Wydanie: MWM 05/2016

Ich stu... Stulecie orkiestr

Article_more
Pamiętam ten naprawdę pierwszy raz, gdy to usłyszałem i poczułem. Do tego momentu znałem wyłącznie warunki wrocławskie, gdzie do niedawna – jak pamiętamy – nawet najwybitniejsze orkiestry grały albo w ciasnej, dusznej salce zwanej Filharmonią, albo w ogromnych gotyckich kościołach. W Filharmonii grzmiąco napierały ze wszystkich stron bez odrobiny litości dla słuchacza, w kościołach zawsze jednakowo falowały, uniesione swym brzmieniem, przy czym nie wiadomo było, w którym punkcie owo brzmienie się zaczynało, a w którym kończyło, gdyż zlewało się w dźwiękowe plamy.

„Mój pierwszy raz” miał więc miejsce przed ćwierćwieczem w Poznaniu, w standardowej sali koncertowej, jaką jest aula UAM – gdzie wystąpiła orkiestra z Montrealu. Charles Dutoit nie dyrygował może wyjątkowo porywająco. A jednak olśnieniem była – nie tylko dla mnie – partia fortepianu w I Koncercie skrzypcowym Szymanowskiego (nie wiedziałem, że istnieje, znając wówczas utwór chyba jedynie z legendarnego nagrania pod batutą Rowickiego), a także bogactwo i równowaga głosów (to słowo-klucz) w impresjonistycznej suicie z baletu Bachus i Ariadna Roussela. Mnogość barw, iskrzące i mieniące się brzmienie, w którym żadna sekcja nie przygniata sąsiedniej – gdy odzywały się dęte blaszane, dodawały koloru i splendoru, zamiast miażdżyć lekkie flety i klarnety. Objawienie.

 

I wówczas to poczułem. Właśnie poczułem, a nie zrozumiałem, bo do dziś wcale nie jest dla mnie jasne, dlaczego tak się dzieje. W jaki sposób grupa instrumentów staje się wehikułem zmysłowej transcendencji? Magicznym organizmem, kreującym ex nihilo doznania intensywne i nieporównywalne z żadnymi innymi? Poczułem, że wybitna orkiestra jest zjawiskiem jedynym w swoim rodzaju, że nic innego – żaden choćby najszlachetniejszy czy najbardziej wymyślny zespół wykonawczy – nie potrafi dać wrażeń porównywalnych z zespołem symfonicznym. Że samo obcowanie z tym żywym kosmosem dźwięków jest wartą wszystkich poświęceń ucztą – przynajmniej dla kogoś, kto odbiera muzykę zmysłowo, a nie wyłącznie konstrukcyjnie, abstrakcyjnie, filozoficznie czy jak to zwać inaczej. I wiedziałem już, że ja sam – najwyraźniej słuchając zdecydowanie zmysłowo – będę zawsze szukał kontaktu z bogactwem orkiestr. Popadłem w uzależnienie.

 

Codzienność wczoraj i dzisiaj

„Wczorajszą” codziennością był przede wszystkim Beethoven, trochę Mozarta i mniej Haydna, oraz romantycy. To oni wypełniali programy koncertowe filharmonii jak świat długi i szeroki. Z XX wieku – Richard Strauss, Debussy, Ravel. Wycieczka do Strawińskiego lub Bartóka była za każdym razem specjalnym wyzwaniem. Dziś – po pół wieku – przynajmniej o tyleż przesunął się repertuar. Beethoven wcale nie jest już standardem, jest nim natomiast wspomniany Strauss i klasycy minionego stulecia, jak Prokofiew i Szostakowicz. Nie chodzi tylko o to, że Beethovena mieliśmy już za dużo (faktycznie mniej się go słucha, a szkoda, bo nowym pokoleniom też by się przydał), lecz i o to, że wraz z kolegami w znacznej mierze przeszedł pod opiekę specjalistów od muzyki dawnej. Z kolei repertuar bliższy współczesności pozwala orkiestrom zachłysnąć się własnymi możliwościami – a w każdym razie zachłystują się nimi słuchacze.

 

