Wydanie: MWM 06/2016

Muzyczne pory roku

Article_more
Przypadkowe wydarzenie z wczesnej historii Układu Słonecznego po czterech miliardach lat zaowocowało niebywałą erupcją twórczą człowieka. W rezultacie zderzenia nieostygłej jeszcze Ziemi z ciałem niebieskim wielkości Marsa (po którym dziś nie ma śladu) powstał Księżyc, a oś obrotu naszej planety nachyliła się wobec płaszczyzny ekliptyki o mniej więcej 23 stopnie. Księżyc w sztuce to temat na osobny artykuł – dziś skupimy się na, wynikających z nachylenia osi obrotu, porach roku.

Gdy już uświadomimy sobie, że „Wiosenna” Beethovena i Lato Muminków Jansson to konsekwencje zdarzenia sprzed miliardów lat, zblednie przy tym efektowny łańcuch przyczynowo-skutkowy zapoczątkowany przez Anuszkę, co rozlała olej. Żeby jednak uświadomić sobie całą doniosłość pór roku strefy klimatu umiarkowanego, rzućmy okiem na obszary, które mają inne pory roku niż te, do których jesteśmy przyzwyczajeni. Tacy Majowie, na przykład, mogli używać kalendarza 260-dniowego i wedle niego planować siew i zbiory. Słońce było raz z tej, raz z tamtej strony, ale pora roku ta sama. Oddawano cześć Słońcu, lecz personifikacji pór roku nie było. Jeszcze mniej inspirująca jest przyroda Amazonii. Na upartego można wyróżnić dwie pory roku: zieloną, gdy pada raz dziennie, i deszczową, gdy leje bez przerwy. Monotonny szum deszczu to niespecjalnie bogate źródło muzycznych pomysłów. Wegetacja, która zaczynać się może w dowolnym momencie, nie nasuwa myśli o cyklach przyrody, nie kojarzy się z fazami ludzkiego żywota. To coś, co jest; coś, co trwa – niezmienne i obojętne.

 

Ogromne obszary suche – oprócz swej odstręczającej wrogości wobec opartego na wodzie życia – nie różnią się bardzo pod tym względem. Rytm dnia i nocy może pobudzić do rozważań filozoficznych, bo na pustyni nocą jest lodowato zimno, dzień zaś wypala na popiół. Poza tym – monotonia krajobrazu, monotonia barw i dźwięków. Nie ma różnicy, czy pustynia jest wypełniona skałami, piaskiem, czy lodem. Śpiew gardłowy Innuitów, choć piękny i fascynujący, jest wszakże jedynie tak różnorodny, jak biała pustynia, którą zamieszkują.

 

Zatem nawet dla największych twórców pochodzących z klimatów mokrych i suchych przyroda stanowi tło – nie zaś źródło inspiracji. Inaczej w klimacie umiarkowanym. Co jest takiego w porach – zwykle czterech – roku, że tak silnie oddziałują na ludzkiego ducha? Zapewne niebagatelną rolę gra narzucające się z całą mocą skojarzenie cyklu rocznego z cyklem życia ludzkiego. Mówimy o wiośnie życia, niezależnie od daty urodzin liczymy sobie lata, mamy nadzieję na pogodną jesień. O zimie nie mówimy, tak jak nie mówimy o śmierci. Zima to kraina bezduszna; to kraina, w której serce przestaje bić, przekonuje Andersen. Wielu dzielnych ludzi wyruszyło do serca Zimy, by się z nią zmierzyć; ci, którzy wrócili, są bohaterami, niczym Orfeusz, który poszedł do Krainy Cieni i powrócił żywy. Znaczące, że do niedawna nikt nie zdołał (poza Innuitami) zamieszkać w regionach polarnych. Nie udało się Wikingom w średniowieczu, wielorybnikom w XVIII i XIX wieku. Kto próbował zimować w Arktyce, ginął. Zima to domena śmierci.

