Wydanie: MWM 06/2016

Gloomy day at Newport

Article_more
Fatum nad siódmym najważniejszym amerykańskim festiwalem jazzowym w Newport ciążyło od samego od początku. Najpierw dwaj prominentni przedstawiciele nowoczesnego jazzu, Charles Mingus i Max Roach, rozczarowani konserwatyzmem, komercją i rzekomą dyskryminacją czarnych artystów na tej imprezie ogłosili, że zamierzają w tej samej miejscowości zorganizować własny festiwal (możemy się zastanawiać, jak istotnym motywem było tu pominięcie Roacha i Mingusa w programie tamtego Newport Jazz).

Przedsięwzięcie pod nazwą Rebel Jazz Festival rzeczywiście doszło do skutku, a zagrali na nim między innymi Ornette Coleman, Abbey Lincoln i Kenny Dorham. Mimo tych niesprzyjających zawirowań na Newport Jazz Festival w 1960 roku miały wystąpić takie gwiazdy, jak Ray Charles, Horace Silver, Muddy Waters i Nina Simone.

 

Marc Myers, autor opublikowanego w „Wall Street Journal” artykułu Riot in Newport, 1960, przyczyny niesławnych zajść z 2 lipca upatruje w fatalnym zbiegu okoliczności. W początkach 1960 roku weszły na ekrany trzy popularne filmy: Jazz on a Summer’s Day, A Summer Place i Gidge – z jazzem, plażami i nastoletnim buntem w tle. Już 30 czerwca do miasta zaczęły spływać tłumy młodych ludzi; w nocy z 1 na 2 lipca było ich już tak wielu, że z braku miejsc noclegowych część spała na plażach, następnego dnia ich liczba sięgnęła ponad dwudziestu tysięcy. Ani miasto, ani festiwal nie były przygotowane na tylu odwiedzających.

 

Podobno pierwsze bójki wybuchły po sprzeczce zwolenników Charlesa Mingusa i Oscara Petersona, po tym, jak ci pierwsi nazwali staromodnego Petersona „cieniasem”. Po południu gigantyczne i coraz bardziej agresywne plażowe party zaczęło przemieszczać się w stronę miejsca, w którym odbywały się koncerty. Tam na dwanaście tysięcy odurzonych alkoholem ludzi czekała niemiła niespodzianka – park Freebody do ostatniego miejsca był już wypełniony ponad szesnastoma tysiącami fanów jazzu. Wściekły tłum próbował sforsować okalający park mur, a na dwustu policjantów usiłujących temu zapobiec posypały się butelki i puszki, raniąc wielu z nich. Próby zapanowania nad sytuacją za pomocą wozów strażackich nie powiodły się i po mieście rozbiegli się rozjuszeni jazzfani, demolując samochody i sklepowe witryny. We Freebody Park cały czas odbywały się koncerty – organizatorzy bali się wypuścić do miasta kolejne kilkanaście tysięcy niezadowolonych ludzi. Kiedy użycie gazu łzawiącego i pałek nie pomogło, władze zwróciły się o pomoc do Gwardii Narodowej i żołnierzy z zacumowanego w mieście niszczyciela USS Beatty. Do rana zamieszki ustały, aresztowano sto siedemdziesiąt osób, a władze zadecydowały o odwołaniu wszystkich pozostałych koncertów jazzowych (zgodnie z planem mogły się odbyć jedynie występy bluesowe). Smutny festiwal zakończyły słowa naprędce napisanego przez Langstona Hughesa wiersza, odczytane z estrady przez Otisa Spana: „It’s a gloomy day at Newport, it’s a gloomy, gloomy day. It’s a gloomy day at Newport, the music’s going away”.

Przedstawiciele władz miasta twierdzili później, że spodziewali się takiego najazdu nie bardziej, niż Pearl Harbour ataku Japończyków. Główny organizator, George Wein, przekonywał, że festiwal nie miał z rozruchami nic wspólnego, a promocja koncertów była nie większa, niż zazwyczaj. Choć policja do żadnych uchybień oficjalnie się nie przyznała, wydarzenia z Newport były dla niej ważną lekcją, która pomogła zmienić standardy organizacji imprez masowych i strategii radzenia sobie z tłumem (między innymi ograniczenie sprzedaży alkoholu, kaski dla policjantów, ścisła współpraca promotorów i służb porządkowych).

 

Odpowiedzialnością za zamieszki obarczono głównie Weina. Z powodów finansowych oraz wobec oporu miejscowych władz kolejny festiwal w 1961 roku nie odbył się. Impreza wróciła do miasta rok później, ale nie bez kontrowersji. Newport było najbardziej ekskluzywnym kurortem Nowej Anglii, z rozległymi polami golfowymi i przystaniami jachtowymi, popularnym pośród amerykańskiej klasy wyższej. Jej przedstawiciele niechętnie patrzyli na uczęszczany głównie wśród ludzi młodych festiwal jazzowy jeszcze przed wypadkami z 1960 roku. Ponadto – wbrew insynuacjom Mingusa i Roacha – większość występujących w Newport muzyków była Afroamerykanami, co dodatkowo pogłębiało niechęć konserwatywnych elit. Po jałowych przepychankach zadziałała w końcu amerykańska demokracja – w referendum zadano mieszkańcom pytanie, czy popierają organizację festiwalu jazzowego (oraz bliźniaczego festiwalu folkowego) w swoim mieście. Za folkiem opowiedziało się 60%, za jazzem 70% głosujących.

 

Fonograficznym śladem tamtych wydarzeń jest zaś niecodzienny album nagrany dwa dni po feralnej sobocie, 4 lipca 1960 roku. Kilka tygodni przed festiwalem George Wein trafił przypadkowo do jedynego klubu jazzowego w stolicy muzyki country, Nashville. Lokalny zespół spodobał mu się do tego stopnia, że zaprosił go na Newport Jazz Festival. Grupa złożona z ówczesnych (gitarzysta Chet Atkins) i przyszłych (saksofonista Boots Randolph) gwiazd muzyki country oraz początkujących muzyków sesyjnych i jazzowych (między innymi siedemnastoletni wibrafonista Gary Burton), nazwana na tę okoliczność The Nashville All-Stars, miała być egzotyczną atrakcją w programie złożonym z największych osobistości czarnej muzyki. Marzenie młodych artystów z Południa nie miało się jednak ziścić – kiedy przyjechali do Newport, trwały już zamieszki, a ich występy, podobnie jak inne, zostały odwołane. Aby podróż muzyków z Tennessee nie poszła zupełnie na marne, zdecydowano się wykorzystać przenośne studio nagraniowe wytwórnia RCA (mające pierwotnie służyć do dokumentacji festiwalu) do rejestracji kilku utworów: paru standardów i napisanych na poczekaniu Nashville to Newport oraz Riot-Chous. Solidnie zagrany jazz z lekkimi naleciałościami country wydano jeszcze tego samego roku i zatytułowano – jak można się było spodziewać – After the Newport Riot.

 

Z wyłączeniem lat 1972–1980, kiedy to impreza przeprowadziła się do Nowego Jorku, festiwal jazzowy odbywał się nieodmiennie w Newport. Odbywa się tam do dzisiejszego dnia.