Wydanie: MWM 07/2016

Czego słuchają dżogingowcy?

Article_more
Ktoś pewnie zapyta – „Dżogingowcy?! A w ogóle jest takie słowo?”. Cóż, może i nie ma. Ale ja tak ich nazywam i jestem gotowa polemizować z każdym, kto chciałby twierdzić, że bieganie oraz dżoging to jedno i to samo. O różnicy stanowi styl – także styl muzyczny. Innymi słowy, biega się jakkolwiek, dżoginguje – á la mode.

Sezon w pełni, toteż okazji do podpatrywania stylu dżogingowego mnóstwo. Odpowiedni strój oczywiście pozostaje nieodzowny, ale ważne jest też stosowne zacięcie, pewien profesjonalny sznyt bijący z całej postaci. Od razu widać, że dżogingowiec, heros naszych czasów, jest gotowy na wszystko (zachwycają mnie szczególnie ci, którzy biegają nawet w największe upały i, by się nie odwodnić, zaopatrują się w przewieszany na skos pas biegowy z arsenałem malutkich baniek z wodą. Gdy dochodzi do tego opaska na czoło, skojarzenie z Rambo jest aż zbyt nachalne. No bo jak tu sobie nie wyobrażać, że delikwent zaraz wyciągnie zawleczkę, ciśnie niebezpieczny ładunek we wroga, a sam, imponująco przekoziołkowawszy po ścieżce, przypadnie do ziemi za najbliższym krzakiem, czekając na huk eksplozji?).

Ponadto – dżogingowiec nigdy się nie poddaje, w końcu sport to zdrowie, bycie na czasie i spora dawka endorfin (przypomina mi się mijany ongiś w parku niemłody pan, który widać przedawkował za jednym zamachem i sport, i wspomniane hormony szczęścia, bo oprócz tego, że twarz miał równie czerwoną jak koszulkę, zaczął wydawać z siebie dźwięki, które nie tyle sugerowały, że jest u kresu sił, ile raczej przekonywały, że właśnie dociera do szczytu! To pewnie z powodu endorfin... A brzmiało to, dodam, podejrzanie kobieco).

Co więcej – typowy dżogingowiec ma odpowiedni sprzęt elektroniczny. Być może podąża za modą na transhumanizm i dlatego właśnie nieco upodabnia się do cyborga (a mnie kusi – czy gdybym jej/jemu wyciągnęła znienacka kabel, to padłaby/padłby bez życia?). Oprócz liczników kilometrów czy też liczników spalonych kalorii, pulsomierzy itp. dostrzec można nieodłączne słuchawki. I tu dochodzimy do sedna nurtującego mnie od dłuższego już czasu tematu. O ile bowiem wcześniej wyłuskane wątki w istocie raczej nadają się na stand-up, a nie na felieton, o tyle pytanie „Czego słuchają dżogingowcy?” to naprawdę ważna kwestia. Bo przecież, nie oszukujmy się, nikt im raczej nie przekazuje poleceń z obcej planety. Chociaż…

Czego można słuchać w takiej sytuacji, by odpowiednimi wrażeniami audialnymi wspierać produkcję sportowych hormonów szczęścia? Wydaje mi się, że naprawdę niewiele rodzajów muzyki współgra z tak rytmiczną aktywnością, jak bieganie, więc przypuszczalnie trzeba by roboczo przyjąć, że na ogół dżogingowcom jest absolutnie obojętne, jaka muzyka rozbrzmiewa w słuchawkach, bo im muzyka – jak wielu znanym z polskich wesel królom parkietu – po prostu nie przeszkadza. I tak robią swoje. A może słuchają jednostajnej ambient music albo muzyki relaksacyjnej? