Wydanie: MWM 12/2012

Dyrygent, czyli Dyl Sowizdrzał

Rozmowa z obchodzącym 40-lecie pracy artystycznej markiem Pijarowskim
Article_more
Pianista siada do fortepianu, ma swój instrument, czuje go bezpośrednio pod palcami. My, dyrygenci, także musimy czuć, ale czuć pod palcami orkiestrę. Czuć, jakby się dotykało żywej, fascynującej i jedynej w swoim rodzaju materii. Połączyć się ze wszystkimi i z każdym z osobna, stworzyć jeden niezwykle wrażliwy na piękno dźwięków organizm. Nie dyrygent przecież gra, lecz artyści muzycy, więc ja muszę trafić do ich serc.

Grzegorz Chojnowski: Czy pamięta pan swój debiut?

Marek Pijarowski: Oczywiście. Takie momenty długo się pamięta. To było dokładnie 24 listopada 1972 roku w Filharmonii Wrocławskiej, przy ulicy Świerczewskiego, dzisiaj Piłsudskiego.

 

Czym pan dyrygował?

Mój profesor, ówczesny dyrektor Filharmonii Tadeusz Strugała rzucił mnie od razu na głęboką wodę. Zaczęliśmy uwerturą do opery Wilhelm Tell Rossiniego, potem zabrzmiał Koncert skrzypcowy A-dur KV 219 Mozarta. Solistką była skrzypaczka z Filipin, bardzo drobnej postury i niezwykle przyjazna dla początkującego kapelmistrza. Po przerwie zabrzmiała Szeherezada Rimskiego-Korsakowa z pięknym skrzypcowym solo prof. Krzysztofa Bruczkowskiego; utwór wymagający od dyrygenta już pewnych umiejętności współpracy z orkiestrą. Tadeusz Strugała niewątpliwie ryzykował, kiedy powierzał taki właśnie program bardzo młodemu dyrygentowi. Pewnie sobie pomyślał: „albo bracie pod wodę, albo dopłyniesz do brzegu, koła ratunkowego nie ma”.

No i pan dopłynął. Niedługo potem było zwycięstwo w Ogólnopolskim Konkursie Dyrygenckim w Katowicach. Ono dodało panu skrzydeł, wiary czy tylko utwierdziło w poczuciu pewności siebie i wyborze właściwej drogi?

Gdy jechałem na ten konkurs, nie zdawałem sobie sprawy z tzw. powagi chwili, z tego, co takie wydarzenie może zmienić w moim życiu. Nie myślałem wtedy o rywalizacji, chciałem poznać kolegów, cieszyć się możliwością dyrygowania wspaniałą Orkiestrą Filharmonii Śląskiej. Jako najmłodszy uczestnik mogłem przecież już po pierwszym etapie spakować partytury i wrócić, nic by się wielkiego nie stało. Ale przechodziłem z etapu do etapu, zacząłem być wymieniany w gronie kandydatów do nagrody. Nogi zaczęły mi się lekko trząść przed finałem, tym bardziej że przyjechał prof. Strugała. Z jednej strony dodał mi otuchy, z drugiej – pojawiło się jednak napięcie, nie chciałem sprawić mu zawodu. Co mi pomogło? Paradoksalnie chyba też i brak doświadczenia. Po prostu wychodziłem na estradę taki, jaki byłem – spontaniczny, młodzieńczy. Chciałem pokazać orkiestrze, jak czuję muzykę. Tak naprawdę to się zaczęło dziać po konkursie...

 

Co się zaczęło dziać?

Kiedy ktoś wygrywa konkurs, zwłaszcza konkurs dyrygencki, w ślad za zwycięstwem idą zaproszenia od różnych orkiestr. Wielu chce przecież to młode estradowe „zwierzę” zobaczyć i samemu ocenić, czy jurorzy mieli rację. Jedną z tych nagród była m.in. nagroda Filharmonii Narodowej w postaci występu na tej prestiżowej estradzie. Konkurs odbywał się w listopadzie, a już na połowę grudnia zaplanowano koncert. Trzeba więc było niebawem stanąć przed tym znakomitym zespołem. Można sobie chyba wyobrazić, co czuł młodziutki dyrygent, wiedząc, że przed chwilą stał na tym samym podium fenomenalny Witold Rowicki i wielu najwspanialszych artystów z całego świata. A tu przychodzi 23-letni Pijarowski i staje oko w oko z orkiestrą, która właśnie wróciła po sukcesach w USA, a niedługo leci do Japonii. Trema była ogromna, widmo pierwszej próby i obawy, czy sobie poradzę – straszne. Cóż, godzina wybiła i inspektor zespołu przyjacielskim gestem zaprosił mnie na estradę. Ale jest coś takiego jak pierwszy takt, pierwsze słowa, pierwszy uśmiech, bardzo potrzebna na estradzie akceptacja, pierwsza trafiona, zrozumiała dla muzyków uwaga, ich reakcja, skinięcie głowy. Dzięki temu szybko zapomniałem o debiutanckiej tremie i zanurzyliśmy się w muzyce. Czułem, że mogę przenosić góry…

 

Zdarzył się taki solista albo orkiestra, która dała panu w kość?

