Autor: Michał Nowak
Wydanie: MWM 06/2016

W poszukiwaniu środka

Jerzy Prokopiuk - wywiad
Article_more
Z jednej strony mamy muzykę niesłychanie wyrafinowaną, eksperymentalną, pozbawioną melodii i na dobrą sprawę niedającą się słuchać, bo jest to tylko zabawa kompozytorów we własnym gronie. Z drugiej zaś strony mamy muzykę oddolną, popędową, która pochodzi przede wszystkim z Afryki, w związku z czym stykamy się tu z regresem do innej, starej cywilizacji. Ten rodzaj muzyki „wychodzi z bebechów”, mówiąc językiem Witkacego. Opiera się na popędzie seksualnym i agresji. Współczesny człowiek jest więc rozdarty pomiędzy tą wysoką, abstrakcyjną strukturą i strukturą wprost popędową. A gdzie jest środek? Nie ma go.

Michał Nowak: Widzę u pana płyty z muzyką Wagnera i Bacha. To pana ulubieni kompozytorzy?
To ważna część mojego muzycznego świata. Chciałbym jednak zacząć od pewnej podbudowy teoretycznej, która wyrasta z antropozofii. Jej twórca – Rudolf Steiner – był architektem, malarzem, miał spory dorobek artystyczny, ale muzykiem nie był. Niemniej interesował się muzyką. W cyklu wykładów Das Künstlerische in seiner Weltmission (Sztuka w swojej misji światowej) zwrócił uwagę na sakralną genezę sztuki: „Duchowe siły boskie, działające poprzez ludzkie »ja« i ludzką duszę i inspirujące w człowieku pragnienie podtrzymania, względnie ponownego nawiązania kontaktu ze światem ducha, dają impuls jego twórczości artystycznej”. To jest punkt wyjścia. Trzeba od razu powiedzieć, że estetyka Steinera nawiązuje do twórczości i poglądów Goethego oraz Schillera. Warto w tym kontekście przywołać choćby Schillerowskie Listy o estetycznym wychowaniu człowieka. Przechodząc do samej muzyki, to w cytowanych już wykładach padają słowa: „W muzyce nie mieszamy świata wewnętrznego z zewnętrznym, lecz bezpośrednio wnikamy w to, czego dusza doświadcza jako duchowość, całkowicie porzucamy przestrzeń. Muzyka ma charakter liniowy, jednowymiarowy. Doświadczamy jej wraz z biegiem czasu. W muzyce człowiek przeżywa świat jako swój własny. Dusza doświadcza czegoś, co żyje i wibruje tu i teraz na ziemi w swojej własnej naturze. Badając sekrety muzyki, możemy odkryć to, co Grecy rozumieli przez lirę Apollina. Tym, co człowiek przeżywa muzycznie, jest w istocie jego ukryta adaptacja do wewnętrznych, harmonijno-melodycznych relacji kosmicznej egzystencji, która go ukształtowała”. I tu wchodzi bardzo ciekawy, anatomiczno-fizjologiczny wątek: „Jego [człowieka] włókna nerwów, rozgałęzienia jego rdzenia kręgowego, to cudowne muzyczne struny o określonej aktywności. Ten rdzeń kręgowy, kulminujący w mózgu i swymi włóknami nerwowymi obejmujący całe ciało to właśnie lira Apollina. Na tych włóknach człowiek jako psyche i jako duch jest wygrywany w sferze ziemskiej. Tak więc człowiek jest najdoskonalszym instrumentem świata. Może on przeżywać artystycznie zewnętrzne instrumenty muzyczne w takim stopniu, w jakim wyczuwa związek między ich dźwiękiem, a własną krwią i nerwami. Innymi słowy człowiek jako istota obdarzona systemem nerwowym jest zbudowany z muzyki i odczuwa ją artystycznie w takim stopniu, w jakim wyczuwa jej harmonię z misterium swojej własnej struktury muzycznej”. To właśnie jest fundament, z którego wyrasta mój osobisty stosunek do muzyki.

