Wydanie: MWM 12/2012

Być dobrym szpiegiem

Rozmowa z Ewą Stachniak
Article_more
Ewa Stachniak jest polską pisarką, wrocławianką, od trzydziestu lat mieszka w Kanadzie. Jej najnowsza powieść Katarzyna Wielka. Gra o władzę (oryg. The Winter Palace) ukazała się niedawno w przekładzie na język polski. Książka prezentująca początki politycznej kariery rosyjskiej carycy znalazła się na liście dziesięciu najlepszych książek historycznych 2012 roku w Stanach Zjednoczonych, trafiła też na listę utworów literackich polecanych przez Oprah Winfrey. Gra o władzę to czwarta powieść w dorobku autorki.

Grzegorz Chojnowski: Wszystkie pani książki mają, choćby w tle, historię. Czy zgadza się pani z tą łacińską sentencją o nauczycielce życia?
Ewa Stachniak
: Pewnie tak, bo wychowałam się we Wrocławiu, gdzie historia była na ulicach, leżała jak gruzy, na których się bawiłam jako dziecko. Historia nie jest tylko przeszłością, zostawia ślady. Nawet ta odległa determinuje nasze życie. Moje związki z Katarzyną to również trochę sprawa osobista, ponieważ zarówno rodzina mojej mamy, jak i ojca pochodzi z zaboru rosyjskiego. Historia Polski, Europy Wschodniej interesuje mnie także dlatego, że widzę, jak mało o niej wiedzą ludzie z kręgu kultury anglojęzycznej, w Kanadzie, Anglii, w Stanach Zjednoczonych. Polska się zintegrowała ze światem w wielu dziedzinach, ale nasza przeszłość wydaje się za granicą egzotyczna, niezrozumiała; to te długie i dziwne nazwiska, których nie można wymówić. Czuję się trochę ambasadorką tej historii, wiem, jak ją opowiedzieć, żeby była uniwersalna, ciekawa i żeby dotyczyła rzeczywistości, stąd w moich książkach pojawiają się postaci fikcyjne i historyczne.

Wspomniała pani mamę. Historia istniała w pani domu także za jej sprawą, profesor Anna Jerzmańska interesowała sie prarybami.
To prawda. Wychowałam się wśród tej historii najdalszej. Były praryby, ojciec geolog, więc zamiast kryształów na półkach stały ryby kopalne albo skały. Poza tym były opowieści – pytałam jako dziecko o ruiny, słuchałam o tym, co się kiedyś działo we Wrocławiu, w Krakowie, Warszawie. To się gdzieś we mnie zapisywało, dom ma tutaj ogromne znaczenie. W swoich powieściach też stawiam te pytania, zastanawiam się, jak wyglądała przeszłość i w jaki sposób mogła wpłynąć na życie mojego pokolenia.

W pani debiucie, Koniecznych kłamstwach, bohaterka Anna wyjeżdża latem 1981 roku na stypendium do Montrealu. Tak jak się to stało w pani przypadku...
Bardzo często pierwsza powieść ma wątki autobiograficzne. Na kartach mojej są ślady rodziców, brata, ulicy Wapiennej, gdzie się wychowaliśmy. Ale to tylko początek, potem są sytuacje, które poniekąd się zdarzyły, lecz innym osobom albo w inny sposób. Gdy przeprowadziliśmy się pod Toronto, moja sąsiadka okazała się Niemką z Breslau. Wtedy wpadłam na pomysł: co by było, gdyby Polka z Wrocławia w Kanadzie poznała już nie Niemkę, ale Niemca z Breslau. Wątek miłosny jest dla pisarza ciekawszy niż przyjaźń. Wracałyśmy do naszych wspomnień, opowiadała mi o swojej rodzinie, o tym, jak uciekała z Breslau. Znalazło się to później w książce.

Jako pisarka urodziła się pani dopiero w latach 90. ubiegłego wieku, debiutancka książka ukazała się dwanaście lat temu. Podobno uczyła się pani między innymi na warsztatach prowadzonych przez Margaret Atwood.
Jestem anglistką, więc pisałam po angielsku. Doktorat, eseje, artykuły – cały czas myślałam o sobie jako o naukowcu. I w pewnym momencie zapisałam się na warsztaty pisarskie w Humber College, szczęśliwie poprowadziła je właśnie Margaret Atwood. To była absolutnie fantastyczna lekcja. Nie musiała mówić wiele, żeby nauczyć mnie bardzo dużo. Przestawiła po prostu moje podejście do literatury z pozycji krytyka na pozycję pisarza. Zamiast wyszukiwania metafor, tematów, tropów literackich zalecała zastanowienie się nad przepisem na książkę, nad tym, jak to zrobić, jak oddać fizyczność postaci. Tych kilka zdań, które powiedziała do mnie Atwood, uświadomiło mi, że aby o czymś napisać, trzeba tego doświadczyć albo przynajmniej siebie sobie wyobrazić w konkretnej sytuacji i przestrzeni. Wtedy i czytelnik będzie mógł to zobaczyć.

