Wydanie: MWM 07/2016

Jestem odważny

Mariusz Kwiecień - wywiad
Article_more
Dyskutuję z reżyserem tylko wtedy, gdy ciężko jest mi zaśpiewać frazę na leżąco albo podczas wiszenia na linie. Staram się szukać kompromisu, aby z jednej strony spektakl nie stracił na wartości, a z drugiej strony byśmy my, wykonawcy, czuli się swobodnie. Mam renomę śpiewaka, który jest odważny i zawsze gotowy poświęcić nawet część swojego zdrowia bądź piękny dźwięk tylko po to, żeby świadomie osiągnąć efekt zamierzony przez reżysera i samego siebie.

Agnieszka Lakner: Do pańskich najważniejszych ról należy Mozartowski Don Giovanni – postać, która towarzyszy panu na scenach licznych teatrów muzycznych w Europie, Stanach Zjednoczonych i Azji. Nie jest już pan znużony tym bohaterem? Czy da się zachować świeże podejście do roli, w którą trzeba się wcielić po raz kolejny?

Mariusz Kwiecień: Bez świeżego podejścia w ogóle nie ma sensu wychodzić na scenę, publiczność natychmiast to wyczuje. Uwielbiam śpiewać Don Giovanniego i zupełnie nie czuję zmęczenia. Jedynym nieuchronnym problemem będzie mój wiek. W miarę starzenia się będę musiał pożegnać się z tą rolą. I to nie ze względu na to, że nie będę mógł jej zaśpiewać, tylko dlatego, że – poobserwowawszy przed laty moich starszych kolegów – próbę śpiewania partii Don Giovanniego w wieku pięćdziesięciu lat, a nawet jeszcze pod sześćdziesiątkę, uważam za nonsens i głupotę, bo to nie jest wiarygodne. Dla mnie Don Giovanni jest człowiekiem młodym, pełnym energii i żaden mocno dojrzały mężczyzna nie będzie w stanie wyrazić emocji, które Mozart ujął w tym dziele. Don Giovanni jest więc dla mnie przykładem opery, z którą w przyszłości będę musiał się pożegnać; teraz jednak wcielam się w Don Giovanniego zawsze na świeżo, wraz z nową produkcją, nowymi aktorami śpiewakami, czy scenografią. To mnie nieodmiennie wciąga i za każdym razem czuję się „zarażony” Mozartowską postacią kochanka, więc na nowo próbuję odnaleźć cechy, o które mógłbym wzbogacić tego bohatera. Zresztą we wszystkich moich rolach i każdym wyjściu na scenę absolutnie nie ma rutyny, zawsze jest to sto procent, nawet sto dwadzieścia. Zawsze daję tyle, ile mam.

 

Co pana najbardziej pociąga: technika wokalna bel canto, która kładzie nacisk na wirtuozerię, klasyczny śpiew w operach Mozarta, romantyczne frazy na przykład u Czajkowskiego? W jakim repertuarze czuje się pan najlepiej?

Nie zastanawiam się nad tym, czy śpiewam muzykę klasyczną, bel canto, czy werystyczną, tylko – jaka jest rola. Czy ona mi odpowiada, czy lubię ją śpiewać? Najważniejsze dla mnie jest to, jaką partię śpiewam, czy rola jest dla mnie interesująca, czy mam co zagrać. Grę aktorską traktuję równorzędnie ze śpiewem, nie lubię wcielać się w postaci, które są jednobarwne, u których nie zachodzą podczas całej opery zmiany; nie lubię sytuacji, gdy nie mogę przeistoczyć się z dobrego charakteru w zły, bądź na odwrót. Śpiewam Króla Rogera, czyli muzykę XX-wieczną, i śpiewam dzieła Mozarta, czyli twórczość o ponad sto lat wcześniejszą. Staram się nie nastawiać na styl muzyki, ale dobierać role według tego, co mnie najbardziej interesuje i kim chcę być na scenie.

 

W produkcji wyreżyserowanej przez Davida McVicara dla Metropolitan Opera wcielił się pan niedawno w postać księcia Nottingham w operze Gaetana Donizettiego Roberto Devereux. To dzieło angażujące cztery najdoskonalsze głosy, przed którymi kompozytor stawia spore wyzwania. Czy to z kolei rola, która wymagała od pana szczególnej uwagi i przygotowania?

Proces nauki nie odbiega tutaj zbytnio od jakiejkolwiek innej roli. Rozczytuję partyturę, tłumaczę tekst, sprawdzam kontekst. To opera w dużej części oparta na faktach, dlatego trzeba zorientować się w historii. Każda rola wymaga od śpiewaka zastanowienia się, gdzie wziąć dobrze oddech, w którym miejscu można troszeczkę odpuścić, a w którym trzeba mocniej skupić się na tym, jak wykonać arię, duet, frazę. Ta rola była wyjątkowo wymagająca, z niebywale trudną muzyką i partią wokalną, dlatego bardziej niż zwykle skupiłem się na tym, jak poradzić sobie z trudnościami technicznymi. Jak każde bel canto Roberto Devereux jest muzyką łatwą do nauczenia się, dlatego że są to piękne i dość proste melodie, ale trudną do śpiewania, bo wymaga od wykonawcy niesamowitych umiejętności. Wyjątkowo są tu też cztery główne, bardzo trudne wokalnie role – sopran, mezzosopran, tenor i baryton. Ponieważ orkiestra jedynie akompaniuje śpiewakom, mamy wymagające zadanie – cała waga spektaklu spoczywa na naszych głosach.

 

Wraz z tą nową produkcją świętował pan swój dwusetny spektakl na scenie Metropolitan Opera. Czy jest to dla pana wyznacznikiem sukcesu?

Każdy, kto jest bardzo młody bądź świeżo po studiach, wyobraża sobie, że zajdzie daleko. Robienie kariery było dla mnie fascynujące, natomiast nie do końca najtrudniejsze, bo to, co dodaje energii, to sama chęć zaśpiewania w kolejnym teatrze: Metropolitan czy Covent Garden. Gdy już się to osiągnie, przychodzi moment, kiedy trzeba zdać sobie sprawę, że to nie wszystko. Teraz trzeba z roku na rok starać się o to, aby utrzymać swoją pozycję i zostać zaangażowanym ponownie, do kolejnych ról. I to jest bardzo trudne. Dwieście spektakli w Met i osiemnaście różnych ról tam zagranych ma dla mnie duże znaczenie, ale też potwierdza zasadę, że o wiele łatwiej jest coś zdobyć, niż to później utrzymać. Bardzo ważne jest też dla mnie to, że co sezon wracam do Met, Wiednia, Londynu, Paryża, Madrytu, Barcelony czy Opery Krakowskiej, by ponownie zjednać sobie publiczność i udowodnić, że mój talent wart jest zaufania dyrektorów oper. Metropolitan stanowi wyjątek – to teatr, w którym występowałem najczęściej w swoim życiu, bo przez osiemnaście sezonów, a kontrakt mam podpisany na kolejne pięć lat, więc za jakiś czas będę mógł świętować swoje ćwierćwiecze w Metropolitan Opera.

 

Wymienił pan międzynarodowe sceny, na których występuje pan z artystami różnych narodowości. Czy zauważa pan różnice w edukacji muzycznej, technice i stylu pracy, które zależą od kraju pochodzenia?

Kiedy zaczynałem karierę, widać było przepaść i brak przygotowania pod każdym względem nie tylko u śpiewaków polskich, lecz także tych z byłego bloku wschodniego: z Czech, Słowacji, Rosji. Wszyscy mieliśmy piękne głosy, ale nikt z nas nie mówił dobrze w obcych językach, nie miał poprawnej wymowy ani pojęcia o stylu. Gdy przyjechałem do Metropolitan na dwuletnie studium podyplomowe [the Metropolitan Opera’s Lindemann Young Artist Development Program – przyp. A.L.], wydawało mi się, że jestem już tak wspaniały i fantastyczny, że niczego nie muszę się uczyć, a na dobrą sprawę ta prawdziwa nauka dopiero się zaczęła. W tej chwili to się zmienia. Jest łatwiej, bo polscy śpiewacy, tak jak zagraniczni artyści, mają szansę na wyjazdy, udział w międzynarodowych kursach, szkolenie swojego głosu i talentu u najlepszych pedagogów czy pracę z najwybitniejszymi dyrygentami. Mamy więc przygotowanie porównywalne z przygotowaniem śpiewaków z innych krajów. Trzeba jeszcze dodać, że w tej chwili trwa boom na polskich wokalistów. Nie ma aż tylu Włochów, Francuzów czy Niemców w naszym zawodzie na najwyższych miejscach rankingów operowych, ilu jest Polaków. Mamy Piotra Beczałę, Aleksandrę Kurzak, Artura Rucińskiego czy rozpoczynającego swoją karierę młodziutkiego kontratenora Jakuba Józefa Orlińskiego, który właśnie wygrał konkurs Metropolitan Opera. Polacy zaczynają być cenieni w świecie operowym.

Niektórzy artyści włączają się w kulturę popularną – biorą udział w koncertach okolicznościowych i popowych, jak na przykład Super Bowl. Czy panu również składano podobne propozycje?

Kilka razy zdarzyło się, że byłem proszony o wykonanie repertuaru spoza opery, muzyki operowej w połączeniu z popularną lub o występ na imprezie o charakterze stricte rozrywkowym. Jestem bardzo sceptyczny w stosunku do takich koncertów. Śpiewacy, którzy zgadzają się na tego rodzaju występy, zwykle robią to dla pieniędzy. Nie przepadam również za nagrywaniem płyt. Najważniejsze są dla mnie teatr na żywo, scena, śpiew, gra aktorska i kontakt z publicznością, a rozmaite „cyrkowe” sytuacje w rodzaju Super Bowl zupełnie mnie nie pociągają. Staram się stronić od wszelkiego rodzaju koncertów, które nie licują z moim wyobrażeniem o zawodzie śpiewaka operowego.

 

Czy w podobny sposób stawia pan granice, których nie zamierza pan przekroczyć na scenie?

Porozumienie i współpraca z reżyserem oraz śpiewakami na scenie są dla mnie zawsze najważniejsze, bo wówczas jesteśmy w stanie stworzyć dobry spektakl. Dyskutuję z reżyserem tylko wtedy, gdy na przykład ciężko jest mi zaśpiewać frazę na leżąco albo podczas wiszenia na linie. Staram się szukać kompromisu, aby z jednej strony spektakl nie stracił na wartości, a z drugiej strony byśmy my, wykonawcy, czuli się swobodnie. Nie lubię też wulgaryzmów. Jeżeli coś kompletnie nie licuje z formą operową bądź sytuacją odgrywaną na scenie, choćby dlatego, że jest sprzeczne z tekstem, wtedy protestuję. Zdarza się to jednak bardzo rzadko. Mam renomę śpiewaka, który jest odważny i zawsze gotowy poświęcić nawet część swojego zdrowia bądź piękny dźwięk tylko po to, żeby świadomie osiągnąć efekt zamierzony przez reżysera i samego siebie.

 

W nowym sezonie zaśpiewa pan między innymi w Don Carlosie Giuseppe Verdiego w San Francisco Opera i dwóch operach Donizettiego: Faworycie w Bayerische Staaatsoper w Monachium i Don Pasquale. Ten ostatni spektakl wyreżyseruje w Operze Krakowskiej Jerzy Stuhr. Któryś z tych występów zapowiada się dla pana wyjątkowo interesująco?

Każda z ról przynosi inne wyzwania, radość i trudność. Don Carlos, którego już śpiewałem w znakomitej obsadzie w Londynie dwa lata temu, jest powrotem do przepięknej, soczystej, romantycznej muzyki, z czego bardzo się cieszę. Faworyta, którą rozpocznę następny sezon w Monachium, to nowa rola, więc czuję pewnego rodzaju podekscytowanie. W dodatku w obsadzie mam Elinę Garančę i Matthew Polenzaniego, z którymi dopiero co śpiewałem w Roberto Devereux w Metropolitan, więc cieszę się, że będę ze znakomitymi śpiewakami i jednocześnie moimi przyjaciółmi. Współpraca z Jerzym Stuhrem, artystą o ogromnym dorobku, jest dla mnie prawdziwą gratką. Operę Don Pasquale znam zresztą bardzo dobrze, więc mam nadzieję na świetną zabawę.

 

Możemy już zdradzić, na kiedy zaplanowano tę premierę?

To będzie pierwszy tydzień grudnia – dobry, przedświąteczny czas, kiedy można pójść do opery i uśmiechnąć się.

 

Zanim jednak będziemy mogli pana ponownie usłyszeć w Krakowie, zaśpiewa pan podczas koncertu arii i duetów w Narodowym Forum Muzyki we Wrocławiu. Czy udział w koncercie wymaga od pana innego przygotowania niż spektakl?

Forma koncertu jest mi dużo bardziej obca, niż spektakl operowy, dlatego każdy koncert, w którym biorę udział, jest minispektaklem. Jeżeli prezentuję fragmenty oper, muszę to zrobić tak, by publiczność doskonale zrozumiała, jakie są intencje śpiewu i sytuacje, które staram się odegrać. Recital, podczas którego prezentuje się „stojący pan we fraku”, śpiewający i patrzący do przodu w publiczność, zupełnie mnie nie interesuje.

 

Z Simoną Šaturovą miał już pan okazję zaśpiewać podczas koncertu w Pradze w 2013 roku.

Tak, zaśpiewaliśmy zresztą bardzo podobny koncert. Mozart, Rossini i Donizetti to repertuar, który ludzie kochają, a że będzie to lipiec i lato, to taki program w połączeniu ze znakomitą orkiestrą, dyrygentem i sopranistką zagwarantuje naprawdę atrakcyjny wieczór muzyczny. Będzie lekko i wesoło.