Autor: Michał Nowak
Wydanie: MWM 12/2012

Orfeusz

Muzyka tradycyjna
Article_more
Śpiewak to ktoś, kto – jak poeta (zresztą te sztuki są tożsame) – nazywa po imieniu pewne rzeczy, choć niekoniecznie wprost. Ktoś, kto prowadzi przez bagno wśród nocy, a wiadomo, że nie jest to łatwe. Poeta czy śpiewak jest również wyzwaniem dla otoczenia, bo komunikuje rzeczy niełatwe. W przeciwieństwie do piosenkarzy nie musi się podlizywać publiczności. Lirycznie, ale jednak wali między oczy.

Michał Nowak: Czujesz się śpiewakiem w czasie marnym?

Adam Strug: A „czas marny” odnosi się do czasu, który jest udziałem ludzkości, czy do jakiegoś szczególnie marnego okresu w dziejach?

Do marnego okresu. Po pierwsze pod względem słabej żywotności kultury tradycyjnej, a po drugie do mizernego oparcia, które ta kultura odnajduje w dzisiejszej teologii i liturgii katolickiej.

A ja myślę, że ogólnie rzecz biorąc, czas ludzkości to czas marny. Gdyby to ugryźć teologicznie, to w końcu jest to czas po grzechu pierworodnym i wszystkich coś trapi, tylko nie wiemy dlaczego i za co. Wszystkich – od najmłodszych do najstarszych. A im człowiek inteligentniejszy, tym bardziej boli. Z tego właśnie powodu grecki źródłosłów słowa „śpiewać” to „jęki”. Jęki i zawodzenie stworzenia za Tym, który nas stworzył, a następnie pochłonie.

Źródłosłów jest grecki, a zatem jęki nie mogły być zanoszone do Chrystusa, którego pojawienie się wiele zmieniło w ludzkiej historii. Czy śpiew może łagodzić ten ból?

Rzeczywiście przyjście Chrystusa przynosi odkupienie, ale nie zbawienie. Zbawienie dokonuje się za sprawą Jego męki. W związku z tym nadal jest o czym jęczeć. A czy śpiew może łagodzić ból – wątpię. Śpiew pierwszej jakości raczej jest nożem w serce. 

Sam jest cierpieniem, jego wyrazem?

Niewątpliwie wynika z cierpienia. Bywają piękne młode głosy, których urodą jest młodość właśnie. Jednak z głosem jest zdecydowanie tak, jak z winem. To przychodzące z życiem cierpienie powoduje, że zazwyczaj najlepsi śpiewacy są wiekowo zaawansowani.

Od dzieciństwa miałeś do czynienia ze śpiewakami ludowymi. Jak odbierałeś tę muzykę jako dziecko? Od początku cię fascynowała, czy musiałeś się do niej przekonać?

To jest fenomen, który natychmiast uzyskuje władzę nad wrażliwym dzieckiem. W moim dzieciństwie poza śpiewanymi pogrzebami były również czuwania w kościele. Oprócz Triduum Paschalnego u kapucynów w Łomży odbywały się franciszkańskie odpusty, które poprzedzone były śpiewanymi nocami. Szczególnie efektowny odpust przypadał na Matki Bożej Anielskiej, 2 sierpnia – w patronalne święto wszystkich franciszkańskich denominacji. Na tę noc do żebraczego niegdyś zakonu ściągali wiejscy donatorzy. Dwa razy w roku, bywało częściej, kwestarz objeżdżał wozem zaprzężonym w konika okoliczne wioski. Miejscowi wkładali na ten wóz rozmaite rzeczy. Podczas odpustu zachodziła sytuacja odwrotna – to mieszkańcy wsi zjeżdżali do tych, których dotowali.  

Czyli odpust dla donatorów?