Konieczne kłamstwa były powieścią współczesną z elementami autobiografii i historią w tle. Kolejna książka, Ogród Afrodyty, to już sięgnięcie do historii i po historyczną postać, czyli Zofię Potocką.
W moich książkach bohaterkami są zawsze emigrantki, osoby, które musiały zostawić swoją kulturę, otoczenie: Zofia – Greczynka, która przyjeżdża do Polski, Katarzyna – Niemka sięgająca po władzę na dworze rosyjskim, stająca się Rosjanką. Dla mnie ten proces jest szalenie ciekawy. W powieści Dysonans pisałam o Wielkiej Emigracji. Więc z jednej strony pasja historyczna, z drugiej problem człowieka zmuszonego do życia w kulturze, w której się nie urodził ani nie wychował.

Co się dzieje z człowiekiem w takiej sytuacji?
Przede wszystkim musi być bardzo dobrym szpiegiem, uważnie obserwować ten nowy świat i znaleźć w nim miejsce dla siebie. To oznacza dla różnych ludzi coś innego. Dla mnie na przykład nie oznaczało konieczności nauczenia się języka, bo byłam anglistką, gdy przyjechałam do Kanady. Ale trzeba opanować inny sposób uśmiechania się, rozmowy, języka ciała, kontaktów z ludźmi, a potem powoli zmienić swoją świadomość w świadomość bardziej uniwersalną, niekoniecznie kanadyjską. Nie jestem taką Kanadyjką, jak kobiety tam urodzone, ale przybyszem z zewnątrz, z pewnymi wartościami, z których wiele chcę zachować, a inne przemyśleć. Na pewno nie czuje się poczucia wspólnoty, pełnej wspólnoty z tą nową społecznością. Zawsze się patrzy z dwóch punktów widzenia, a jednocześnie chce się opowiadać historie o sobie w taki sposób, żeby one także były uniwersalne, nie egzotyczne, lecz ludzkie.

W pani książkach istnieją wątki emigracyjne, jest historia, często jej chichot, jest też doświadczenie kobiece. To kobiety tutaj opowiadają, ich perspektywa się liczy.
To się tak ładnie nazywa w literaturze anglosaskiej herstory, jej historia, w odróżnieniu od history (jego historii). Nie dlatego, że mężczyźni i ich spojrzenie mnie nie interesują, bardzo mnie interesują, ale mam wrażenie, że męskie historie zostały już tyle razy opowiedziane, a te kobiece dopiero zaczynamy opowiadać, jest ich dużo mniej. A może to także echo silnej mamy, która była opoką całej rodziny, zawsze o wszystkim decydowała. Lubię, gdy kobiety wiedzą, czego chcą, potrafią czegoś w życiu dokonać, a jednocześnie mają ten emigrancki bagaż, a może raczej skarb.

Z pewnością taką kobietą była Katarzyna, ale w Grze o władzę narratorką jest Barbara, jedna z dam dworu, zresztą Polka z pochodzenia.
Damą dworu została później, zaczynała jako zwykła służąca i pałacowy szpieg. To postać, która zrodziła się z jednego zdania w liście Katarzyny, pisanym do brytyjskiego ambasadora, o tym, że w carskiej sypialni ma trzy osoby, które o sobie nawzajem nic nie wiedzą i donoszą jej o wszystkim, co się tam dzieje. Natychmiast pomyślałam sobie, jak wyglądałaby jej historia oczami takiej osoby. To musiała być kobieta, ponieważ caryca Elżbieta, teściowa Katarzyny, otaczała się kobietami. Pewnie jedna z nich była arystokratką, mogła to być księżna Daszkowa, ale wiedziałam też, że Katarzyna miała wokół siebie osoby ze służby, które jej donoszą. Wydało mi się to ciekawsze. Barbara jest Polką, bo ja zawsze lubię mieć jakieś polskie spojrzenie na historię. Historia Rosji, ale z perspektywy Polki. Oczywiście, ta Rosja, o której piszę, to nie ta, która nastąpi. To jeszcze nie jest imperium, chociaż już Rosja imperialna. Barbara była mi bardzo bliska, ponieważ wszystko widziała, wszystko wiedziała, no i też była spoza: spoza kultury i spoza pałacu. Musiała się tego pałacu nauczyć, a przez to stała się doskonałą narratorką. Była moimi uszami i oczami w Pałacu Zimowym.