 

Lecz po zimie przychodzi wiosna i życie powraca: nie jest przypadkiem, że Zmartwychwstanie wyznacza początek wiosny. Znaczenie religijne tego aktu byłoby zapewne niezmienne niezależnie od pory roku, ale oddziaływanie kulturowe, siła literackiej metafory byłaby znacznie osłabiona, gdyby historia zbawienia rozegrała się w środku lata lub w dniach dojrzałej jesieni.

 

Wiosna jeszcze nie tak dawno temu stanowiła dla większości ludzi punkt, w którym można było stwierdzić „udało się”. Przetrwaliśmy kolejną zimę. Kto pamięta jeszcze ten typowo wiosenny gest ciągnięcia się wzajemnego za ucho przy stole, towarzyszący jedzeniu nowalijek? Pierwsza rzodkiewka, pierwszy szczypiorek, pierwsza sałata! Dziś, gdy cała niemal spożywana przez nas roślinność pędzona jest w sztucznym klimacie szklarni, łatwo zapominamy o tym, że zima to była pora zakopcowanych kartofli, cebuli i marchwi oraz – kiszonej kapusty i ogórków. Gdy się to już wyjadło, a zima nie chciała odejść, nadchodził głód… To między innymi tłumaczy, dlaczego obżarstwo karnawału występuje na początku zimy, a ponadmiesięczny Wielki Post – pod jej koniec. Wielki Post zresztą oznaczał nie tylko wyrzeczenie się pokarmów, ale i muzyki. Wiejscy muzykanci rytualnie „zabijali” instrumenty. Skrzypce wieszano poza izbą – w stajni. Harmonię odwracano do ściany i przykrywano kilimkiem, udając, że jej wcale nie ma. Kto naruszył tabu, tego spotkać mogła sroga kara, o czym przekonuje żywa jeszcze w centralnej Polsce opowieść o skrzypku, który dał się namówić na zagranie jeszcze jednego tańca, choć już było po północy i zaczęła się Środa Popielcowa. Kiedy wracał do domu, spotkał koło mostu eleganckiego człowieka, który zaproponował mu zamianę: za wysłużone skrzypki grajka da wspaniałe skrzypce, lśniące lakierem, brzmiące jak orkiestra cała. Grajek się zgodził, ale gdy rano żona zaczęła dociekać przyczyn jego nadmiernie dobrego humoru i tknięta przeczuciem pobiegła do stajni – w futerale zamiast instrumentu była cuchnąca rozkładem końska noga…

 

Wiosna z jej pierwszą wegetacją zapowiadała nowy okres dostępności pożywienia – ale nic nie było dane z góry, bo tyle zależało od pogody, od tego, czy lato nie będzie za suche ani za mokre; czy jesień będzie długa i łagodna, i wszystko pięknie dojrzeje. Dlatego wiosną odbywały się rytuały ofiarne, których dalekie echo pobrzmiewa w topieniu marzanny. Dlatego też w naszej kulturze muzycznej obok Pasji według św. Mateusza i Pasji Janowej mamy wymyślone, lecz bardzo prawdopodobne rytuały Święta wiosny. Gdy odprawimy już wszystkie ryty, możemy po prostu cieszyć się wiosną. Gdy piszemy te słowa, jest kwiecień, jakże słusznie nazwany! Za oknem kwiaty, w duszy – kwiaty, a w słuchawkach – April (Kwiecień) Deep Purple, jakże udane połączenie zespołu rockowego z klasyczną orkiestrą i chórem.

 

Zmienność pór roku pociąga za sobą zmienność fonosfery. Na wiosnę zlatują się ptaki, które uderzają w zaloty i ćwierkają, świszczą, kwilą, pitpiliczą i pimpilą… Można te głosy pięknie naśladować onomatopejami zarówno wokalnymi (Les chant des oiseaux Jannequina), jak i instrumentalnymi (Il Gardellino Vivaldiego).

