Hałaśliwe skrzynki z Wrocławia

Article_more
Johann Timotheus Hermes, autorytet muzyczny w barokowym Wrocławiu, fortepian uznał za „hałaśliwą skrzynkę, gdzie jeden dźwięk bębni, inny klapie, jeszcze inny świszczy”, i pytał, czy na Śląsku nie można budować dobrych instrumentów klawiszowych, mogących dorównać instrumentom z Gery, Drezna, Brunszwiku i Gothy. Można. Wybudowano dobre, hałaśliwe skrzynki.

Doktor Hermes, rocznik 1738 (teolog, filozof, literat) lubił intymny dźwięk klawikordu, uważał nawet, że ma właściwości terapeutyczne. Inna rzecz, że klawikord pasował do jego płaczliwych, moralizatorskich tekstów. Sam Mozart sponiewierany miłością do Alojzy Weber sięgnął po te nudne ody Do nadziei, Do samotności i Do skromności,  więc trzeba zrozumieć upodobania i oceny doktora Hermesa. Poza tym skoro w jego salonie grywał Józef Elsner, nauczyciel Chopina, i o gospodarzu wypowiadał się bardzo życzliwie, Johann Timotheus nie mógł być głuchy jak pień.

 

Ale że marudził, to nie ulega wątpliwości. Za jego czasów licencję na budowę instrumentów zdobył we Wrocławiu choćby Johann Friedrich Kuhlbörs (potem firmę prowadził syn, Friedrich Wilhelm), a fortepiany Kuhlbörsa mają dziś w swoich zbiorach renomowane muzea, między innymi Mirrey Collection of Early Instruments, muzeum klasztoru Michaelstein w Blankenburgu (Saksonia-Anhalt) i Muzeum Fryderyka Chopina w Żelazowej Woli. Ta ostatnia placówka przechowuje pionowy fortepian zwany „żyrafą”, wybudowany w latach 1820–1830. Instrument pochodzi z powojennych rewindykacji, nie wiadomo, jakie są jego dzieje, ale wygląda ładnie. Fornirowany drewnem mahoniowym, drzwi górne wypełnione złocistym jedwabiem żakardowym, klawiatura wykładana kością wołową. Nad klawiaturą umieszczono tabliczkę firmową, wydrukowaną na papierze, pod szkłem, w ramce ze złoconego brązu. Kuhlbörs nie miał się czego wstydzić.

 

Kość słoniowa, heban i mahoń
Konstruktorem fortepianu był wprawdzie Włoch, Bartolomeo Cristofori, ale nowy instrument błyskawicznie wzbudził zainteresowanie w krajach niemieckojęzycznych, a tacy budowniczowie,  jak Gottfried Silbermann i jego synowie, Christian Ernst Friderici czy Johann Andreas Stein, okazali się godnymi kontynuatorami działalności włoskiego mistrza. Notabene, fortepiany Silbermanna kupił w 1740 roku muzykalny król pruski Fryderyk Wielki, dwa z nich wciąż stoją w pałacu w Poczdamie. Ale we wrocławskiej rezydencji Fryderyka, dziś Muzeum Miejskim Wrocławia, rozpiera się fortepian Traugotta Berndta. Elegancki, skrzynia o tradycyjnym kształcie, nogi toczone, zakończone rolkami, zawieszenie pedałów w kształcie liry, klawiatura wykładana kością słoniową, półtony hebanowe. Fortepian musiał wyglądać, żeby zdobić salon i w razie artystycznej wpadki złagodzić swoją urodą ból uszu. 

 

Wprawdzie Jan Ladislav Dussek (czeski pianista) podobno uważał, że wystarczy uroda artysty – jako pierwszy kazał ustawiać na estradzie fortepian bokiem, więc wielbicielki mogły kontemplować jego piękny profil – ale instrument jednak lepiej widać. Gdy wybitny chilijski pianista Claudio Arrau podczas próby przed koncertem skrytykował fortepian, twierdząc, że się nie da na nim grać, dyrektor filharmonii zaoferował, że każe przynieść drugi: „Świetnie! A jaka jest różnica między tym fortepianem a tym, który chce pan przynieść? – spytał Arrau. – Tamten jest biały!”.

 

Słuszna decyzja, biały lepiej widać. Firma Traugott Berndt wprawdzie białych instrumentów nie robiła, ale mogła umieszczać napis nad klawiaturą informujący, że instrument wyszedł z pracowni Hof-Instrumentenbauera, nadwornego budowniczego Jego Królewskiej Mości, który to tytuł Johann Carl Traugott Berndt dostał w 1848 roku.