Wielu solistów i wiele orkiestr potrafi zmusić do maksymalnego wysiłku. Zdarzali się artyści niezwykle wymagający, ale wtedy czułem, że mogę zrobić więcej, niż pierwotnie zakładałem. I to niekoniecznie podczas pracy tylko ze wspaniałymi, uznanymi zespołami. Często w orkiestrach mniejszych i jakościowo słabszych była taka chęć i silny twórczy zapał, że wyzwalało to u mnie co najmniej podwójną energię. Z prób wychodziłem często mokry, „wypompowany”, widziałem jednak w oczach muzyków satysfakcję. Taki rodzaj zmęczenia bardzo lubię.

 

Jest coś, czego pan w orkiestrze wręcz nie znosi?

Nie znoszę braku dyscypliny, gadulstwa, dekoncentracji... Na szczęście dziś to już bardzo rzadkie i zanikające zjawisko. Ale trzeba też obiektywnie przyznać, iż czasem takie zachowania zespołu to nasza wina, wina dyrygentów. Nie wolno manifestować swojej sztucznej wyższości – teraz ja, bo to ja mam batutę. Pewność kierowania zespołem to co innego. Proszę mi wierzyć, muzycy po trzech minutach współpracy dokładnie rozszyfrują każdego kapelmistrza i już wiedzą, co tak naprawdę jest wart. Dyrygent musi znaleźć swój sposób na to, jak trafić do serca zespołu, czym go zainteresować. Ale przede wszystkim orkiestrę trzeba szanować i zawsze traktować jak bardzo poważnego partnera w naszych muzycznych poszukiwaniach.   

 

Praca wybitnego dyrygenta to także podróże, wyjazdy. Ma pan taki wyjazd, tournée życia?

Było ich sporo. Pamiętam dobrze te pierwsze, zwłaszcza że w tamtych czasach paszport się oglądało kilka razy, sprawdzając, czy rzeczywiście jest prawdziwy, czy mogę wyjechać za granicę. Było np. duże tournée po Niemczech z Filharmonią Narodową, z nieżyjącym, fenomenalnym Witoldem Rowickim. Pamiętam też wyjazd do ówczesnego Leningradu, słynnej tamtejszej Filharmonii. Miałem 25, może 26 lat. Wysłano mnie do jednej z najlepszych orkiestr na świecie. Mało tego, pojechałem z programem, który oni znali perfekcyjnie, m.in. z IX Symfonią Dvořáka. Zaplanowano trzy próby. Po pierwszej godzinie pierwszej próby schodzę do swojej garderoby, zaczynam się mocno drapać w głowę. Grają znakomicie, co ja mam dalej z nimi robić? Słyszę pukanie do drzwi, wchodzi koncertmistrz, starszy, przemiły pan. Widzi moje zmartwienie, pyta: – Co się stało? – Wiem, gdzie jestem – szczerze odpowiadam. – To słynna na świecie Filharmonia Leningradzka, gracie tę symfonię praktycznie na pamięć, często podczas wielu tournée ze swoim szefem Eugeniuszem Mrawińskim, jednym z najlepszych dyrygentów w historii... Ale jeżeli mi państwo pozwolą, chciałbym jednak dwa fragmenty zagrać inaczej niż wasz wielki szef. – Ależ oczywiście, proszę tylko powiedzieć nam o tym na próbie – zgadza się koncertmistrz. Wychodzę więc po przerwie do orkiestry już ośmielony, najpierw mówię im szczere komplementy za wspaniałą grę, kiwają z uśmiechem głowami, proszę więc o te dwa miejsca. Kiedy miałem już całą orkiestrę za sobą, przy okazji tych dwóch miejsc udało mi się zmienić jeszcze chyba z piętnaście innych i zwrócić też uwagę na drobne nieczystości w intonacji. Orkiestra była zadowolona, ja szczęśliwy, zaprzyjaźniliśmy się.

 

Właśnie podał pan przepis na idealną współpracę z orkiestrą.

