Wydanie: MWM 06/2016

Ostatnie arcydzieło

Article_more
Znów będzie o Haydnie. Tak, ponieważ o Haydnie nigdy za wiele, a jego dzieła kryją wiele ciekawych szczegółów. Dla niejednego trudno znaleźć precedens, ale to żadne odkrycie – Haydn (tak chętnie przez najróżniejszych komentatorów poklepywany po ramionku) był wielkim muzycznym odkrywcą i nowatorem. Mozarta nawet nie ma co pod tym względem porównywać, a jego dorobku z dokonaniami autora Symfonii londyńskich ważyć. Ale w kontekście tych formalnych i stylistycznych nowinek akurat ten utwór, o którym tym razem, jest doprawdy szczególny. Szczególnie ze względu na czas powołania na świat i kontekst artystycznego zaistnienia.

Początek XIX wieku to Haydna jesień życia, i to dojrzała. Właściwie napisał już wszystko, co stanowi o jego dorobku. Przygodę z symfoniami (a to cała epoka stwarzania klasycznej formy – bagatela, sto cztery utwory) zamknął w 1795 roku, podobnie z sonatami na instrumenty klawiszowe (bo nie wliczamy drobiazgu, czyli Andante C-dur) i kwartetami smyczkowymi (nieukończony Kwartet d-moll op. 103 dla dziejów gatunku jest bez znaczenia). Oratorium Pory roku – komponowane dość długo – jawi się jako wielkie, symboliczne podsumowanie twórczości na niwie, którą uprawiał bardzo rzadko, ale z jakże udanymi efektami. Prawda, po nim skomponuje jeszcze ostatnie msze, również znakomite: Schöpfung- i Harmoniemesse. Nie zmienia to jednak faktu, który z właściwą sobie swadą (w monumentalnej „biografii” epoki Styl klasyczny) podkreślił Charles Rosen, pisząc, że „wówczas [...] nie było nikogo innego, kto [...] zdobyłby niekwestionowany i bezinteresowny respekt środowiska muzycznego i niekłamany rozgłos u publiczności”. A pamiętać o tym należy szczególnie z naszej perspektywy, w czasach, „gdy Haydn jest nieomal kompozytorem dla koneserów, którego muzyka nie może się równać pod względem kasowym z muzyką Mozarta i Beethovena”. Przełom wieków to czas Haydna popularnego i szanowanego – nieczęsty to splot okoliczności i zgodność vox populi z gustami koneserów. Na tym właśnie zasadza się wyjątkowość Pór roku – gdyby Haydn był ciut leniwszy albo okoliczności by nie sprzyjały, pewnie by nie powstały, bo kompozytor nie musiał już ani zarabiać pieniędzy, ani niczego sobie czy innym udowadniać.

Do niemieckiego tekstu przygotowanego przez barona van Swietena stworzył dzieło emanujące humorem, symfonicznym zacięciem, świetnym zrozumieniem i wykorzystaniem tradycji muzycznej ilustracyjności i malarstwa dźwiękowego. Partytura – barwna od pierwszych do ostatnich taktów – doskonale obywa się bez jakiejś dramaturgicznej osi, intrygi czy antagonizmu charakterów, co nie oznacza, że dramaturgicznie jest blado. Od pierwszych akordów symfonicznej introdukcji w g-moll (ach, toż to najczystsza symfonika w najbardziej tajemniczej tonacji klasycyzmu, z aluzjami do wiosennej burzy!) do wielkiego finału (tercet i chór podwójny) – ani na moment tok muzyczny nie spowalnia. Ani w chwili, kiedy obserwujemy wiosną pogwizdującego przy pracy oracza (tutaj Haydn zacytował jeden ze swoich najsłynniejszych symfonicznych tematów – nie podpowiem, proszę zgadywać!), ani kiedy towarzyszymy bohaterom (Hannie, Łukaszowi i Szymonowi) w długi, oddany od świtu do zmroku letni dzień. Ale najpyszniejsza wydaje się Jesień, z polowaniem (waltornie!), sceną picia wina i wielką zabawą. Barwnością i przepychem przyćmiewa niejedną scenę z XIX-wiecznych oper (szczególnie włoskich kompozytorów-niezguł). O dziesiątkach aluzji do brzmień chłopskich kapel i dud, często dyskretnych, na drugim albo trzecim planie skrytych, wspominać nie warto, bo to zupełnie oczywiste. Jedno jest miejsce statyczne – orkiestrowa introdukcja do Zimy. Kiedy te delikatne dźwięki krążą w eterze, nie ma wątpliwości, że odmalowują spowijający świat chłód. Europejska muzyka dostała tyle, że z Pór roku spokojnie swoje wyczytać mógłby i Beethoven (pewnie na potrzeby symfonii Pastoralnej wyczytał), i nawet Richard Strauss (wspomniane waltornie).

 

„Wielkość [...] dwóch oratoriów polega na ich zasięgu ekspresyjnym; choć raz Haydn dorównał Mozartowi pod względem rozmachu (jeśli nie pod względem opanowania)” – skonstatował łaskawie cytowany już Charles Rosen. Może najwyższa pora ów uporczywy paradygmat zmienić? Może to ostatni moment, by przestać Haydna rozpatrywać jedynie w kontekście Mozarta, oceniać przez pryzmat zestawień albo porównywać? Jeszcze raz: w 1801 roku, kiedy Pory roku wykonywane były po raz pierwszy, Haydn niczego nie musiał. Pisał raczej dla przyjemności, z lubością żonglując warsztatowymi sztuczkami albo finezyjnie podsuwając słuchaczowi muzyczne aluzje i cytaty (wspomniany wyżej nie jest jedynym). Był geniuszem i dał temu wyraziste świadectwo, a kontekst artystycznego istnienia Pór roku jest właśnie taki: wyjątkowe dzieło, owoc jesieni życia płodnego twórcy u progu nowego stulecia. „Gdy ukończył je, »wypisał się« całkiem” (no, tak – złośliwy ten Rosen…).