na strunie „g” na temat modlitwy z opery „Mojżesz w Egipcie” Rossiniego i Wariacje na temat „Nel cor piu non mi sento” z opery „La Molinara” Paisiella oraz V Symfonię c-moll Ludwiga van Beethovena.

Z wykonaniem koncertu i wariacji na temat Paisiella zmierzył się jeden z najlepszych wrocławskich skrzypków Wiktor Kuzniecow, a wariacje na temat Rossiniego zagrał jego utalentowany uczeń, Robert Bachara. Towarzyszącą muzykom Festiwalową Orkiestrę „Wrocław” poprowadził niemiecki dyrygent Stefan Bevier. Choć wiele utworów Paganiniego zaginęło, akurat wszystkie grane na wrocławskim koncercie zachowały się do naszych czasów. Kuzniecow, który przygotował koncert, miał problemy jedynie ze zdobyciem nut „La Campanelli”. Sprowadził je aż z Florydy. 

Rekonstrukcja dotyczyła nie tylko programu występu, ale także kolejności wykonywanych utworów i ich części. Paganini nigdy nie bisował, bo bisy były już jak gdyby wpisane w zasadniczą część koncertu. Podobnie było podczas występu Kuzniecowa – melomani usłyszeli najpierw pierwszą część symfonii, potem pierwszą część koncertu, następnie drugą część symfonii, drugą i trzecią część koncertu itd. – tak jak odbywało się to za czasów Mistrza. Finałem w stylu Paganiniego była burzliwa owacja publiczności. Na szczęście tym razem obyło się bez interwencji policji.

Paganini grał między innymi na skrzypcach wykonanych przez znakomitego lutnika Carla Bergonziego i na instrumencie, który zbudował Guarneri del Gesù. Kilkanaście lat temu na aukcji Sotheby’s skrzypce Bergonziego kupił za milion dolarów prezes zarządu moskiewskiej fundacji sztuki wiolinistycznej, Maksym Wiktorow. Magia nazwiska Paganiniego oraz fakt, że do naszych czasów zachowało się jedynie pięćdziesiąt instrumentów, które wyszły z pracowni Bergonziego, podbiły cenę.

Mistrz z Breslau
Wrocław kochał wprawdzie skrzypków, ale takimi lutnikami, jak włoscy mistrzowie, nie mógł się pochwalić. Najcenniejsze skrzypce, które przechowuje wrocławskie Muzeum Miejskie (na wystawie w Pałacu Królewskim) są dziełem Thomasa Raucha, urodzonego w Pradze w 1702 roku. Rauch zjawił się we Wrocławiu jako dobiegający trzydziestki, poważny lutnik. Uczył się tej sztuki u Thomasa Edlingera, a ten z kolei wyszedł spod ręki Jacoba Stainera, najwybitniejszego lutnika austriackiego, jedynego, który mógł konkurować z włoskimi mistrzami. Znawcy twierdzą, że Rauch robił instrumenty na modłę Stainera. Nie tylko skrzypce, lecz także wiolonczele. Jedna z nich znajduje się w zbiorach Muzeum Instrumentów Dawnych w Poznaniu i jest bardzo wysoko oceniana.

Nie wiemy, kim był pierwszy nabywca skrzypiec, ale znamy ostatniego. To Jakób Stefanowicz ze Lwowa. Grał na skrzypcach amatorsko i nie zdawał sobie sprawy z klasy kupionego instrumentu. Ale postanowił poddać je renowacji i w 1924 roku oddał je do warsztatu Władysława Baczyńskiego. „Instrument jest oryginalny we wszystkich częściach i nieszczególnie używany. Nigdzie nie jest zepsuty. Skrzypce są pochodzenia niemieckiego, z lat 1725–1736, zbudował je mistrz Thomas Rauch, Breslau. Skrzypce ze względu na bardzo małą liczbę egzemplarzy mają także wartość muzealną” – napisał Baczyński w swojej ekspertyzie. Córka Stefanowicza, pani Anna Świerczewska, przekazała kilka lat temu skrzypce Raucha na wystawę „1000 lat Wrocławia”. Pasują idealnie, bo wrocławianie muzykę kochali i potrafili być dla artystów hojni.

Zagraj to jeszcze raz
Chociaż nie aż tak jak św. Wilgefortis. Jeśli w wędrówkach po Dolnym Śląsku traficie do Wambierzyc, zajrzyjcie na kalwarię zwaną od wieków „dolnośląską Jerozolimą”. Ma siedemdziesiąt cztery kaplice, z pewnością najlepiej zachowane na Dolnym Śląsku, które ufundował w latach 1681–1701 Daniel Paschasius von Osterberg, znany mecenas sztuki.

Osobliwością wambierzyckiej kalwarii jest figura Wilgefortis w stacji pięćdziesiątej siódmej. Kobieta na krzyżu budzi zwykle zdumienie odwiedzających, choć kiedyś była czczona jako wspierająca wszelką ludzką biedę. Miała żyć w pierwszych wiekach chrześcijaństwa. Była chrześcijanką, córką pogańskiego władcy Luzytanii (dzisiejsza Portugalia). Legenda mówi, że w czasie swawolnych pogańskich świąt dziewicę gonił pewien chutliwy młodzieniec. Nieszczęśnica dobiegła jednak do krzyża, na którym zawisła dzięki swoim modlitwom. Zdumiony prześladowca ujrzał, jak jego niedoszłej ofierze wyrasta broda. Wstrząs był tak silny, że młodzieniec nawrócił się na chrześcijaństwo i do końca swojej ziemskiej wędrówki prowadził cnotliwe życie.

Tymczasem wizerunek Wilgefortis wiszącej na krzyżu stał się przedmiotem czci wielu wiernych, w tym ubogiego chłopca, który grą na skrzypcach postanowił zarobić na lekarstwo dla chorej matki. Gdy tak grał pod krzyżem, spadł jeden ze szczerozłotych pantofelków świętej. Uszczęśliwiony grajek postanowił sprzedać dar Wilgefortis. Niestety posądzono go o kradzież, uwięziono i skazano na śmierć. W ostatnim słowie chłopiec poprosił o pozwolenie zagrania pod krzyżem. Jakież było zdumienie obecnych, gdy święta zrzuciła również drugi pantofelek, co uznano za dowód niewinności grajka.

Jeśli umiecie grać, spróbujcie. Wilgefortis nie ucieknie do wagonu, nie wyciągnie komórki i nie rzuci kilku centów do futerału. Co najwyżej szczerozłoty pantofelek. Słuchacz idealny.

.