 

„Wiosnę Wenus pod rząd bierze”, pisał Jan Andrzej Morsztyn. Od Ecco la primavera Francesca Landino po Wiosnę Skaldów ta pora roku w pieśni łączy się z miłością. Uczucia rozkwitają jak kwiaty, zakochani gruchają jak dwa gołąbki lub łączą się w trwały związek niczym łabędzie…

 

„Lato Cererze służy…”. To okres upałów, dojrzewania owoców i zbóż. A także gwałtownych zjawisk pogodowych, burz o wielkiej intensywności, połączonych z wiatrem, piorunami, oberwaniem chmury. Późną wiosną i latem w trawach gra świerszcz polny, który dla Josquina był królem śpiewaków (El grillo). Jednak zapewne większość z nas zgodzi się z Beethovenem i przyzna pierwszeństwo słowikowi, sportretowanemu obok kukułki i przepiórki w VI Symfonii. Dzięki tym aluzjom wiemy – podobnie jak przy odnajdywaniu aluzji w japońskim haiku – w jakim czasie rozgrywają się przedstawione sceny.

 

Deszcz, wiatr, szum strumienia to ruch, a ruch to muzyka. Ale także, przez kontrast, brak ruchu: dręczący upał zwykle oddawany jest przez zatrzymanie muzycznego rozwoju. Początek lata to święto – znowu pogańskie! – przesilenia. Słońce wygrywa z ciemnością, noce są ciepłe i jasne: w sensie astronomicznym pod naszymi szerokościami noc w ogóle nie zapada. To czas, gdy na świat wychodzą postaci magiczne: elfy sportretowane przez Szekspira w Śnie nocy letniej i zilustrowane muzyką przez Felixa Mendelssohna. A czarownice zlatują się na sabat na Łysej Górze: ich niesamowite, tajemne obrzędy przerywa dopiero cerkiewny dzwon bijący na Jutrznię. Tak w każdym razie przedstawił to Modest Musorgski. Gwoli ścisłości należy dodać, że za datę sabatu przyjmowano czasem o dwa miesiące wcześniejszą Noc Walpurgi, jednak miejscem zlotu był Brocken. Noc z 30 kwietnia na 1 maja zainspirowała Goethego, Manna, Mendelssohna i Dvořáka oraz, oczywiście, dziesiątki zespołów metalowych.

 

Jesień przynosi wybawienie od upałów, to najpiękniejsza pora roku, kusząca bogactwem barw, dojrzałością winogron, spichrzami pełnymi ziarna. „Jesień Bachowi służy” – Morsztyn miał na myśli nie Johanna Sebastiana, ale Bachusa. Wino i śpiew: piosenki pijackie. Ilekroć spotykamy je w muzyce, możemy podejrzewać jesienny czas akcji. Z jesienią wiążą się też polowania, bo zwierzęta gromadzą zapasy tłuszczu na zimę, są więc najbardziej cenną zdobyczą właśnie u progu pory roku, którą „Saturnus zawiaduje krzywy”. A polowanie to nie jest zajęcie ciche! „Ogary poszły w las. Echo ich grania słabło coraz bardziej, aż wreszcie utonęło w milczeniu leśnym. Zdawało się chwilami, że nikły dwugłos jeszcze brzmi w boru, nie wiedzieć gdzie, to jakby od strony Samsonowskich lasów, od Klonowej, od Bukowej, od Strawczanej, to znowu jakby od Jeleniowskiej Góry… Gdy powiew wiatru nacichał, wynurzała się cisza bezdenna i nieobjęta na podobieństwo błękitu nieba spomiędzy obłoków i wówczas nie słychać było nic a nic”. A Wojski? W jego…

 

…graniu była łowów historyja krótka:
Zrazu odzew dźwięczący, rześki: to pobudka;
Potem jęki po jękach skomlą: to psów granie;
A gdzieniegdzie ton twardszy jak grzmot: to strzelanie.

Nic też dziwnego, że nie tylko literaci, ale i muzycy podejmowali temat polowania nadzwyczaj chętnie. Utwór grany przez Wojskiego na rogu przypomina zresztą jako żywo kontrafakturę przesławnej La chasse Clémenta Jannequina: wezwanie na łowy, fantastycznie oddane w wyrafinowanej polirytmii szczekanie psów, które już zwietrzyły zwierzynę, gwałtowne późniejsze wydarzenia i wreszcie zakończenie łowów: muzyka grana na rogach wypełnia wieczorne, spokojne powietrze łagodną harmonią. Echo odpowiada…

Ile drzew, tyle rogów znalazło się w boru,
Jedne drugim pieśń niosą jak z choru do choru.
I szła muzyka coraz szersza, coraz dalsza,
Coraz cichsza i coraz czystsza, doskonalsza,
Aż znikła gdzieś daleko, gdzieś na niebios progu!

Jannequinowska La chasse to ukoronowanie formy muzycznej zapoczątkowanej jeszcze w czasach trecenta, a noszącej to właśnie miano – caccia (włos. polowanie).

Wszystko kiedyś się kończy, kończy się i jesień – Addio, pomidory! Zimą wszystko zamiera. Śnieg pada bezgłośnie, zamarznięty strumień cichnie i zda się, że muzyka się kończy. Ale właśnie zimą rozgrywa się pierwsze arcydzieło romantyzmu – Schubertowska Winterreise. Jeśli przysłuchamy się uważnie, okaże się, że zima jest pełna dźwięków: zgrzyt kurka na dachu, wiatr, trąbka pocztyliona, specyficzne brzmienie liry korbowej, spadające zamarznięte łzy, odgłosy rozbijania lodu… Subtelna poezja Wilhelma Müllera często bierze jakąś prostą obserwację jako punkt wyjścia dla szeregu metafor – Franz Schubert natychmiast dostrzegł w tym potencjał muzyczny. Wziąć zwyczajny dźwięk otaczającego świata i na nim oprzeć całą pieśń – to pomysł, który wywodzi się z kilkusetletniej tradycji malarstwa dźwiękowego, ale który znajdzie swą ostateczną realizację w muzyce konkretnej, wykonywanej przy pomocy elektroniki w XX i XXI wieku.

Wobec takiego bogactwa muzycznych przedstawień poszczególnych pór roku, stanowiących niewyczerpane źródło środków obrazowania, sprawdzonych motywów ilustracyjnych, zabiegów retorycznych etc., było tylko kwestią czasu, by ktoś zebrał wszystko razem w kompletny cykl obejmujący cały rok. Takich utworów istnieje całkiem sporo… A ponieważ w naszym klimacie występują cztery główne i dwie poboczne pory roku (przedwiośnie i babie lato), oto krótki przegląd sześciu najciekawszych Czterech pór roku.

Najmniej znane. Le Staggioni dell’Anno in quattro sonate a solo per chitarra francese Antonia Marii Navy, zapomnianego dziś kompozytora przełomu XVIII i XIX wieku. Jego cztery urokliwe sonaty (złożone zwykle, na włoską modłę, z powolnego wstępu i ronda) opisują pokrótce cykl roczny. Mamy więc wiosenną radość serca, letni upał i rzeźwiący wietrzyk, jesienną caccię i wreszcie zimę, która na koniec cyklu odchodzi. Utwór opublikowano zapewne w roku 1808 – otwiera on katalog wydawniczy firmy Ricordi (numer prasy: 1).

Najbardziej monumentalne. Die Jahreszeiten – drugie oratorium Josepha Haydna, skomponowane na przełomie wieków po sukcesie Stworzenia świata. Libretto Gottfrieda van Swietena, oparte luźno na angielskim poemacie The Seasons Jamesa Thomsona, okazało się dość niewdzięczne i Haydn zmitrężył prawie dwa lata na komponowaniu. Ostatecznie w roku 1801 odbyła się dobrze przyjęta premiera. Publiczność i sam Haydn woleli chyba jednak Stworzenie, również ze względu na rozmiary dzieła: Pory roku trwają dwie i pół godziny.

Najbardziej przypadkowe. Astor Piazzolla w roku 1965 pracował nad ilustracją muzyczną do sztuki Alberto Rodrígueza Muñoza Melenita de Oro. Jednym z fragmentów było tango Verano porteño (Lato w Buenos Aires; porteño to nie tylko przymiotnik odnoszący się do przedmiotów związanych z argentyńską stolicą, lecz także mieszkaniec tego najważniejszego w kraju miasta portowego – w Argentynie już od XIX wieku oznacza człowieka urodzonego w stolicy), przeznaczone na Piazzollowski kwintet złożony ze skrzypiec i kontrabasu, gitary i fortepianu oraz, oczywiście, bandoneonu. Tango szybko zyskało samodzielne życie koncertowe i do 1970 roku Piazzolla skomponował trzy dalsze, traktujące o kolejnych porach roku w Buenos Aires. Nie tworzą one jednak cyklu i można je wykonywać osobno. Ich zalety sprawiły, że grywane są w licznych transkrypcjach na różne składy.

Najbardziej szczegółowe. Dwanaście fortepianowych miniatur Piotra Czajkowskiego, z których każda opisuje jeden miesiąc w roku – całość powstała na zamówienie wydawcy Mikołaja Bernarda, który również zasugerował tytuły charakteryzujące poszczególne miesiące. Całość ukazywała się pojedynczo w miesięczniku „Nouvellist” przez cały rok 1876, ale kompozytor uporał się z zamówieniem do maja. Utwory publikowane były ze stosownymi wyimkami z rosyjskiej poezji, które wybrał Bernard. Niektóre części cyklu funkcjonują  samodzielnie: popularna jest Barkarola (czerwiec), a Trojka (listopad) była ulubionym bisem Rachmaninowa.

Najbardziej ambiwalentne. W 2009 roku Robert McDuffie dokonał prawykonania czteroczęściowego II Koncertu skrzypcowego „Amerykańskie pory roku” Philipa Glassa. Także i tu ogólna koncepcja całości nie pochodziła od kompozytora: skrzypek chciał mieć w repertuarze pendant do cyklu Vivaldiego. Kiedy jednak Glass wysłał McDuffiemu partyturę, okazało się, że wyobrażenie obu panów o porach roku jest różne: każdy miał inną koncepcję nazwania poszczególnych ogniw. Kompozytor przyjął to z pogodą ducha, więcej nawet: ostatecznie zrezygnował z nazwania poszczególnych części, które każdy ze słuchaczy może zinterpretować po swojemu.

Najbardziej znane. Dwanaście koncertów skrzypcowych Il cimento dell’armonia e dell’invenzione (Sprawdzian harmonii i inwencji) Antonia Vivaldiego opublikowano w roku 1725 w Amsterdamie. Pierwsze cztery z nich to Cztery pory roku. Solowe koncerty skrzypcowe jako muzyka programowa? Było to posunięcie nad wyraz odważne, awangardowe. Mało kto jednak zna sonety (zapewne pióra samego kompozytora), które towarzyszą muzyce. Mało kto wie, że kompozytor także zaznaczył w partyturze głosy konkretnych gatunków ptaków, szczekanie psów, brzęczenie much i komarów. Zwykle traktujemy Cztery pory roku jako muzykę autonomiczną, tak jest zręcznie napisana i tak dobrze skonstruowana. Zarówno cały cykl, jak i jego poszczególne fragmenty doczekały się niezliczonych transkrypcji. Pierwszą zrobił sam Vivaldi, wykorzystując materiał Wiosny w operze Dorilla in Tempe. Potem, w roku 1739 Nicolas Chédeville zaaranżował cykl na… dudy. Odtąd aż po dziś dzień nie ma roku, by nie dodano nowej transkrypcji. Nie ma też instrumentu, na którym by nie zagrano Czterech pór roku Vivaldiego: są aranżacje na skrzypce i organy, na flet prosty, na flet poprzeczny, na akordeon, na trio gitar klasycznych, na jazzowe combo, na zespół rockowy, fortepian, dwa fortepiany… A Øysten Baadsvik ostatnio robi furorę, wykonując partię solową na tubie!