Muzyka i miasto

Marek Bebłot - wywiad
Article_more
Nie chcemy pisać o muzyce w oderwaniu od otoczenia i wydarzeń, które znakomicie muzykę dopełniają. Przecież na odbiór muzyki otoczenie ma niebanalny wpływ, a myślę tutaj zarówno o sali koncertowej, jak i jej lokalizacji w tzw. tkance miejskiej. Bliskie jest mi w tym kontekście określenie „miasto kreatywne”.

Piotr Matwiejczuk: Hasło dwumiesięcznika „ArtPost” brzmi: „Muzyka i dobre strony miasta”. A zatem muzyka klasyczna jako część współczesnej kultury miejskiej? Być może jestem zatwardziałym pesymistą, ale w Polsce muzyka „poważna” wydaje mi się raczej dobrem luksusowym, przeznaczonym dla wąskiego grona odbiorców, niż częścią życia miast.

Marek Bebłot: Jest tutaj z mojej strony trochę prowokacji, bo jakże muzyka klasyczna może konkurować ze „światłami miasta”? Ale chyba się z panem nie zgodzę Proszę zobaczyć, jak funkcjonuje NFM we Wrocławiu czy NOSPR w swojej nowej siedzibie. Bilety na koncerty znikają momentalnie. Wszyscy zastanawialiśmy się, kto zapełni te nowe, wspaniałe sale koncertowe. Rzeczywistość przerosła nasze oczekiwania i możemy śmiało powiedzieć, że te obiekty stały się dobrymi stronami miasta. Nawet pokusiłbym się o stwierdzenie, że termin „dobro luksusowe” nie jest adekwatny. O ile luksusowy samochód wybierają bogaci ludzie, o tyle na koncerty przychodzą osoby o różnym statusie ekonomicznym, jednoczy je chęć uczestnictwa w wartościowych wydarzeniach. Spójrzmy, jaki jest obecnie repertuar w filharmoniach. I nie chodzi tu bynajmniej o schlebianie mniej wyrafinowanym gustom, chodzi o kreatywność. Jest duża otwartość na różnorodną muzykę – wielka korzyść dla muzyków i odbiorców. Pod koniec grudnia 2015 roku Katowice zostały przyjęte do grona Miast Kreatywnych UNESCO w dziedzinie muzyki, więc można śmiało powiedzieć, że muzyka „poważna” jest poważną częścią kultury miasta i chyba nie powinniśmy już myśleć o niej jako o muzyce dla nielicznych.

 

NOSPR w Katowicach, ICE w Krakowie, NFM we Wrocławiu, Filharmonia Szczecińska to centra muzyczne ze znakomitymi salami koncertowymi. Ale to również nowe elementy tkanek miejskich, zarówno w sensie architektonicznym, jak i kulturowym. „ArtPost” interesuje się nie tylko samą muzyką, lecz także architekturą i innymi sztukami.

Tak ostatnimi czasy bywa, że pod nazwą „centrum” kryje się centrum handlowe, a pod nazwą „galeria” – galeria handlowa. Miło jest myśleć, że centrów muzycznych nie da się wtłoczyć do kategorii „wielkopowierzchniowych obiektów handlowych”. Obiekty, o których pan wspomniał, są naturalnym dopełnieniem tego świata. Ważne, że oprócz walorów akustycznych, posiadają także walory artystyczne jako obiekty architektoniczne. Zostały dostrzeżone w świecie, otrzymały masę nagród w konkursach architektonicznych. Muzyka jest najbardziej abstrakcyjną ze sztuk i przyciąga zewsząd sztuki, które można „dotknąć”. Dlatego dla nas naturalną sprawą jest pisanie również o malarstwie, fotografii czy też filmie. Wzajemna inspiracja była zawsze. Gdy ktoś mnie pyta, dlaczego ten temat czy ta dziedzina znalazła się w „ArtPost”, przekornie mówię: „Jestem fotografem i tak to widzę”. Być może to jest dobry punkt widzenia, przydatny przy wydawaniu tego typu czasopisma. Nie można być zbyt blisko tego, co chcemy przekazać, potrzebna jest perspektywa. Potrzebny jest punkt widzenia, taki w sensie fotograficznym. Ale to działa również w drugą stronę. Zdarzyła mi się kiedyś sytuacja, którą opowiadam w formie anegdoty. Jeden z wydawców pięknych albumów powiedział mi kiedyś przy wyborze moich zdjęć do jednego z nich, że fotograf jest ostatnią osobą, która powinna dokonywać wyboru. Chyba coś w tym jest. Powyższe rozważania nie odnoszą się do zgłębiania tematów stricte muzycznych, to zostawiam dziennikarzom specjalizującym się w muzyce.

 

Jest pan wybitnym fotografikiem, a jednym z najważniejszych tematów pana twórczości jest muzyka i muzycy. Jak pańska pasja fotograficzno-muzyczna obecna jest na łamach dwumiesięcznika „ArtPost”?

