Miasto w muzyce

Article_more
Beata Maciejewska jest jedną z najważniejszych osób we Wrocławiu – dobrym duchem miasta, wybitną znawczynią jego historii i współczesności. Jest również zapaloną melomanką, kolekcjonerką płyt, bywalczynią koncertów i przedstawień operowych. Redakcja „Muzyki w Mieście” zawsze była dumna, że Beatę Maciejewską udało się namówić do współpracy już na samym początku istnienia miesięcznika. Co miesiąc, nierzadko „rozciągając” dobę o kilka godzin, by zdążyć z niezliczonymi sprawami, Autorka przesyła nam fascynującą opowieść dotyczącą muzycznej historii Wrocławia. Dwadzieścia cztery teksty, publikowane na naszych łamach w latach 2012–2014, zebrane we wspaniale zilustrowanym tomie, właśnie ukazały się w formie książkowej.

Piotr Matwiejczuk: Zainteresowanie miastem i regionem przerodziło się w twoim przypadku w pasję czy wręcz – misję życiową. Nie tylko jesteś wybitną znawczynią historii Wrocławia i Dolnego Śląska, lecz także znacząco wpływasz na teraźniejszość swojej małej ojczyzny. Jak to wszystko się zaczęło? Co sprawiło, że „wysiadłaś na przystanku Wrocław” [Wysiadłam na przystanku Wrocław to tytuł bloga, który autorka prowadziła do 2008 roku] i nie ruszasz dalej?

Beata Maciejewska: Wpadłam w nałóg, uzależniłam się od miasta, które – jak to bywa z krainami pogranicza – posiada bujną przeszłość. Chińczycy mają takie przekleństwo „obyś żył w ciekawych czasach”, Wrocław co rusz wpadał w ciekawe czasy. Od powietrza, ognia, głodu i wojny zachowaj nas Panie, od zmian granic też, ale niestety miastu wszystko, co najgorsze, się przydarzyło. To, co najlepsze, zresztą też. Przyciągało z całej Europy ciekawych, ambitnych ludzi, unikając przekleństwa chowu wsobnego. Tropię ich, podglądam, opisuję, czasem chwalę, czasem demaskuję i pokazuję grzeszki. Zwykła dziennikarska robota, tyle że niezbyt newsowa. Za to mogę sobie na więcej pozwolić. Wyciągam swoim bohaterom rzeczy, których bym nie pokazywała u żyjących. Nałogi, romanse, dziwne przyzwyczajenia, skandale towarzyskie. Samo życie.

 

Chcesz powiedzieć, że prawdziwa historia to nie ważne daty, których uczy się w szkołach, słynni dowódcy, wielcy monarchowie, wojny, bitwy, traktaty pokojowe i wytyczanie granic państw, tylko codzienne, zwykłe życie? To dziś bardzo modne, ale chyba też bardzo potrzebne podejście. Może czas na książkę „Życie codzienne w dawnym Wrocławiu”?

Nie ma wprawdzie takiej książki, ale są inne, które opisują to życie w średniowieczu i epoce renesansu. Polecam też książki Grzegorza Sobla, najlepszego znawcy historii śląskiej kuchni. On wie, która gospoda albo kawiarnia warta była odwiedzenia, gdzie podawali najlepsze raki, a gdzie robili najlepsze kiełbasy, jaki był związek między epidemią cholery a wzrostem sprzedaży wina bordeaux i kto wypiekał „fantazje Rossiniego” – torty niczym popisowe arie, a ptysie jak lekki tercet. Faktycznie, chciałabym kiedyś napisać książkę ukazującą historię miasta przez pryzmat losów mieszkańców, ale na pewno nie będą to zwykli mieszkańcy. Bo to gatunek, który we Wrocławiu nie występuje. Katolicki prozaik Paul Keller napisał w 1926 roku: „Wrocław ma ponad pół miliona mieszkańców, z tego pół miliona to znane osobistości. Przynajmniej jeśli chodzi o samoocenę. Ta samoocena nie jest jednak zawyżona, ale zaniżona. Wrocławianin nie pozwala się nikomu nie doceniać, chyba że urzędowi skarbowemu”. I bardzo dobrze.