Staram się przekazywać moje doświadczenia młodym dyrygentom studiującym we wrocławskiej Akademii Muzycznej i na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina w Warszawie. Zastanawiam się nieraz, czy można w ogóle tego zawodu nauczyć, co to jest dyrygentura i czym się różni od innych dyscyplin muzycznych. Proszę zauważyć – pianista siada do fortepianu, ma swój instrument, czuje go bezpośrednio pod palcami. My, dyrygenci, także musimy czuć, ale czuć pod palcami orkiestrę. Czuć, jakby się dotykało żywej, fascynującej i jedynej w swoim rodzaju materii. Połączyć się ze wszystkimi i z każdym z osobna, stworzyć jeden niezwykle wrażliwy na piękno dźwięków organizm. Nie dyrygent przecież gra, lecz artyści muzycy, więc ja muszę trafić do ich serc. Z drugiej zaś strony bez artystycznego zaufania zespołu do dyrygenta, wiary w jego koncepcję muzyczną tak, by stała się naszą wspólną koncepcją, trudno oczekiwać przejmujących interpretacji.

 

Urodził się pan we Wrocławiu, pochodzi z pierwszego pokolenia rodowitych wrocławian. Ta wrocławskość była dla pana istotna?

Była, jest i tak zostanie, jestem z tego dumny. Całe życie mieszkam we Wrocławiu, tu się urodziłem, przeszedłem pełną edukację muzyczną, tu ponad dwadzieścia lat szefowałem naszej Filharmonii i pracuję nadal w Akademii Muzycznej. Właściwie dopiero na początku 2001 roku, kiedy nastąpiły zmiany dyrekcji w Filharmonii Wrocławskiej, zaczęła się moja ścisła etatowa współpraca jako dyrygenta z innymi ośrodkami muzycznymi – Łodzią czy Poznaniem. Ale we Wrocławiu są moje korzenie, tu jest moje miejsce, tu jest mój dom…

 

W Filharmonii Wrocławskiej będzie pan świętował jubileusz 40-lecia pracy artystycznej. Uwertura do Wilhelma Tella jest wyborem oczywistym, nawiązaniem do debiutu. A pozostałe utwory, czyli poematy symfoniczne Richarda Straussa i II Koncert skrzypcowy Wieniawskiego?

Głęboko się zastanawiałem, jak ułożyć ten program. Najprościej byłoby powtórzyć to, co graliśmy czterdzieści lat temu. Zaczniemy więc tak jak wtedy, ale dalej już będzie nieco inaczej. Solistą naszego koncertu będzie wybitny skrzypek, wspaniały człowiek, profesor Krzysztof Jakowicz, któremu jestem ogromnie wdzięczny za to, że na początku mojej drogi artystycznej był dla mnie opiekunem i przewodnikiem w momentach, gdy miałem mnóstwo rozterek, wątpliwości i niepewności. Krzysztof mnie wtedy uspokajał, tłumaczył, wyjaśniał. Tej ważnej dla mnie osoby nie mogło zabraknąć podczas tego wieczoru. A po przerwie dwa poematy symfoniczne Richarda Straussa. Don Juan był właśnie tym utworem (pracowaliśmy nad nim z profesorem Strugałą na II roku studiów), który sprawił, że twardo powiedziałem sobie: tak, teraz jestem pewien, że chcę iść tą drogą. Zaś w Dylu Sowizdrzale jest tyle zmienności, tyle zaskakujących sytuacji, ile w życiu dyrygenta. Różne orkiestry, soliści, różne miejsca, kontynenty, przeloty, hotele, przyjaźnie… Ot, taki program właśnie wymyśliłem. Czy on się Państwu spodoba? Bardzo, bardzo bym chciał.

 

Rozmawiał Grzegorz Chojnowski (Radio Wrocław)



Marek Pijarowski – studiował w Akademii Muzycznej we Wrocławiu, Hochschule für Musik und Darstellende Kunst w Wiedniu, a także u Arvida Jansonsa w Weimerze. W latach 1981–2001 był dyrektorem naczelnym i artystycznym Filharmonii Wrocławskiej oraz dyrektorem artystycznym Festiwalu Polskiej Muzyki Współczesnej we Wrocławiu. W latach 2002–2005 był dyrektorem artystycznym Filharmonii Łódzkiej oraz pierwszym dyrygentem Filharmonii Krakowskiej. Od sezonu 2007/2008 jest szefem Orkiestry Filharmonii Poznańskiej. Prowadzi klasę dyrygentury w Akademii Muzycznej we Wrocławiu i na Uniwersytecie Muzycznym w Warszawie. Współpracował ze wszystkimi orkiestrami filharmonicznymi i radiowymi w Polsce. Występował w większości krajów europejskich, a także na Kubie, w USA, Kanadzie, Korei Południowej, Chinach i Meksyku.