Czyli?
Zostałem wychowany w rodzinie w dużej mierze muzycznej, ale nie był to najwyższy poziom muzyki, bo na początku gustowałem w operetce. W liceum poznałem jednak Antoniego Wicherka, który później został cenionym dyrygentem. On zaczął mnie powoli przyzwyczajać do Wagnera. To był duży skok. Następnie miałem fazę czajkowszczyzny, bo to najłatwiejsza w odbiorze muzyka dla młodego człowieka. W końcu utknąłem na stanowisku, że muzyka, której mogę i chcę słuchać zaczyna się od średniowiecza (chorał gregoriański), a kończy na I wojnie światowej. Innymi słowy pociąga mnie muzyka środka, która z jednej strony czerpie z duchowej inspiracji, a z drugiej – odwołuje się do tego, co ludowe, oddolne. Tłumaczyłem kiedyś autobiografię Telemanna i zdaję sobie sprawę z tego, że w jego twórczości jest co niemiara wątków ludowych. Muzyka tradycyjna była kiedyś sprzymierzona z muzyką klasyczną. To, co pojawiło się po I wojnie światowej, stanowi rodzaj cezury, a może nawet szlabanu oddzielającego tę tradycję od nowej muzyki. Nastąpiło coś, co ja byłbym skłonny nazywać za Hansem Sedlmayrem – austriackim teoretykiem sztuki – „Verlust der Mitte”, „utratą środka”. Pachnie to pewnego rodzaju schizofrenią. Z jednej strony mamy muzykę niesłychanie wyrafinowaną, eksperymentalną, pozbawioną melodii i na dobrą sprawę niedającą się słuchać, bo jest to tylko zabawa kompozytorów we własnym gronie. Z drugiej zaś strony mamy muzykę oddolną, popędową, która pochodzi przede wszystkim z Afryki, w związku z czym stykamy się tu z regresem do innej, starej cywilizacji. Ten rodzaj muzyki „wychodzi z bebechów”, mówiąc językiem Witkacego. Opiera się na popędzie seksualnym i agresji. Współczesny człowiek jest więc rozdarty pomiędzy tą wysoką, abstrakcyjną strukturą i strukturą wprost popędową. A gdzie jest środek? Nie ma go.

Wydaje mi się, że jest grono kompozytorów, których można by do tego środka zaliczyć. To na przykład amerykańscy twórcy wyrastający z minimalizmu: David Lang, John Adams czy Nico Muhly. Do zdefiniowanej przez pana „muzyki środka” można by też zaliczyć Henryka Mikołaja Góreckiego oraz Arvo Pärta.
Zgadzam się z panem, nawet jeśli nie znam większości nazwisk, które pan wymienił. Oczywiście w pełni mnie satysfakcjonują poszczególni kompozytorzy tworzący już po okresie 1914–1918  lub poszczególne utwory powstałe po tym czasie. Wymieniony przez pana Arvo Pärt jest właśnie przykładem twórcy, którego niezwykle cenię i lubię słuchać. Mój muzyczny świat nie jest więc może bardzo oryginalny. Najważniejsze miejsce zajmują w nim: Bach, Mozart, Beethoven i romantycy na czele z Chopinem. Mam jednak także ogromne upodobanie do muzyki neoromantycznej. Chodzi mi tu przykładowo o Mahlera...  