 

We wstępie do książki Miasto w muzyce przywołałem „Atlantydę Północy” – termin stworzony przez Kazimierza Brakonieckiego oznaczający dawne Prusy Wschodnie. W określeniu tym zawiera się pewien szczególny rodzaj nostalgii – szczególny, bo dotyczy miejsca, którego nigdy nie posiadaliśmy, a otrzymaliśmy w (niechcianym?) spadku już zniszczone, zatopione. Byłaby to więc tęsknota za tym, co utracone, choć nigdy nie posiadane. Czy Wrocław i Dolny Śląsk moglibyśmy nazwać „Atlantydą Południa”?

Dla mnie jest Atlantydą. Nigdy nie będzie dane mi do końca poznać tego lądu. Ale będę mogła go poznawać bez końca. Domy, ulice, obrazy, rzeźby, tablice nagrobne, szyldy sklepowe są nośnikiem, na którym ludzie żyjący przede mną zapisali swoje losy, poglądy, emocje. To takie pocztówki z przeszłości (albo maile, bo kto dzisiaj wysyła kartki), czasem dramatyczne, czasem zabawne. Lubię oglądać portal domu Rybischa (dziś ul. Ofiar Oświęcimskich), bo fascynują mnie ludzkie ambicje. Heinrich Rybisch był pyszny jak sam diabeł i do końca życia odnosił sukcesy. Pieniądze zarobił na zbieraniu podatków, ale lubił się ubierać w togę mecenasa. Na portalu kazał uwiecznić między innymi scenę porodu swojego syna i pouczył wrocławian, zazdroszczących mu wspaniałego domu: „Bądź pobożny, bez zazdrości i nienawiści, tak więc zbuduj sobie lepszy, a mnie zostaw ten”. Właściwie ten portal to taki XVI-wieczny Facebook – „ludzie, patrzcie, jak mi się fajnie żyje”.    

 

O mieście i regionie pisałaś wielokrotnie w gazetach, wydałaś sporo książek, bywasz przewodniczką po Wrocławiu. Ale Miasto w muzyce jest książką szczególną, ponieważ połączyłaś w niej miłość do miejsca z miłością do sztuki dźwięków.
Nie jestem znawczynią muzyki. Jestem historykiem. Muzyka jest dla mnie sposobem rozmowy, porozumienia z ludźmi, z którymi nie mogę się już spotkać. Wehikułem czasu przenoszącym do odległych epok. Nie wiem nawet, czy mogę używać słowa „muzyka”, bo odpowiedniejsze jest chyba określenie „materiał dźwiękowy”. Muzyka to ten wyrafinowany segment świata dźwięków, rejestrujący emocje, ale w niższych sferach też jest ciekawie. Chcę wiedzieć, jak wyglądał Nowy Targ pięćset lat temu, ale równie mocno interesuje mnie, jak brzmiał. Huk młotów z kuźni, krzyki mleczarek, kwiczenie świń, mlask błota i mierzwy, w które zapadały się buty kupujących… Próbuję to usłyszeć za każdym razem, gdy przechodzę przez martwy dziś plac.

 

Mówisz o detalach, które zawsze i na mnie robią wielkie wrażenie; na które zwracam uwagę, bo dzięki nim mogę poczuć i – do pewnego stopnia – poznać, zrozumieć miejsce. Przyznam jednak ze wstydem, że nigdy nie wyobrażałem sobie, jak mógł brzmieć dawny Wrocław. Czy zachowały się jakieś ślady?
Ależ tak! Nie potrafię nawet opisać, jakie wrażenie wywołuje na mnie zarejestrowany przed wojną dźwięk Dzwonu Skazańca (albo Grzesznika), najsłynniejszego dzwonu Wrocławia, który wisiał od 1386 roku na wieży kościoła Marii Magdaleny. Został zniszczony w maju 1945 roku, już po kapitulacji Festung Breslau, w wyniku eksplozji, która rozdarła mury świątyni. Wyryty na nim napis obiecywał, że „die mein lut hören, oder vernehmen spate oder fruh, die sprechen Gote dem Herren zu” („kto mój dźwięk usłyszy – późno lub wczas – do Pana Boga zwróci swój głos”). „Najczystszym tonem grał, bo mistrz swą wielką miłość i wiarę w formę wlał”, jak twierdził poeta Wilhelm Müller. I ten dźwięk przetrwał!

