Wydanie: MWM 07/2016

Kameralistyka to sztuka kompromisu

Polish Cello Quartet - wywiad
Article_more
Wspólne granie w zespole nie miałoby się prawa udać, gdybyśmy w przypadku różnicy zdań ciągle walczyli o to, kto ma rację. Każda uwaga kolegów po fachu powinna dać do myślenia. Nawet jeśli się z nią w duchu nie zgadzamy, to czasem powinniśmy jakoś to przeżyć i mimo wszystko próbować się dogadać.

Joanna Kołodziejska: Na przełomie lipca i sierpnia do Nysy po raz kolejny przyjadą młodzi muzycy z całego świata. Przyciągnie ich trzecia edycja organizowanej przez was Międzynarodowej Akademii Wiolonczelowej. Dlaczego tak zachęcacie młodych do gry zespołowej?

Krzysztof Karpeta: Chcemy ich zapoznać z piękną i nieco zapomnianą literaturą na wiolonczelowe zespoły kameralne. Przede wszystkim po raz kolejny chcemy udowodnić, że granie w zespole złożonym tylko z wiolonczel daje możliwość lepszego poznania instrumentu, bo uczy pracy z pozornie jednorodnym brzmieniem. W tradycyjnym kwartecie smyczkowym barwa jest również istotna, jednak nie sprawia aż tylu problemów, co w kwartecie wiolonczelowym – tu trzeba trochę głębiej wejść w strukturę zespoły, nauczyć się większej wrażliwości na brzmienie. W przyszłości takie doświadczenia można wykorzystać chociażby w orkiestrze – mnie się to niezwykle przydało.

Wojciech Fudala: Poza tym współpraca młodych ludzi w zespole kameralnym jest niezwykle ważna w kształtowaniu ich osobowości w ogóle. Gdy spotykają się, dajmy na to, czterej muzycy, w sposób naturalny zaczynają uczyć się od siebie i wzajemnie się inspirować. Zupełnie jak my w trakcie naszej pracy.

Adam Krzeszowiec: Nasza Akademia w pewien sposób wymaga też tego, żeby jej uczestnicy choć na chwilę pozbyli się myślenia o rywalizacji między sobą. Nastawianie się na grę solową, konkursy, koncerty, zamykanie się w czterech ścianach i ćwiczenie ogranicza w pewien sposób młodego artystę. Ja nie mówię, że to jest zupełnie złe, ale często młodzi przyjeżdżają do nas i nagle odkrywają, że granie w zespole daje im ogromną satysfakcję. Nieraz większą niż występowanie solo.

Tomasz Daroch: Zresztą kameralistyka jest w muzyce po prostu wszechobecna. Adam wspomniał o grze solo – ona również wymaga pewnych umiejętności, które można wykształcić, pracując w zespole. W końcu to też współpraca, tym razem na linii orkiestra – solista. Każde doświadczenie z muzyką kameralną poszerza horyzonty – otwiera umysł, pomaga zarówno w grze solo, jak i w grze w różnych formacjach.

 

Dzisiaj, w czasach kultury Twittera i Facebooka, zauważamy modę na bycie wyjątkową jednostką, osobowością, gwiazdą. Czy to może przeszkadzać muzyce kameralnej?

A.K.: Absolutnie nie! To często nawet pomaga. Podczas wielu festiwali muzycznych powstają „jednorazowe” zespoły kameralne zrzeszające wielkie osobowości. Zazwyczaj to znakomici soliści, z których każdy ma zupełnie inny temperament i inne podejście do muzyki. Spotykają się, grają jakieś wielkie dzieło i powstaje z tego niezwykła interpretacja! Ale wrażenie z takiego wykonania jest zupełnie inne niż z występu kwartetu, który współpracuje od kilkunastu lat, zajmując się wyłącznie muzyką kameralną. To dwa różne światy i trudno powiedzieć, który z nich jest lepszy.

K.K.: Są dwa bieguny w wykonawstwie muzyki kameralnej. Pierwszy, powiedzmy, „festiwalowy-okazjonalny” i drugi, bliższy nam, oparty na regularnej pracy i poznawaniu swoich umiejętności. Gdy słuchałem Adama, przypomniało mi się od razu słynne nagranie I Kwartetu fortepianowego g-moll op. 25 Brahmsa w wykonaniu Argerich, Kremera, Bashmeta i Maiskiego. Po prostu zjawiskowe postaci, a wykonanie – ogień! Co prawda słychać cztery indywidualności, ale właśnie dzięki temu to nagranie jest tak niesamowite. Jednak jakkolwiek taka osobowość nie byłaby zdolna i fenomenalna, musi być w jakimś stopniu otwarta na to, co grają inni. Czasem zdarza się, że przyjeżdża wielki muzyk i gra po swojemu, a reszta musi za nim podążać. Bywa też tak, że wraca się z koncertu i wspomina się, że z jednym grało się lepiej, a z drugim gorzej, bo po prostu mniej słuchał innych. To się wyczuwa.