Byłoby przesadą pokazywanie tylko swoich zdjęć. Jest wielu ludzi, którzy mają świetne oko i interesuje mnie ich spojrzenie. Nie interesują mnie „ładne” zdjęcia, interesuje mnie twórca, który ma coś do przekazania. Należy pamiętać, że obecnie fotografia jest znacznie trudniejsza. Poziom „ładnego” zdjęcia, poprawności ekspozycji zapisany jest już w programach współczesnych aparatów fotograficznych. I bardzo dobrze, nie można ciągle mówić, jakim to świetnym aparatem było robione zdjęcie. Nie chcę powierzchownych fotografii, chcę publikować zdjęcia, które są poezją, a nie tylko notatką z koncertu. Wybitni muzycy powinni mieć artystyczne zdjęcia, nie godzi się sporządzać powierzchownej rejestracji fotograficznej. Artysta przed obiektywem to wyzwanie. Jeśli fotograf stanie na wysokości zadania, spełni się również jako artysta. Aparat fotograficzny jest tylko narzędziem. To taka proteza dla naszych oczu – potrzebna, by zapisać coś, co się czasami zdarza.

Jest pan zarówno wydawcą, jak i redaktorem naczelnym „ArtPost”. To chyba bardzo komfortowa sytuacja?

Na tym etapie jest to przede wszystkim praktyczne. Zawsze jednak konsultuję materiał z najbliższymi współpracownikami. Podziwiam wiele czasopism, ale mam świadomość, że na tym etapie nie jestem w stanie wydawać czegoś podobnego. „ArtPost” wydaję na zasadzie „tak to widzę”. W tej sytuacji łatwo łączyć wizję naczelnego z budżetem określonym przez wydawcę. Jak dotąd nie jestem w tym względzie rozdarty. „ArtPost” jest dobrze zbilansowany. Muszę przyznać, że taka wolność jest przyjemna.

 

„ArtPost” istnieje już półtora roku. Od tego czasu zwiększył się nakład czasopisma, a także liczba miejsc, w których jest dostępne. Jak pan to robi?!

Okazuje się, że taka formuła czasopisma może cieszyć się zainteresowaniem czytelników i to jest rzecz najważniejsza. W przypadku wydawania czasopisma z własnych funduszy, bez żadnego wsparcia i dotacji, jest to kluczowe. Ta sytuacja pozwala nam na naturalny rozwój. Nasza strategia to wydawanie czasopisma nastawionego na prezentację nie tylko wykonawców, ale też miejsc, gdzie powstaje muzyka. Taki zabieg pozwala na mówienie o muzyce w szerszym ujęciu. Dlatego tak blisko nam do hasła „muzyka i dobre strony miasta”. Nie chcemy pisać o muzyce w oderwaniu od otoczenia i wydarzeń, które znakomicie muzykę dopełniają. Przecież na odbiór muzyki otoczenie ma niebanalny wpływ, a myślę tutaj zarówno o sali koncertowej, jak i jej lokalizacji w tzw. tkance miejskiej. Bliskie jest mi w tym kontekście określenie „miasto kreatywne”.

 

Jak ocenia pan zapotrzebowanie na tego rodzaju pismo w Polsce? To pytanie zarówno o przyszłość „ArtPost”, jak i o kondycję czasopiśmiennictwa muzycznego w ogóle. W ostatnich dwudziestu kilku latach powstało i upadło kilka pism muzycznych, a te, które istnieją, dochodów raczej nie przynoszą…

Trudno oceniać, gdyż jest to bardzo złożone zagadnienie. Gdy patrzę na tytuły czasopism muzycznych dostępne w salonach prasowych, to jest ich bardzo mało w stosunku do liczby wydarzeń muzycznych i to bez względu na rodzaj muzyki. Można by zatem wnioskować, że wystarczy tylko skrót informacyjny w internecie. Mam nadzieję, że jednak tak nie jest i nie będzie. Faktem pozostaje to, że trudno w przypadku czasopism zajmujących się muzyką mówić o dochodach, a konkretnie o tym, czy stać je na dalszy rozwój. Za dużo niewiadomych. Jednak wydawanie tego rodzaju czasopism bez zaangażowania emocjonalnego, w czysto biznesowy sposób, jest nierealne i ze względu na poziom merytoryczny czasopisma, i w ogóle – jako pomysł na biznes. Mógłbym oczywiście marzyć o wsparciu ze strony władz samorządowych miast, w których znajdują się filharmonie. Przecież my wykonujemy w tym względzie sporą promocję różnych ośrodków. Niestety, jak dotąd nie spotkałem się z zainteresowaniem. Jeśli jednak poradziłem sobie bez dotacji, to nie mam powodu do narzekań. Jestem bardzo podbudowany akceptacją moich poczynań przez członków środowiska muzycznego. Jeśli oni mówią, że jest to ciekawa inicjatywa, to ja się nie zrażam trudnościami i idę dalej. Być może właśnie dlatego, że kultura w Polsce jest niedofinansowana, czujemy pewnego rodzaju wspólnotę w tym, co chcemy robić. Chciałoby się sparafrazować słowa z Ziemi Obiecanej: Ty nie masz nic, ja nie mam nic, więc róbmy muzykę, wydawajmy czasopisma. Jeśli jednak się zdarzy, że coś pójdzie nie tak, to powiem sobie jak Grek Zorba: „To była piękna katastrofa”, wezmę zamiast santuri aparat fotograficzny i będę szukał muzyki. Zawsze mogę na nią liczyć.