Tak. Zjeżdżali na tę noc – ach, Boże, co to była za muzyka! Pamiętam, jak w dzieciństwie ukrywałem się w konfesjonale. To było moje ulubione miejsce w takich sytuacjach, dlatego że nie chciałem się przepychać w tłumie. Poza tym nikt nie zwracał uwagi małemu dziecku, że wchodzi do konfesjonału. Bywały sytuacje, gdy ktoś z rodziny przychodził do mnie i siłą wyciągał mnie w nocy z kościoła. To się zdarzało dosyć często, bo noce w kościołach całkowicie mnie pochłaniały, aż w końcu rodzina się z tym oswoiła. Nie uważam jednak, że było w tym coś wyjątkowego. Tak się złożyło, że nie miałem epizodu rockowego. Moi rodzice nie słuchali rocka, nie byli też za bardzo związani z muzyką środowiska, z którego się wywodzili. Nie byłem atakowany w dzieciństwie Rolling Stonesami czy Beatlesami. Poruszał mnie właśnie ten śpiew w kościołach.

Czyli ważny był styk śpiewu i Kościoła. A muzyka świecka była ci zupełnie obca?

Nie, ale tradycja muzyki świeckiej u łomżyńskiej szlachty, z której się moja rodzina wywodzi (oni oczywiście niczym się od okolicznego chłopstwa nie różnią oprócz tego, że nie odrabiali pańszczyzny, a przed domem mają ganek), umarła dosyć wcześnie. Pod koniec lat 70. na szlacheckich weselach – bardzo licznych, trwających trzy dni – zespoły grały już na keyboardach i gitarach elektrycznych. Czasem oprócz tego zespołu występowały czepkarki. Pamiętam przejmujący śpiew sześciu bab na weselu kuzyna we wsi Cierpięta na Kurpiach Zielonych. Ten obrzęd był przeraźliwie smutny, ale zawierało się w nim wszystko.

Z dzisiejszej perspektywy smutne pieśni na weselu wydają się dość osobliwe. Od początku fascynowało cię to, co zawarte było w słowach?

Cechą tych starych pieśni i w ogóle wszystkich przekazów jest realistyczna antropologia. Małżeństwo to w końcu droga krzyżowa, a nie radocha. Gdy wydawano za mąż dziewczynę, to wiadomo było, że w jej życiu zaczynają się konkrety, niekoniecznie przyjemne. To nam roi się, że w małżeństwie będzie wesoło, a wesoło generalnie nie jest. Czy zwracałem uwagę na treść? Było mi to kompletnie obce. Uczyłem się na pamięć obszernych fragmentów pogrzebu. Jako siedmio-, ośmioletni chłopak znałem śpiewany fragment Izajasza z nieszporów pogrzebowych, który zaczyna się od słów: „Rzekłem: W połowie dni moich odejść muszę. W bramach Otchłani mnie opuści lat moich reszta”. Brałem wówczas udział w wielu pogrzebach – nie tylko u rodziny i znajomych. Moja droga ze szkoły podstawowej do domu pokrywała się z drogą z miejscowej kostnicy na cmentarz. Dlatego nie raz zdarzało się, że z tornistrem na plecach włączałem się do konduktu pogrzebowego. To były jeszcze czasy karawanu konnego, który na przełomie lat 70. i 80. zastąpiła niebieska nyska.

Niebieska nyska kojarzy mi się przede wszystkim z milicją.

W moich stronach pojawiała się również w charakterze karawanu. Krótko mówiąc, nie skupiałem się na tekście. Myślę, że to jest stara szkoła, wręcz starotestamentalna. Do dzisiaj przecież w jesziwie chłopcy na pamięć uczą się Tory bez zrozumienia. Dopiero wtedy gdy przechodzą pod opiekę ojca – w dwunastym roku życia – zaczyna się wyjaśnianie tego, czego się nauczyli. Myślę, że to był podobny model, choć niedeklarowany.

Czy zatem starsi śpiewacy zagłębiali się w treść? Dyskutowali między sobą, rozważali słowa pieśni?