W.F.: Pewien świetny muzyk, który przez wiele lat współtworzył kwartet smyczkowy, mówił, że jeśli już zakłada się zespół kameralny, to najważniejsze jest wiano, jakie każdy do niego wnosi. To ważne, bo zespół tworzony przez muzyków dysponujących odpowiednimi umiejętnościami i odznaczających się silnymi osobowościami artystycznymi, którzy jednocześnie chcą i potrafią współpracować, jest niezwykle ciekawy.

T.D.: W tej współpracy niebywale ważny jest dialog. Cieszy mnie, że wśród muzyków coraz częściej pojawia się potrzeba rozwijania dialogu w postaci muzyki kameralnej. Dzięki temu gra w zespole staje się znów popularna.

A.K.: Skoro już mówimy o dialogu, to warto podkreślić, że kameralistyka jest w pewnym sensie sztuką kompromisu. Szczególnie gdy mamy do czynienia z zespołem wiolonczelistów, gdzie każdy jest specjalistą w grze na tym instrumencie. To nie miałoby się prawa udać, gdybyśmy w przypadku różnicy zdań ciągle walczyli o to, kto ma rację. Każda uwaga kolegów po fachu powinna dać do myślenia. Nawet jeśli się z nią w duchu nie zgadzamy, to czasem powinniśmy jakoś to przeżyć i mimo wszystko próbować się dogadać. (śmiech)

Skoro kameralistyka ma tyle zalet, to co się z nią stało, że aktualnie musi przeżywać renesans? Czy nie przeszkodziły jej trochę wspomniane „osobowości”?

A.K.: Myślę, że tak było, szczególnie w drugiej połowie XX wieku. Wówczas świat muzyczny zdominowały wielkie postaci, głównie soliści; wśród wiolonczelistów między innymi Tortelier, Shafran, Starker, no i przede wszystkim Rostropowicz.

T.D.: To były miażdżące osobowości. A jednocześnie zupełna nowość w świecie wiolonczelowym. Dlatego zyskali tak wielką przychylność publiczności. W dzisiejszych czasach takich osób jest znacznie więcej, stąd też trudniej się wyróżnić.

W.F.: Rostropowicz był tym, który wyniósł wiolonczelę na wyżyny jej możliwości, co za tym idzie – wprowadził ją na estrady całego świata. W rzeczywistości dopiero on ugruntował pozycję wiolonczeli jako pełnoprawnego instrumentu solowego. Był jednym z pierwszych wiolonczelistów traktowanych jak gwiazdy.

A.K.: Ja myślę tak: wszyscy lubimy oglądać popisy, czy to sportowców, czy aktorów – dalekie, ale dobre porównanie. To byli prawdziwi celebryci. Ludzie ich kochali. Choć muzyka kameralna nie jest łatwa, to dopiero koncerty solowe z towarzyszeniem orkiestry w pełni dawały słynnym wiolonczelistom pole do popisu wirtuozerskiego, który fascynował słuchaczy. Ale to nie tak, że kameralistyki w tym czasie w ogóle nie było. Dbał o nią chociażby Pablo Casals. Organizował festiwale, podczas których grano kameralną „klasykę” i tworzono zespoły wiolonczelowe. Włącznie z orkiestrą złożoną z kilkudziesięciu instrumentalistów. My staramy się to w pewien sposób kontynuować.

K.K.: Choć tak naprawdę historia ta sięga jeszcze wcześniejszego stulecia. W XIX wieku wirtuozi wiolonczeli bardzo rozwijali technikę i kunszt gry na tym instrumencie. Duża część z nich prowadziła również działalność kompozytorską, w tym okresie powstały pierwsze znaczące utwory przeznaczone na kilka wiolonczel. Dzieła te są mało znane i niezwykle trudne – niekiedy o wiele bardziej wymagające niż te przeznaczone na zespoły mieszane.