 

Siedmiu elektorów i fortepiany
Zaczął prowadzić ten biznes (albo uprawiać sztukę, jak kto woli) jedenaście lat wcześniej. Wszedł na trudny rynek. W 1825 roku pracowało we Wrocławiu trzydziestu pięciu rzemieślników zajmujących się budownictwem i naprawą instrumentów muzycznych, w tym dwóch organmistrzów. Sprzedawali je nie tylko w Prusach, lecz mieli także odbiorców w Królestwie Polskim i Wielkim Księstwie Poznańskim. Józef Elsner pisał z Warszawy dla lipskiej „Allgemeine Musikalische Zeitung”, że prawie w każdym domu, w którym dba się o muzyczne wykształcenie, znajduje się fortepian (Flügelfortepiano) z Wiednia, Drezna, Berlina lub Wrocławia. Renoma śląskich mistrzów rosła. 

Pierwszy warsztat Berndta znajdował się przy Altbüsserstrasse (dziś ul. Łaciarska), ale firma tak dobrze prosperowała, że 1842 roku przeniesiono wytwórnię do kamienicy rynkowej „Pod Siedmioma Elektorami”, jednej z najokazalszych we Wrocławiu, z królewską przeszłością. Traugott Berndt miał tam swój skład do 1945 roku, choć warsztaty urządzono najpierw przy Garvestrasse (dziś ul. Kujawska), potem przy Paradiesstrasse 11 (Worcella), wreszcie na Brochowie. Firma była w rękach rodziny do 1904 roku, ostatni właściciel, Erwin Fricke, wyjechał z Wrocławia w 1946 roku i założył nowy warsztat w Ansbach, w Bawarii, ale już tylko naprawiał instrumenty.

 

On gra, ty zarabiasz    
Najlepszą reklamą dla fortepianu jest sławny pianista. Firma Pleyel może się chwalić, że jej instrumenty cenił Chopin, a Steinway – że uwiódł Paderewskiego. Notabene, producenci instrumentów bywali gotowi zrobić wszystko, żeby zdyskredytować konkurencję, której udało się przekonać gwiazdę do swojego fortepianu. Gdy Paderewski koncertował w Rosji, na polecenie zazdrosnego przedsiębiorcy podpiłowano pedały, a pomiędzy klawisze wsunięto szpilki mające poranić palce artysty.

 

Wrocławskie fortepiany nie zwabiły takich wirtuozów. Wprawdzie Ferenc Liszt, który w 1843 roku dał w Sali Muzycznej koncert monograficzny, grał między innymi na instrumencie  Heinricha Philippa Bessaliego i go chwalił, ale to był krótki romans. Bessalie, który zawodu uczył się w Wiedniu, też miał tytuł „Hof-Instrumentenbauer und Akademischer Künstler” i z powodzeniem prezentował instrumenty na światowych wystawach w Londynie, Paryżu i Berlinie. Jednak po jego śmierci w 1850 roku firma działała już tylko kilkanaście lat. Za to fortepian Traugotta Berndta zachwycił Carla Loewego, kompozytora, dyrygenta, śpiewaka i organistę, zwanego przez współczesnych „Schubertem północnych Niemiec”. Loewe, autor muzyki do utworów Adama Mickiewicza (Die Polnische Balladen), pracował w Szczecinie, w kościele farnym św. Jakuba. Gdy po czterdziestu sześciu latach przeprowadził się do Kilonii, jego fortepian dostała w prezencie ślubnym najstarsza wnuczka, Zara Mebes, z domu Bothwell, mieszkająca w Osnabrück.

 

W 1943 roku instrument przekazano do Muzeum Händla w Halle, ale wkrótce został wywieziony z miasta dla ochrony przed alianckimi nalotami. Koniec wojny przywitał w kiepskim stanie i dopiero w 1996 roku został poddany starannej konserwacji. To był prezent na dwusetlecie urodzin Carla Loewego. Dziś Traugott Berndt znów gra.

 

Koniec świata fortepianów
Na początku lat czterdziestych ubiegłego wieku Wrocław miał już tylko stroicieli fortepianów, rzemieślników naprawiających instrumenty, dwie pracownie organmistrzowskie i sześć warsztatów lutniczych. Złoty wiek budowniczych instrumentów zmierzał do końca. Ale ich fortepiany zostały.

 

Lev Stern, który w 1948 roku przyjechał z rodzicami do zrujnowanego miasta, zamieszkał przy ulicy Szczytnickiej. Na klatce schodowej zawsze unosił się zapach wódki i spalonego oleju, a po kątach leżeli pijacy. Rodzinę Sternów zakwaterowano w mieszkaniu niemieckiego, starszego małżeństwa. Państwo Kavelke zajęli jeden pokój, do którego wtłoczyli cały swój dobytek. Najdziwniejszym miejscem w mieszkaniu był wielki korytarz, w którym stało sześć fortepianów. Nie wiadomo czyich. Nikt na nich nie grał, nikt nie próbował ich sprzedać.

 

W wielu wrocławskich domach stoją takie stare instrumenty. Rozstrojone, rozeschnięte, milczące na wieki. Ale ich głosy przetrwały. Brzmienie fortepianu Traugotta Berndta z 1848 roku zostało utrwalone w postaci sampli. Można kupić i wgrać w dowolny instrument elektroniczny. Legenda jest przecież wieczna.