Przyznam się do śmiesznej słabości: lubię buty z obcasami, które stukają. Idę, uderzam w bruk i słucham jak mi odpowiada miasto. Przy ulicy Traugutta, pod numerem 106 stoi kamienica z 1889 roku, która ma sień przejazdową wyłożoną drewnianym brukiem. Jeśli jestem na Przedmieściu Oławskim, zaglądam tam, żeby „postukać”. Chciałabym posłuchać, jakie dźwięki wydawał ten bruk, gdy przejeżdżał po nim powóz…

Kilka lat temu Muzeum Archeologiczne w Gdańsku odtworzyło zapachy średniowiecznego miasta – fetor pracowni garbarskiej, woń ziół aptecznych, aromat skóry przerabianej na wykwintne obuwie. Z kolei dyrekcja pałacu wersalskiego sprzedaje perfumy wzorowane na pachnidle królowej Marii Antoniny. Receptura się zachowała i wiemy, że rozsiewała woń róż, irysów, kwiatu pomarańczy i jaśminu połączoną z piżmem oraz drzewem sandałowym. Perfumy Ślad Królowej wyceniono na trzysta pięćdziesiąt euro za flakonik. Ja mam zmysł słuchu lepiej rozwinięty niż zmysł węchu, więc lubię archeologię muzyczną.

 

Wspomniałaś, że jesteś uzależniona od Wrocławia. A czy jesteś uzależniona od jakiejś muzyki? Czego słuchasz najchętniej?
Po pierwsze słucham muzyki mistrzów (w mistrzowskim wykonaniu wszystko mi się podoba), po drugie dobieram ją w zależności od epoki, która mnie zajmuje. Gdy pisałam tekst o bitwie pod Waterloo, słuchałam maniakalnie VII Symfonii Beethovena, a kiedy zajmowałam się „różowym” średniowieczem, moim przebojem była jedyna zachowana pieśń XIII-wiecznej trubadurki Beatriz de Dia. Ale rozumiem, że pytasz mnie o muzyczne słabości. 

 

Właśnie!
Muzyka operowa. Odpowiedzialny jest za to Wagner, bo to on mnie uwiódł. Będąc młodym dziewczęciem (uczęszczającym do szkoły podstawowej), dostałam płytę z nagraniem popularnych arii z różnych oper. Pieśń do gwiazdy minnesingera Wolframa z III aktu Tannhäusera zrobiła na mnie tak piorunujące wrażenie, że już się z Wagnerem nie rozstałam. Rossini porównywał jego muzykę do sosu bez ryby, twierdząc, że w tym nie ma żadnej melodii. Uwielbiam opychać się sosem. Holendra tułacza mogę słuchać na okrągło, a do chóru prząśniczek Summ und brumm, du gutes Rädchen czasem dołączam, oczywiście jeśli nikt nie słyszy.

 

Chór w operze bywa ważniejszy od solistów.
Ma taką siłę, że potrafi usunąć ze sceny nawet primadonny, czasem zmienia bieg zdarzeń, czasem bywa tylko komentatorem albo zaledwie tłem, ale zawsze warto uważnie go słuchać i wspierać. Powiedzmy szczerze jak towarzysz Majakowski do towarzysza Lenina: „Jednostka! Co komu po niej?! / Jednostki głosik cieńszy od pisku. / Do kogo dojdzie? – ledwie do żony! / I to, jeżeli pochyli się blisko”. No, chyba że tą jednostką jest Piotr Beczała. Jego głos towarzyszy mi w drodze z pracy i do pracy, a zaprzyjaźniony reżyser operowy, dzwoniąc na komórkę, zawsze zirytowany woła: „Ciągle ten Beczała!”. No nie ciągle, bo mogę go zamieniać z Renée Fleming.

 

Wiem, że do opery się nie ograniczasz.
W samochodzie jeździ ze mną zespół Ars Cantus i Tomasz Dobrzański. Musica Gratulatoria, czyli muzyka na ceremonie ślubne z wrocławskich druków z XVI i XVII wieku to fenomenalna płyta, genialna muzyczna archeologia. I jakie to życiowe! „Oto port wedle pragnień serca znaleziony” – radował się anonimowy autor ody weselnej z 1672 roku. Przyjemnie zawijać do niego nawet kilka razy…

 

Wrocław, Europejska Stolica Kultury, rozkwita w wielu sferach, również w sferze muzycznej. Otwarto niedawno jedną z lepszych sal koncertowych w Europie, odbywają się tu liczne festiwale muzyczne, istnieje mnóstwo świetnych zespołów, działa teatr operowy i teatr muzyczny. Czy brakuje ci czegoś we współczesnym życiu muzycznym miasta? Może warto byłoby zainspirować się czymś z przeszłości muzycznej Wrocławia? 