A.K.: Te XIX-wieczne utwory na zespoły wiolonczelowe często pisane były w celach pedagogicznych, przez wiolonczelistów i dla wiolonczelistów. Nam się zazwyczaj „utwór pedagogiczny” kojarzy źle – z muzycznie nieciekawymi etiudami, ćwiczeniami. Kompozycje, o których mówimy, to nie fragmenty podręcznika do nauki gry na wiolonczeli, ale wartościowa muzyka kameralna, mogąca być dobrą motywacją do współpracy. Szczególnie że gra w takim zespole jest niezwykle wymagająca. Być może dlatego niewiele osób decyduje się na stworzenie kwartetu wiolonczelowego.

W.F.: Racja, ta twórczość też sprawia pewne problemy. Szczególnie trudna jest intonacja, choć zdawałoby się, że granie „czysto” na pewnym etapie rozwoju muzyka powinno być oczywiste. Jednak gdy mamy kilka tych samych instrumentów, które zawsze nieco różnią się barwą, dużym wyzwaniem staje się poszukiwanie niuansów w brzmieniu.

T.D.: Co nie zniechęca kompozytorów, bo kwartet wiolonczelowy jest „instrumentem” docenianym. Ci, którzy tworzą utwory specjalnie dla nas, często zaznaczają, że taki skład jest bardzo inspirujący. Wiolonczela to wyjątkowy instrument, gdyż zawiera w sobie skalę wszystkich głosów ludzkich. To niezwykle atrakcyjne dla tworzących muzykę.

 

Współpraca, sztuka kompromisu, wzajemna inspiracja – to w telegraficznym skrócie zalety gry zespołowej. A co jeszcze czeka na młodych, którzy wezmą udział w Akademii Wiolonczelowej?

K.K.: Tak się złożyło, że cechuje nas wszystkich duża otwartość – na drugą osobę, na wspólną pracę i różnorodny repertuar. Nie jesteśmy „ortodoksami”, wykonujemy również jazz i muzykę rozrywkową. Nasz zespół nie ma sztywnych barier stylistycznych ani repertuarowych. Chcemy uczyć tej otwartości, a przy okazji przełamać stereotyp, z jakim na co dzień stykają się studenci. Wiadomo, że na drodze kształcenia ktoś jest bliżej, ktoś – dalej, ale przecież w zasadzie robimy to samo: jesteśmy wiolonczelistami. Nasze doświadczenie nie sprawia, że czujemy się lepsi, bo „mamy zespół i zagraliśmy wszystkie kwartety wiolonczelowe świata”. (śmiech) Od tych młodych ludzi można się wiele nauczyć – grając z nimi, rozmawiając. Podczas Akademii jesteśmy dwadzieścia cztery godziny na dobę z nimi i dla nich, starając się tworzyć przeciwwagę dla konkursów i kursów solowych. Nie chodzi o to, żeby zatrzeć szacunek do wykładowcy, ale usunąć sztuczne granice pojawiające się niekiedy między ludźmi. W takich chwilach kształtuje się osobowość muzyczna, wyobraźnia. Niweluje się stres. Przez tydzień pracuje się wspólnie, występuje się wspólnie i jest wspólna odpowiedzialność. Nikt nie musi się samotnie zmagać z repertuarem na estradzie.

A.K.: Pokazujemy też, że założenie takich formacji, jak kwartet wiolonczelowy czy orkiestra wiolonczelowa, która wystąpi 3 sierpnia w NFM, w ogóle jest możliwe, a w dodatku zespoły te fantastycznie brzmią. Często po naszych koncertach zauważam u słuchaczy zainteresowanie. Są zaskoczeni, że można tworzyć tego rodzaju zespoły i jest dla nich repertuar. Często to coś, czego nigdy nie słyszeli.

T.D.: Jeśli już mówimy o orkiestrze wiolonczelowej, to myślę, że główną jej zaletą jest granie bez dyrygenta. Nie kwestionuję jego niezwykle istotnej roli w pracy z zespołem, ale chcę podkreślić, że w tego rodzaju grupie muzyk może się nauczyć słuchać pozostałych jak nigdzie indziej.

K.K.: To doświadczenie jest o tyle ważne, że czasem artystom, którzy wiele lat grają jedynie w orkiestrze, włącza się coś w rodzaju autopilota – tracą zapał, przestają się słuchać i współpracować w ramach swoich grup instrumentów.

W.F.: Tak naprawdę koło się tutaj zamyka. Tym, czego uczy muzyka kameralna, a Akademia Wiolonczelowa przy okazji, jest przede wszystkim współpraca, współpraca muzyczna. To przydaje się instrumentalistom we wszystkim, bo gdziekolwiek się znajdą, będą zawsze musieli współpracować z innymi muzykami.