Sibeliusa?
Jak najbardziej, z ust mi pan wyjął jego nazwisko. Dodałbym także Gabriela Fauré. Niekiedy są to zresztą takie ciekawostki, jak na przykład Mikalojus Konstantinas Čiurlionis. Kompozytorzy nie z pierwszego rzędu, ale tacy, których można kochać. To trochę jak z tym znanym powiedzeniem o świętych – świętego Ignacego Loyolę można czcić, ale kochać to można świętego Franciszka. Chciałbym podzielić się jedną refleksją związaną z tymi rozważaniami. Żyjemy w świecie, który de facto jest monistyczny, ale z powodu upadku, czyli duchowej katastrofy kosmicznej, upadku aniołów i człowieka, jest światem dualnym. Człowiek jest również istotą dualną, to znaczy mamy dwa ludzkie podgatunki: abelitów, wywodzących się od Boga, i kainitów, wywodzących się od Diabła. Przedmiotem zbawczego działania Chrystusa są oczywiście kainici. Kto bowiem potrzebuje zbawienia? Ci, którzy upadli. Chrystus mówi o tym wprost – nie przyszedłem do sprawiedliwych, tylko do grzeszników [„Nie przyszedłem, aby powołać sprawiedliwych, ale grzeszników” – Mk 2, 17]. Kainici są bardziej związani z ziemią, abelici nakierowani na niebo. Przenosząc to na grunt muzyczny, abelici to melodia, coś, co jest nieagresywne, pełne miłości. Kainici natomiast to rytm. Oczywiście w muzyce nie oddziela się jednego od drugiego.

Można jednak dostrzec pewne tendencje – dla jednych kompozytorów ważniejszy jest rytm, dla innych melodia.
Podobnie jest z ludźmi. W jednostce niebiańskość wymieszana jest z ziemskością, ale można mówić o pewnych typach osobowości. Wracając do muzyki – kainicka jest ekstrawertyczna, mit Pauken und Trompeten, głośna. To się przejawia w zdecydowany sposób w muzyce popędowej, o której wspominałem wcześniej. Muzyka abelicka jest z kolei łagodna, liryczna, uwewnętrzniona, introwertyczna. Moje sympatie, być może tłumaczy to mój wiek, lokują się wyraźnie po stronie muzyki abelickiej, po stronie melodii, po stronie muzyki klasycznej, zwłaszcza romantycznej, w której obecne są już zresztą pewne wątki kainickie. Trochę inaczej ma się sprawa z muzyką medytacyjną, którą często nazywa się „muzyką new-age”, choć nie jest to zbyt dokładne określenie. Jest ona z pewnością medytacyjna, a w związku z tym abelicka. Bardzo ją cenię, mimo że zdaję sobie sprawę z tego, iż jej poziom nie zawsze jest najwyższy.

Przeważnie nie jest. Choć w tym rodzaju muzyki nie o wartości estetyczne chodzi.
Zgadza się. Na najniższym poziomie muzyka medytacyjna służy relaksacji, wyciszeniu.

Nie musi to być zresztą muzyka, równie dobrze, a czasami nawet lepiej uspokajają odgłosy przyrody, na przykład szemrzący strumyk czy padający deszcz.
O to dokładnie chodzi. Nie musi to być poziom Beethovena. Aczkolwiek nawet wśród wielkich kompozytorów są tacy, których muzyki po prostu nie lubię. Sam nie wiem dlaczego, ale nie znoszę dwóch twórców, którzy skądinąd urodzili się w moim znaku Zodiaku – Bliźniąt. Chodzi mianowicie o Schumanna i Strawińskiego. Może być więc tak, że tam, gdzie oczekujemy wielkości, doskonałości, natrafiamy na coś, co nam z różnych powodów zupełnie nie odpowiada.      

Bardzo zaintrygował mnie ten fizjologiczny wątek w wykładach Rudolfa Steinera. Ostatnio podczas koncertu kwartetu smyczkowego naszła mnie myśl, że te wszystkie napięcia i odprężenia w muzyce niezwykle przypominają nasz cielesny sposób przeżywania emocji. W tym sensie muzyka byłaby odzwierciedleniem naszych przeżyć i ich ponownym przywoływaniem w trakcie słuchania. Zarazem jednak podczas koncertu można te emocje poddawać refleksji, a zatem, mówiąc pana językiem, wznieść się na poziom ducha.  
Mamy tu do czynienia z dwoma poziomami. Po pierwsze – poziomem ducha. Gdy Steiner pisze o czasowości muzyki, wskazuje na ten jej rodzaj, który jest wyraźnie sprzęgnięty z dążeniem do ducha. Natomiast pana argumenty – słuszne same w sobie – są z kręgu muzyki romantycznej (która jest podszyta dramatem) lub, w gorszym wydaniu, muzyki popędowej, o której mówiłem wcześniej. W związku z tym możemy wprowadzić kolejny dualny, niestety, podział. Przytoczę tu powiedzenie Karla Bartha – znanego protestanckiego teologa: „Na ogół aniołowie słuchają z Panem Bogiem Bacha, ale jak Pan Bóg zajmie się swoimi sprawami, to słuchają Mozarta”. I o to właśnie chodzi. Mozart sięga wyżyn, na przykład w operze Czarodziejski flet czy w Requiem, tym niemniej Bach jest wyraźnie nastawiony niemal jednostronnie abelicko. 

Kantatę o kawie oraz utworów dla kawiarni Zimmermanna nie można jednak umieścić po tej abelickiej stronie.
Musi pan jednak przyznać, że są to absolutne wyjątki, żeby nie powiedzieć – chwile słabości.

Być może. Od tego jednostkowego przykładu chciałbym jednak ponownie wznieść się na poziom ogólniejszy. Jeśli bowiem przyjrzymy się stosunkowi do muzyki w świecie Zachodu, łatwo stwierdzimy, że nie jest jednoznaczny. Jedni podkreślają jej głębię, docieranie za jej pośrednictwem do istoty rzeczy – taki wątek pitagorejsko-schopenhauerowsko-buddyjski. Inny twierdzą coś całkowicie odwrotnego – że muzyka oczarowuje, odwodzi od tego, co naprawdę istotne, zwodzi wręcz na manowce. Tę tendencję można dostrzec już u Platona, którego ewidentnie drażniło emocjonalne oddziaływanie muzyki. 
Choć zarazem przypisywał jej działanie wychowawcze. Muzyka może bowiem działać wychowawczo właśnie, czyli budująco, ale może również wpływać destruktywnie. Wystarczy spojrzeć na koncerty metalowe lub imprezy techno z tą szalejącą, ogromną bandą ludzi podskakujących do łomotu i ryku. W żadnym razie nie może być mowy o wychowawczym aspekcie tego typu wydarzeń.

Jeśli przyjmiemy ten pedagogiczny punkt widzenia na muzykę, to być może da się powiedzieć, że podczas tego typu imprez swoje ujście znajdują emocje, które inaczej nie mogłyby się ujawnić.
U niektórych osób może to rzeczywiście działać katarktycznie. Dla wielu jest jednak odwrotnie. Takie imprezy wyzwalają agresję i seks. Stymulują pogrążanie się w animalnej sferze człowieka. Trafiłem kiedyś na pracę jakiejś włoskiej uczonej, która opisywała czysto fizjologiczne oddziaływanie muzyki popędowej. Przytoczę tylko dwa przykłady z jej książki. W czasach zimnej wojny sowieckie łodzie podwodne pętały się po szwedzkich i norweskich fiordach. Żeby je wykryć, trzeba było mieć nasłuch. Młodzi marynarze nie nadawali się jednak do tego zadania, bo po prostu nie byli w stanie usłyszeć odpowiednich częstotliwości. Nie wiem, czy w związku z tym zatrudniano pensjonariuszy z domów starców, ale z pewnością trzeba było korzystać z usług osób ze starszego pokolenia. Młodsi mieli zepsuty słuch. Druga historia wiąże się z Jimim Hendrixem. Podobno w czasie jego koncertów ustawiano na scenie surowe jaja. Po koncercie były one ugotowane na twardo.

To możliwe, żeby fale dźwiękowe działały w taki sposób?
A jednak. Proszę pomyśleć, co działo się z ludzkim mózgiem w trakcie tych koncertów!

Nie chodzi zresztą tylko o mózg, ale na przykład również o krwiobieg. Głośny bas w odczuwalny sposób wpływa na bicie naszego serca i tętno. W tym sensie słuchanie muzyki jest doświadczeniem niezwykle silnie zakorzenionym w naszej cielesności.  Naturalnie.

Wróćmy jeszcze na chwilę do pańskiego podziału na muzykę kainicką i abelicką. Wynika z niego, że kainici nie będą zainteresowani muzyką uduchowioną. Czy w takim razie może ona przemawiać tylko do pięknoduchów?
Pryncypialne kainitów nie interesuje ten rodzaj muzyki.

Co musiałoby się zatem stać, żeby muzyka abelicka okazała się bodźcem do rozwoju dla kainitów?
Kainici dzielą się na dwie grupy. Jedni są radykalni, drudzy umiarkowani. Radykalni to tacy, których kompletnie nie obchodzi jakakolwiek duchowość. Jest taki dwuwiersz Heinricha Heinego: „A niebo zostawmy im – / Aniołom oraz wróblom”. W ten właśnie sposób myślą kainici – oni niebem nie będą się zajmować. To taki radykalny materializm, który wyraźnie narasta w naszych czasach. Jest jednak jeszcze druga grupa kainitów – umiarkowana. Jak pan pamięta, w Starym Testamencie czytamy, że Kain zostaje wyrzucony (co prawda nie wiadomo skąd, bo już nie jest w Raju), i co robi? Staje się patronem przemysłu, sztuki, rzemiosła. Krótko mówiąc – działania cywilizacyjnego. A zatem umiarkowani kainici mogą się pozytywnie zaangażować w działania cywilizatorskie. Warto w tym kontekście przywołać nazwisko Carla Gustava Junga. Wiemy, że w biografiach wielu ludzi pojawia się kryzys wieku średniego. Ktoś, kto posiada już willę, jacht, samolot, sześć samochodów i dwadzieścia kochanek niby wszystko ma. Powstaje jednak pytanie – co dalej? Więcej samochodów, jachtów i kochanek? Już chyba nie można. Ilość zaczyna przechodzić w bylejakość, jak się swego czasu złośliwie mówiło o marksistowskim prawie dialektycznym. Powstaje enantiodromia, jak nazywał to Jung, sięgając po termin Heraklita. Dół zajmuje miejsce góry i odwrotnie. Tak jest w przypadku Szawła, który staje się Pawłem, albo manichejczyka Augustyna, który przechodzi na katolicyzm. Myślę, że w dużej mierze, choć trudno mówić o statystykach, bo nikt tego nie badał, u wielu ludzi, którzy się bardzo zaangażowali w życie zewnętrzne, ekstrawertyczne, dochodzi do przełomu. Jeżeli nie jest to taki totalny przełom, przy którym może się pojawić psychoza, co czyni daną osobę niezwykle groźną, to jest to po prostu wprowadzenie nowego wątku do jej życia. Taki człowiek staje się wówczas synem marnotrawnym, kimś, kto niezależnie od tego, czy poniósł klęskę, czy mu się szalenie dobrze powodziło, zaczyna doświadczać w sobie oddziaływania nieba, ducha. I wówczas Ojciec otwiera ramiona i go przyjmuje.

Czy muzyka może w takim razie uwodzić w dobry sposób, zachęcać do tego, żeby się otworzyć na niematerialność?
Musimy tu wprowadzić kategorię piękna, która, jak wiadomo, jest niedefiniowalna. Wszyscy zakładamy, że wiemy, o czym mówimy, ale nie potrafimy tego ująć w słowa. Dokładnie tak, jak z definicją czasu u Augustyna. Jest wiele rodzajów i wymiarów piękna, które nawet najbardziej prymitywnego człowieka potrafią nagle zachwycić. Parokrotnie próbowałem kolejnym pokoleniom młodych ludzi, którzy byli moim zdaniem kompletnie zdegenerowani przez muzykę popędową, podsuwać utwory, które pozwoliłyby im dotknąć innych światów. Zaczynałem od Czajkowskiego, którego utwory są liryczne, w pewnym sensie łagodne. Niewątpliwie istnieją więc takie przykłady zarażenia muzyką uduchowiającą. Można to zaobserwować w kręgu przyjaciół i znajomych. I to jest właśnie ta jedyna nadzieja.