Korzystała pani z kilku biografii carycy, wymienionych na końcu książki, ale także z jej pamiętników. Funkcjonuje stereotyp, że była to kobieta bezwzględna, wyrafinowana w intrygach, ale przecież nie całkiem i nie od początku, co odzwierciedla się w pani książce.
Ona była doskonałym politykiem i myślę, że każdy polityk może być określony jako „wyrachowany i bezwzględny”, ponieważ gry polityczne są bardzo trudne. Katarzyn było wiele. Ta pierwsza, którą poznajemy w książce, zaczyna swoją karierę jako młoda, czternastoletnia dziewczynka, już posiadająca instynkt polityczny. Wie, że musi najpierw spodobać się carycy, żeby zostać w Rosji. Powinna właściwie spodobać się przyszłemu narzeczonemu, ale szybko orientuje się, że są to cele sprzeczne. Jeżeli jednemu się spodoba, to zdenerwuje drugiego. No i musi się też spodobać Rosji. Jeśli czternastoletnia dziewczynka wyznacza sobie takie cele, to znaczy, że ma talent, talent do rządzenia, do znalezienia dla siebie miejsca w bardzo trudnej politycznie sytuacji. Czy mogła rozegrać to inaczej? Zostawiam tę decyzję czytelnikowi... Mogła dać się pognębić, dać się odesłać do klasztoru, do domu by jej nie odesłano, bo była już matką carewicza. Ale mogła też zostać zepchnięta na zupełny margines i nigdy byśmy o niej nie usłyszeli. Czy byłaby przez to lepszą osobą? Nie wiem.

W Grze o władzę śledzimy romans młodej Katarzyny z Poniatowskim, wtedy hrabią. O czym będzie kolejna powieść, kto będzie narratorem?
Powieść będzie się rozgrywać w ciągu ostatnich trzech dni życia Katarzyny, tuż przed udarem, w te dwa dni i jedną noc, kiedy leży, pozbawiona zupełnie władzy. Teraz wiemy dużo więcej o tym, co się dzieje z kimś, kto ma udar. O Katarzynie wiadomo, że chwyciła kogoś za rękę, próbowała coś mówić, musiała zdawać sobie sprawę z tego, co się dzieje. Wydawało mi się, że mogę wejść w jej świadomość. Ona jest nie tyle narratorem, ile centralną świadomością książki, więc tym razem będziemy już z nią, będziemy bezpośrednio jej towarzyszyć w tym okresie. Oczywiście, pamięcią będzie sięgać do przeszłości.

A czego słuchała Katarzyna Wielka? Interesowała ją muzyka?
W listach i pamiętnikach Katarzyna wielokrotnie przyznawała, że nie ma słuchu muzycznego i słuchanie muzyki nie sprawia jej przyjemności. Ponieważ w XVIII wieku koncerty były jednak częścią dworskiego życia, musiała ich słuchać dość często i narzekała na ten przykry dla niej obowiązek. Dworscy muzycy zdawali sobie doskonale sprawę, że caryca gustuje w prostych melodiach, niewymagających muzycznego przygotowania i że dobrze jest dać jej dyskretny znak, kiedy utwór się skończył i można go nagrodzić wyważonym aplauzem. Jeśli mogła, wybierała operę lub ostatecznie balet. Zachował się ciekawy opis jej szczerego zachwytu operą komiczną Les Marriages Samnites André Grétry’ego, wystawioną na jej cześć w prywatnym teatrze hrabiego Szeremetiewa w jego posiadłości Kuskowo. Zachwyt nie miał jednak muzycznych źródeł. Carycy szczególnie podobała się bowiem postać głównej bohaterki, Eliane, walczącej u boku mężczyzn w bitwie z wrogami jej miasta. Jak sam gospodarz zauważył, dostojny gość zobaczył w pięknej i odważnej bohaterce kobietę, która była w stanie zainspirować mężczyzn i wydobyć z nich dodatkowe pokłady waleczności i bohaterstwa. Jednym słowem, w pięknej i walecznej Eliane, Katarzyna zobaczyła samą siebie.

Rozmawiał Grzegorz Chojnowski (Radio Wrocław)