Jednak miniony czas nie umarł, mamy weń doskonały wgląd dzięki nagraniom. Poprzez płyty dziś, niemal tak samo jak przed półwieczem (bo sprzęt odtwarzający mamy jednak wyższej jakości, a i same dawne nagrania są odświeżane, rekonstruowane, remasterowane), wciąż zachwycają nas amerykańskie orkiestry Wielkiej Piątki (filharmonie Nowego Jorku, Filadelfii, Bostonu, Chicago i Cleveland, do których doliczyć trzeba jeszcze Los Angeles, a wcześniej NBC Toscaniniego; tej ekstraklasie sekundowało zawsze kilka orkiestr mniej sławnych, ale pierwszoligowych, jak niegdyś Detroit, wciąż Pittsburgh, Minneapolis, ukształtowane przez Stanisława Skrowaczewskiego, albo Waszyngton – tej orkiestry można było posłuchać ostatnio we Wrocławiu i w Warszawie). Trudno uwolnić się od ich wirtuozerii, zbiorowej i indywidualnej, iście kameralnej jakości brzmienia, która jednak potrafi z nagła eksplodować w potężnych wybuchach… Kalejdoskop barw i miękkość Bostończyków przeszła do legendy, podobnie jak precyzja i blacha orkiestry z Chicago (słynny „Chicago Sound”), oraz pełen szczegółów (znów: precyzja!), dynamiczny i kolorowy rozmach Clevelandczyków. Twórcami potęgi tych zespołów byli dyrygenci, którzy w latach czterdziestych, pięćdziesiątych i sześćdziesiątych mieli nad nimi władzę tyrańską: o ile w Cleveland Artur Rodziński, gdy schodził z podium, mógł być jeszcze – jako człowiek – lubiany, o tyle panującego po nim George’a Szella już przede wszystkim się bano, a Fritz Reiner w Chicago uznawany był dość powszechnie za krokodyla pożerającego swych muzyków na drugie śniadanie.

 

Faktem jest jednak, że gdy w 1975 roku ukazała się jedna z epokowych płyt – V Symfonia Beethovena z Filharmonikami Wiedeńskimi pod dyrekcją Carlosa Kleibera – krytycy mogli z niedowierzaniem zastanawiać się: czy to możliwe, by Kleiber miał orkiestrę lepszą niż orkiestry amerykańskie? Z naszej perspektywy wiemy, że raczej nie tu krył się fenomen sławnego nagrania, lecz w interpretacji dyrygenta. Sama orkiestra, choć mistrzowska i wyjątkowa, niekoniecznie może dostawała „doskonałością” najlepszym zespołom zza Oceanu. Brzmienie blachy nie było może równie perfekcyjnie kontrolowane, równowaga sekcji nie tak samo idealnie dopracowana, czuło się większy indywidualizm poszczególnych muzyków. Z tym, że właśnie to okazało się jednym z atutów interpretacji! Można było na nowo rozsmakować się w arcypopularnej symfonii, bo każdy jej fragment przesycony był nie tylko osobowością dyrygenta, lecz także osobowościami muzyków. Ramy i dynamiczną, zwinną jak gazela ogólną koncepcję wypełniało znaczenie poszczególnych tematów, solówek, które – czuć to w pełnym przekonania podejściu do każdej frazy – wiązało się z osobowością wybitnych instrumentalistów. Wyjątkowość podkreślało także specyficzne dla Wiednia instrumentarium: cecha, która do dziś wyróżnia tę orkiestrę spośród oceanu zespołów, jakie w ostatnich dekadach dramatycznie się do siebie upodobniły.

Ku lepszym standardom

O prawidłowości tej rozmawiałem kiedyś ze Stanisławem Skrowaczewskim, który przez grubo ponad pół wieku miał okazję pracować z orkiestrami z różnych części świata: „Przez ostatnie dwadzieścia–trzydzieści lat wszystkie orkiestry zmierzały do tych samych instrumentów, tej samej jakości. Nawet jeśli marka jest inna, Yamaha czy inna japońska, to jest to naśladownictwo waltorni amerykańskich czy niemieckich. Gdy w Paryżu w początku lat sześćdziesiątych nagrywałem z Alexisem Weissenbergiem Chopina, musieliśmy sprowadzać instrumenty ze Strasburga, bo tam, na pograniczu Niemiec, mieli już fagoty i waltornie niemieckie. A Paryż w pewnych orkiestrach (poza radiowymi) miał jeszcze fagoty francuskie, z inną techniką, z brzmieniem saksofonowym, co zupełnie z klasyczną strukturą akordu muzyki Chopina nie brzmiało. Różnica więc była ogromna”.

 

Rzeczywiście: Chicago czy Cleveland, których charakter uformowali dwaj Węgrzy, mogły być do siebie w jakimś stopniu podobne (raczej pod względem precyzji, niż barwy), ale przecież brzmienie Bostończyków czy Filadelfijczyków było zupełnie odmienne. Pierwsze (zasługa Sergiusza Kusewickiego, a następnie Charlesa Muncha) uzyskane było w dużej mierze dzięki obecności najwybitniejszych muzyków znad Sekwany: Boston Symphony Orchestra nie bez powodu uważana była za najlepszą francuską orkiestrę na świecie. Drugie – nieporównywalne, wyjątkowe, olśniewająco wirtuozowskie i zawsze pastelowo aksamitne, o niezrównanej plastyczności pozwalającej malować wielowarstwowe i wielotematyczne dźwiękowe obrazy – ukształtowane zostało przez hollywoodzkiego organistę Leopolda Stokowskiego, oraz skrzypka-wirtuoza Eugene’a Ormandy’ego.

 

U Filharmoników Wiedeńskich słychać więc indywidualizm oparty na wielkiej tradycji i muzykalności o pewnym charakterystycznym stylu – sprężysta lekkość, precyzja rysunku suchą igłą, naturalny wdzięk – które zespolone są w harmonijnie działający organizm (właśnie ze względu na orkiestrę warto sięgnąć nawet po koncerty Chopina z Lang Langiem – dyrygowani przez Zubina Mehtę Wiedeńczycy brzmią zjawiskowo, odsłaniając cuda w skromnej Chopinowskiej fakturze). U Filharmoników Berlińskich uwodzi uniwersalna jakość ciemnego, elastycznego brzmienia, pełna swoboda techniczna. Do historii przeszło też skrajnie wirtuozowskie i stopliwe brzmienie smyczków z Leningradu, pozwalające na najbardziej skrajne kontrasty dynamiczne i zarazem na zawijasy frazy. Mrawiński wyśpiewywał więc smyczkami zniuansowane i ekspresyjne piana na granicy słyszalności, obramowane jednak „wokalną”, grającą z wibratem, choć niekoniecznie nadzwyczaj sprawną i pięknie brzmiącą blachą, tudzież drewnem.

 

Dziś niezwykła jakość rosyjskich zespołów należy do przeszłości, mamy raczej do czynienia z karykaturalnym przerysowaniem (choć niekiedy nie całkiem pozbawionym zalet), żywa pozostała natomiast legenda amsterdamskiej orkiestry Concertgebouw – obok wspomnianych Wiedeńczyków i Berlińczyków (w Europie wymienić też trzeba dziś London Symphony Orchestra i może The Philharmonia) z pewnością jednej z najlepszych orkiestr świata. Za historycznych czasów Mengelberga urzekała ona barwą smyczków, później równowagą, wreszcie dołączyła do tego uniwersalność, czyli zarówno kameralną subtelność, jak i możliwą potęgę brzmienia, no i umiejętność grania w każdej stylistyce. Nawiasem mówiąc, dziś Concertgebouw bywa (bo skład przecież się zmienia) całkiem dosłownie najpiękniejszą orkiestrą spośród wielkich zespołów: słuchając jej przed trzema laty w Berlinie, zorientowałem się, że zdecydowaną większość zespołu stanowią panie. W czasie wielkiej orkiestrowej orgii, jaką jest Musikfest, występ Concertgebouw był zresztą jedną z największych kulminacji.

 

Upodobnienie się do siebie orkiestr ma też jednak pewne zalety. Ba – właśnie one są jego powodem: unifikację wymusza dostosowanie się do współczesnych warunków, sposobów funkcjonowania w muzycznym świecie. Nie bez kozery mówi się o wzroście poziomu orkiestrowego grania – choć może raczej należałoby mówić o wyrównaniu poziomu. Swego czasu zespoły prowincjonalne często bardzo odstawały od najwybitniejszych – obecnie odstają mniej. Nagrania wielkiego Fritza Buscha z Duńską Orkiestrą Radiową z przełomu lat czterdziestych i pięćdziesiątych rozczarowują dogłębnie – właśnie z powodu byle jakiej, pozbawionej kultury gry orkiestry. Pół wieku później byłaby to rzecz nie do pomyślenia.

 

Oczekiwania są zestandaryzowane i choć żal indywidualizmów, to standardy te pozwalają niekiedy dyrygentom przyjeżdżać zaledwie dzień lub dwa przed koncertem – i realizować go w sposób względnie kompetentny. Oczywiście, nie ma wówczas czasu na detaliczne przygotowanie interpretacji – ale też (gdyż brak nam Toscaninich, Furtwänglerów, Reinerów, de Sabatów, na których zresztą nie ma dziś miejsca) niewielu dyrygentów ma na to ochotę, niewielu dyrygentów w ogóle opracowuje w głowie pogłębione, wyraziste, szczegółowe interpretacje. Często narzuca się wyłącznie ogólny zarys: tempo, pewne podstawowe warunki, może kształt głównych tematów, jakichś węzłowych punktów, parę ogólnych uwag na temat frazowania – to już dla wielu program maksimum. Celem jest pozbieranie, ogarnięcie całości, reszta należy do muzyków, którym dyrygent nie będzie się wtrącał, jeśli tylko ich gra zgadza się z zapisem partytury (zakładając, że tego rzeczywiście pilnuje). I właśnie na tej umiejętności polega zazwyczaj „wyższy poziom” współczesnych orkiestr. Dziś liczy się czas (czyli pieniądz), a poziom profesjonalizmu określa się liczbą prób niezbędnych. Im mniejsza, tym lepsi muzycy. Tym bardziej zadowoleni menadżerowie, a często i sami wykonawcy, notujący więcej „jobów” w kalendarzu i wpływów na koncie.

 

Pytanie, czy zadowoleni są także słuchacze, dręczy coraz mniej osób. Zwłaszcza, jeżeli w odpowiedzi wystarczy podnieść budżety promocyjne.