Wiara tych ludzi daleka była od wielomówstwa. Często byli to półanalfabeci, którzy nigdy nie powoływali się na Pismo Święte, jak to się nałogowo robi w dzisiejszym – mocno sprotestantyzowanym – katolicyzmie. Tam nie było dyskursu teologicznego, raczej mądrość życiowa wynikająca z wiary. Wątpić w Boga to było coś absolutnie niestosownego, a jeszcze bardziej niestosowne byłoby mówienie o tym. Nawet jeśliby się w czyimś sercu taka wątpliwość pod wpływem przeżyć pojawiła (starsze pokolenie śpiewaków, wśród których wyrastałem, to byli ludzie urodzeni przed I wojną światową, którzy przeżyli wszystkie kataklizmy XX wieku), to na pewno nikt by się nią nie dzielił. Pamiętajmy, że Łomżyńskie jako matecznik endecji spłynęło krwią i to kilkakrotnie. Akcje pacyfikacyjne organizowali i socjaliści brunatni, i socjaliści czerwoni. Dodajmy do tego wysoką umieralność dzieci. Jak mi powiedziała pewna nauczycielka pochodząca z chłopskiej rodziny, chłop wyżej cenił krowę od dzieci, bo tych miał jedenaścioro, a krowę jedną. W tej właśnie nędzy ortodoksyjna nauka katolicka była nie tylko pociechą, jak chcieliby marksiści. Nie chodziło o to, żeby upodlone warstwy społeczne utrzymać w ryzach. To była konkretna pomoc w życiu, w pracy. I nie chodzi mi tu jedynie o utylitarny sens wiary. Cały system postów usprawiedliwiał na przykład biedę. W czasie prac polowych z kolei odpusty i większe święta kościelne powodowały, że chłopi musieli odpocząć – chcieli, czy nie chcieli. A pracowano wówczas ciężko – kilkanaście godzin dziennie. Ci prości ludzie wraz z chrztem otrzymywali coś, o czym filozofowie mogą tylko marzyć: prostą umiejętność życia, pogodzenie się z własną kondycją i świadomość, że moralne wybory to nasza jedyna wolność.

Twierdzisz, że śpiewacy nie roztrząsali swoich dylematów związanych z wiarą. Zarazem jednak byli przekazicielami Tradycji. Poprzez nich właśnie treść, która spajała całe życie, która wyznaczała horyzont, była przekazywana. Skąd zatem bierze się ta zmienność, która charakteryzuje tradycję ustną?

Przede wszystkim z ułomności ludzkiej pamięci. Poza tym śpiewacy bywali półanalfabetami lub analfabetami. W tekstach jest mnóstwo rozmaitych śmiesznostek i niedorzeczności wynikających z tego, że ktoś czegoś nie zrozumiał. Trzeba podkreślić, że mimo swojej doniosłości funkcja religijnego śpiewaka wiejskiego była jak chleb powszedni. To nie był ktoś, kto zajmował szczególne miejsce w grupie. To była tylko i wyłącznie służba i tak też swoją działalność traktowali śpiewacy. Zatapiali się w śpiewaniu, ale nikt z nich nie traktował siebie jako kogoś wyjątkowego. Inaczej było z muzyką świecką. Tam rzeczywiście był element gwiazdorstwa i w grę wchodziły pieniądze. Terminowanie u takiego muzykanta kosztowało równowartość krowy. Wystarczyło więc kilku uczniów, by uzbierać na gospodarstwo! Poza tym istniał konflikt między śpiewakami, a zwłaszcza śpiewaczkami świeckimi i instrumentalistami, a Kościołem. Muzyka to potężne medium, jeśli na dodatek towarzyszy jej alkohol, to mogą wiązać się nią bardzo różne rzeczy. Nie bez kozery czytamy w Księdze Mądrości Syracha: „Nie wchodź w zażyłość ze śpiewaczką, by jej zamiary cię nie usidliły”. Znam opowieści o skrzypkach, przez których działał zły duch. Mówiono, że w ich grze były jakieś czary i że trzeba na to uważać. Ojciec mojej baki, który terroryzował swoją rodzinę dewocją, nie pozwalał córkom chodzić na wiejskie zabawy.

Dozwolona była tylko muzyka religijna?

Tak, ale to w niej właśnie uwidacznia się owo fascynujące połączenie śródziemnomorskiego świata katolicyzmu i słowiańskiej muzykalności. Polskie pieśni nabożne to owoc tego połączenia.

To dlatego – twoim zdaniem – rekonstruktorzy muzyki dawnej powinni szukać inspiracji w muzyce tradycyjnej?

Zdecydowanie tak. Od dwudziestu lat obserwuję środowisko rekonstruktorów. Posiadają oni gruntowne wykształcenie muzyczne, ale z niewiadomych przyczyn stosują emisję głosu z XVIII, XIX wieku do pieśni wcześniejszych. Słychać, że coś tu nie gra. Stawiam tezę, że jeżeli ktoś w Polsce uprawia muzykę dawną (wolę określenie „muzyka z czasów, gdy była młodsza” autorstwa Wojciecha Gołaskiego – dominikanina), to uprawia ją polski gmin. Nie rekonstruktorzy, z całym szacunkiem dla ich pracy i poszukiwań. Uważam, że rozróżnienie na kulturę wysoką i niską jest tyleż późne, co szkodliwe. Nie ma żadnego merytorycznego uzasadnienia. Powszechnie wiadomo przecież, że te światy się dopełniały. Istniała polska tradycja muzyczna, podobnie jak tradycja stroju czy architektury szlacheckiej. Do niej należy się odwołać, nie tylko jeśli chodzi o muzykę, która tu powstała, lecz także o tę, która była tu praktykowana – na przykład chorał. Kluczowa jest istniejąca wciąż tradycja ustna. Zamiast więc jeździć do Koptów w poszukiwaniu źródeł chorału, lepiej byłoby zwrócić się do śpiewaków z polskiej wsi.

Nie poruszyliśmy jeszcze kwestii osobowości śpiewaków.

To interesująca sprawa.

Ciekawi mnie napięcie pomiędzy indywidualnością śpiewaków a wpisywaniem się w kanon, w tradycję. Jak to funkcjonuje? Czy można w ich wypadku mówić o poszukiwaniu własnego wyrazu?

Zdecydowanie nie. Myślę, że różnica pomiędzy śpiewem niegdysiejszym a obecnym polega na tym, że dawniej śpiewak był jedynie instrumentem. Oczywiście mówię o muzyce religijnej, muzyka świecka rządzi się innymi prawami. W śpiewie religijnym nie kładzie się akcentu na samego siebie i na własną interpretację. Sama pieśń jest już wartością, wystarczy jej nie przeszkadzać. Poza tym wiadomo, że każdy śpiewa i mówi o sobie, choćby tego nie chciał. Posługujemy się własną ekspresją, więc nie powinniśmy kłaść akcentu na siebie czy na tę ekspresję właśnie. Jeśli tak czynimy, to jest już po śpiewie. Śpiew to dar – ktoś po prostu od urodzenia przynależy lub nie przynależy do narodu śpiewaczego. Nie ma w tym żadnej zasługi. Co więcej, dawni prowodyrzy śpiewu wcale nie musieli być najlepszymi śpiewakami. Ważniejsze było zapamiętywanie ogromnego repertuaru, którego składniki często nieznacznie tylko się od siebie różniły. W repertuarze dawnego rasowego śpiewaka kościelnego było około sześciuset pieśni. Połowa z nich nie jest już w Kościele używana, a połowa wciąż jest obecna. Ja właściwie niczego więcej nie wnoszę. Moja wiedza pokrywa się z wiedzą typowego kościelnego dziada sprzed stu lat.  

Podstawowa różnica polega na tym, że mówisz o tym repertuarze i tym śpiewie.

To prawda, choć mam nadzieję, że to nie ma wpływu na mój śpiew. Poza tym świadomie robię to dopiero od dwudziestu lat. Pamiętajmy, że czym innym jest postać zapiewajły – samozwańczego kantora – który jest kluczowy, bo to on inicjuje śpiew, a czym innym jest śpiew całej wsi. I żeby zrozumieć, czym jest fenomen polskiej pieśni nabożnej, to trzeba usłyszeć śpiewającą polską wieś. Jeśli ktoś dostanie taką szansę, to potem nic innego nie będzie mu już smakować. Wielokrotnie byłem świadkiem takich „nawróceń” muzycznych. Bardzo często dzieje się tak po zetknięciu z muzyką żywą, a więc spełniającą dwa kryteria: po pierwsze przekazywaną w tradycji ustnej, po drugie wykonywaną przez spontanicznie zebrane grupy śpiewacze. Jej jakość jest z niczym nieporównywalna, bo mamy do czynienia z czymś, co żyje przez wieki. I to nie jest tak, że śpiewają tylko ci, którzy śpiewają. Śpiewają wszyscy, którzy śpiewali przed nami i wszyscy, którzy – daj Boże – będą śpiewać po nas. Problem w tym, że wcale nie jestem pewien, czy dalej będą śpiewać. Popatrzmy na skorupy, które pozostały po Etruskach. Byłoby mi z tego powodu oczywiście bardzo przykro. Nie jestem bowiem w stanie oddzielić się od tego, co o mnie stanowi i popatrzeć na to okiem przyrodnika. Nie zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że intelektualna klasa polega na dystansie. Bliższy jest mi Lechoń, który mawiał, że nienawidzi ludzi patrzących na wszystko z każdej strony. Krótko mówiąc, jeżeli jest pewna jakość w postaci śpiewającej polskiej wsi, to jeżeli rzeczywiście jestem melomanem, jeżeli rzeczywiście słyszę, nie mogę być wobec tego obojętny. Jest w tym wspaniałe, a jednocześnie trudne, zgrzebne piękno. To bardzo wymagająca muzyka. Wymagająca dlatego, że trzeba się przebić – zwłaszcza w dzisiejszych czasach – przez tę brudną, zamazaną szybkę i dostać się do środka. Usłyszeć, na czym polega fenomen monodii. Bo monodia jest trudna. Polifonia sama w sobie jest efektowna. Monodia wymaga natomiast wyłączności. Nie w ten sposób, że nie słuchamy niczego innego ani niczego innego nie robimy. Monodia domaga się stałego z nią obcowania. Cechą rasowego śpiewaka religijnego jest to, że cały rok wykonuje repertuar religijny. Ponieważ ten repertuar rozpisany jest na rok liturgiczny, to gdy przychodzi post – należy prześpiewać cały postny repertuar. Rok w rok. Nie można sobie odpuścić. Jeden zaniedbany rok i jest po sprawie. Wypada się z formy. To nie jest tak jak dzisiaj, gdy piosenki są tworzone na klawiaturze. Forma jest zamknięta, można ją tylko wykonać lepiej lub gorzej. Cechą muzyki żywej jest to, że trzeba ją nieustannie praktykować. Przy czym jej kształt zależy od tradycji miejsca, a tę tworzą ci, którzy posiedli kanon. Kolejność jest więc taka: zastaję kanon i jeżeli jestem w nim biegły, mogę go współtworzyć. Czasami jakiś śpiewak nieopatrznie wykona przed swoimi adeptami jakiś ozdobnik, który tamci wezmą za linię melodyczną. I po sprawie.

Czemu „po sprawie”? Przecież na tym właśnie polega żywa tradycja!

No tak, ale trzeba bardzo uważać. To są sprawy bardzo delikatne, bo nagle całe pieśni zmieniają się według naszych klisz muzycznych, od których nie jesteśmy przecież wolni. Niezależnie od tego, czy partycypujemy w muzyce przedklawiaturowej.

Mówisz, że obecnie jest trudniej wykonywać tę muzykę. Z czego to wynika?

Z tego, że została przerwana naturalna sztafeta pokoleń. Śpiewacze składy nie są już zasilane, mamy do czynienia rzeczywiście ze starszyzną, która po prostu gaśnie. Poza tym inaczej brzmi śpiew, gdy zgromadzeni są wyłącznie starzy ludzie, a inaczej, gdy jest cała wieś, czyli i ci, którzy mają lat trzydzieści, i ci, którzy mają lat osiemdziesiąt. Muzyka tradycyjna potrzebuje dużego składu. Wydaje się, że jest świetnie, gdy zaśpiewa ośmiu chłopa. Wyobraźmy sobie jednak, co się dzieje, gdy zaśpiewa czterdziestu oraz – ponieważ w takich pobożnych sytuacjach bab jest zawsze więcej – osiemdziesiąt bab. Moja babka zmarła cztery lata temu. Miała dziewięćdziesiąt cztery lata. Traf chciał, że stało się to w jej rodzinnej wsi, mimo że już dawno tam nie mieszkała. Mieszkańcy wsi zachowali się bardzo ładnie, bo śpiewali dwie noce – jak Pan Bóg przykazał – a potem odprowadzili ją do krzyża na skraju wsi. To, co wtedy się działo – w czasie tej drogi z domu do krzyża, kiedy śpiewano psalmy pokutne – było po prostu niesamowite. Dwieście osób śpiewających tak głośno, jak potrafiło, mimo że wiał wiatr i padał deszcz. Czas się zatrzymał albo inaczej – zdałem sobie sprawę, że jesteśmy na Arce Przymierza, która łączy minione wieki z obecnymi. Arką jest właśnie ta muzyka. To są rzeczy niepowtarzalne. Wprawdzie dzisiejsza muzykologia ma metody, żeby to zapisać, co z tego jednak, skoro sposób, w jaki się śpiewa, ewoluuje wraz ze śpiewakiem, który prowadzi? Wszystko zależy od tego, w jakim jest wieku, w jakim nastroju, ile osób mu towarzyszy. Śpiew może być jak Pismo. Bywa żywy i przenika głębiej niż miecz obosieczny. Problem w tym, że coraz mniej osób jest w stanie usłyszeć piękno tej muzyki.

W twojej opowieści na pierwszy plan wysuwa się udział w śpiewaniu. Nie ma tu podziału na wykonawców i publiczność. Jednak gdy koncertujesz, to ten podział jest już obecny. Nie przeszkadza ci to?

Zdecydowanie mi przeszkadza. Dlatego w swojej praktyce muzycznej staram się przełamywać tę konwencję. Angażuję uczestników takich „koncertów” do wspólnego śpiewania. Najlepiej wyświetlić tekst pieśni i prosić, żeby włączali się w momencie, kiedy poczują, że już mogą to zrobić. Zwykle pieśń trwa około trzydziestu minut, więc problemu nie ma. To są niezwykłe momenty, bo nagle okazuje się, że zbiorowa pamięć muzyczna jest o wiele pojemniejsza, niżby się zdawało. Ostatecznie większość z nas jest mieszczanami w pierwszym czy drugim pokoleniu, a zmiany mentalne nie zachodzą tak szybko, jak zmiany technologiczne. Krótko mówiąc – jesteśmy w swej masie wieśniakami.

Uważasz, że mamy wiejskość zapisaną w genach? W planie ewolucji to chyba zbyt krótki okres, żeby wiejskość została włączona do cech gatunkowych.

Uważam, że śpiew jest cechą gatunkową. Nasi przodkowie śpiewali te rzeczy i pamięć o tym jest w nas.  

Mam wątpliwości, ale zostawmy ten temat. Pytałem o podział publiczność–wykonawcy, zmierzając do pytania o muzykę klasyczną. Wiem, że uczyłeś się w szkole muzycznej, ale przerwałeś edukację. Co ci przeszkadza w klasyce?

Istnieje mnóstwo wspaniałych partytur, wiele pięknych rzeczy, ale nie mniej jest w niej muzycznego pustosłowia. Myślę, że takim momentem, w którym coś w muzyce pękło, było powstanie miejsc, gdzie uprawia się muzykę dla niej samej. Wcześniej muzyka była zawsze w pewnym kontekście, miała funkcję użytkową. Owszem, powstawały rzeczy liryczne, bezinteresowne, nikomu niepotrzebne, skłaniające nas do samobójczej śmierci bądź płaczu. Generalnie jednak muzyka była umieszczona w pewnym kontekście i nagle msza zaczęła być wykonywana poza liturgią i poza przestrzenią sakralną. Niby coś się dzieje, ale w gruncie rzeczy nic się tu nie dzieje. W jednym z listów Chopin pisze, że na koncercie nie sposób usłyszeć muzyki.

No tak, ale przecież od tego przełomowego momentu powstaje również muzyka pisana specjalnie do tych nowych przestrzeni.

Prawda. Mnie jednak ciągnie do rzeczy starszych. Być może najlepszym sędzią muzyki jest czas. To byłby zresztą argument za muzyką przekazywaną w tradycji ustnej. Ona przetrwała setki lat. Natomiast te wszystkie rozbudowane utwory, gdyby nie zapis, gdyby nie nowoczesne elektroniczne środki, odeszłyby w zapomnienie bardzo szybko i moim zdaniem nikt by tego nie żałował. No może poza twórczością Erika Satie, boga muzyki klawiaturowej.

Na koniec wróćmy do początku naszej rozmowy. Czy śpiewak to osoba naznaczona, ktoś, kto nosi piętno, kto ma powinność do spełnienia?

Jest to zdecydowanie brzemię obłędu. Muzyka to potężne medium, mające w swojej mocy wszystkich, którzy je praktykują. Oczywiście, pomiędzy muzykami znajdujemy tzw. profesjonalistów, którzy są po prostu wypaleni. Być może nawet kochają muzykę, tyle że muzyka ich nie kocha. W konsekwencji zajmują się muzyką o tyle, o ile pracują. W przypadku szlachetnego rzemiosła muzyki tradycyjnej obcuje się z nią non stop. Trzeba na chwilę ją opuszczać, żeby do reszty nie zwariować. A jeśli chodzi o funkcję śpiewaka, to rzeczywiście jest to jakiś rodzaj powołania. Nie wyobrażam sobie, żebym mógł być na przykład dentystą. Jesteśmy predestynowani do pewnych rzeczy. Nie wiem, z czego się to bierze – czy jest to działanie Opatrzności, czy przyroda jakoś reguluje te kwestie. Zawołany śpiewak pełni bardzo ważną funkcję w sensie nie tylko dydaktycznym. W jego śpiewie materializuje się i radość, i smutek, ale z przewagą smutku, który dotyka wszystkich śmiertelnych. To ktoś, kto – jak poeta (zresztą te sztuki są tożsame) – nazywa po imieniu pewne rzeczy, choć niekoniecznie wprost. Ktoś, kto prowadzi przez bagno wśród nocy, a wiadomo, że nie jest to łatwe. Poeta czy śpiewak jest również wyzwaniem dla otoczenia, bo komunikuje rzeczy niełatwe. W przeciwieństwie do piosenkarzy nie musi się podlizywać publiczności. Lirycznie, ale jednak wali między oczy.

I – jak Orfeusz – zaklina śmierć?

Tak. W ludzkiej śmiertelności jest coś niezwykle wzruszającego. Nie wiem, czy to obsesja śmierci, ale widzę jej pierwiastek w każdej młodości. Szczególnie dotkliwie odczuwam to w marcu, gdy śniegi schodzą z pól, a zieleń gdzieś tam niemrawo się przebija. Przychodzi mi wtedy do głowy myśl o tym, że wszystko pochłonie przerażająca wieczność, że nasze życie to zaledwie kilka sezonów. Jest taki wiersz Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej (nie jestem wielbicielem jej pisarstwa) zatytułowany Tańczący koliber. Kończy się on słowami:

Czegoż zazdrościsz, Boże?
I tak mnie przecież nakryjesz
prędzej czy później czapką
jak tańczącego kolibra.

Rozmawiał Michał Nowak (Program 2 Polskiego Radia)



Adam Strug – śpiewak, instrumentalista, autor piosenek, kompozytor muzyki teatralnej i filmowej, etnomuzykolog, scenarzysta filmów dokumentalnych. Założyciel kapeli Strug Kompania wykonującej autorskie piosenki lidera oraz zespołu śpiewaczego Monodia Polska. Repertuar tej grupy składa się z przekazywanych w tradycji ustnej pieśni religijnych i świeckich, które Adam Strug zebrał w Łomżyńskiem i na Kurpiach Zielonych. Monodia Polska kultywuje dawny strój, emisję i maniery wykonawcze.