Na pewno nie brakuje mi gwiazd. Kiedyś grał tu Paganini i Wieniawski, dyrygował Brahms i Wagner, a dzisiaj występuje Isabelle Faust, Lang Lang i Christoph Eschenbach. Brakuje mi za to chórów, zespołów, stowarzyszeń muzycznych dla amatorów. Oczywiście wiem, że zainteresowanie nie jest zbyt duże. Nie cieszymy się jako naród opinią muzykalnego, nie śpiewamy, tylko krzyczymy, nawet z hymnem mamy problemy, bo tonacja E-dur jest podobno za wysoka dla niewyszkolonych gardeł. Ale w krajach Europy Zachodniej, w USA czy Kanadzie ludzie masowo grają na instrumentach i nawet na studiach menedżerskich organizowane są zajęcia z grania w orkiestrze, które ćwiczą współpracę w grupie. Gdy kilka lat temu w Instytucie Informatyki Uniwersytetu Wrocławskiego zaczął pracować profesor Jean-Marie de Nivelle z Holandii, wywołał sensację tym, że odpręża się, grając na fortepianie. Tymczasem psychologowie i neurolodzy są zgodni: trening muzyczny korzystnie wpływa na rozwój sprawności umysłowej i motorycznej; dzieci lepiej się uczą, są aktywniejsze, a dorośli dłużej utrzymują dobrą kondycję intelektualną. Dwieście lat temu nikogo z mieszkańców Śląska nie trzeba było w ten sposób do muzyki przekonywać.

 

Każdy czytelnik twoich tekstów w „Muzyce w Mieście”, wydanych teraz w formie książkowej, szybko się orientuje, że w dawnym Wrocławiu muzyka brzmiała dosłownie wszędzie. 
Na przykład w ogrodach, które bardzo kiedyś urozmaicały życie kulturalne. W sali koncertowej Weiss-Garten, mieszczącej się przy dzisiejszej ulicy Piłsudskiego, występowały takie sławy, jak Johannes Brahms, Edvard Grieg, Ignacy Jan Paderewski i Wanda Landowska. Były próby sięgnięcia do tej tradycji, kilka lat temu w Ogrodzie Staromiejskim przy Teatrze Lalek zaczęto organizować koncerty muzyki operetkowej i operowej, a w niedziele spacerowiczom przygrywał kwartet smyczkowy. To był pomysł ówczesnego dyrektora Teatru Lalek, Roberta Skolmowskiego, ale kiedy odszedł w 2011 roku w Ogrodzie ucichło. Szkoda, bo Ogród ma świetną infrastrukturę, a samym śpiewem słowików trudno się kontentować.

 

Zawsze można zajrzeć do Narodowego Forum Muzyki…

Muszę przyznać, że muzyka może zrujnować człowiekowi życie. Mnie ostatnio rujnuje i to właśnie od momentu otwarcia NFM. Czuję się jak łakomczuch przy suto zastawionym stole. Mówię sobie, że już nie jestem w stanie więcej zjeść, ale potem się napycham. W lutym niemal codziennie przychodziłam do redakcji w wieczorowych tiulach, bo po pracy biegłam na koncert. Nie chciałam, ale na stole stał krem z rodzynkami, pardon, Heinz Holliger, Isabelle Faust, Il Giardino Armonico, Wynton Marsalis. Katastrofa, bo obowiązki zawodowe i rodzinne kazały mi się trzymać z daleka od NFM.

„Życie domowe wrocławian jest bardzo przyjemnym. Gdy ojciec familii skończy swoje zatrudnienie, idzie z żoną i dziećmi na promenady lub do jakiegoś ogrodu na koncert. Tam siądą przy stoliku, wypiją ulubioną kawę, zobaczą się ze znajomymi i wieczór zejdzie na poufnej rozmowie”, informował z wyraźną zazdrością w 1842 roku warszawski „Magazyn Powszechny Użytecznych Wiadomości”. Chciałabym tak napisać w 2016 roku.

.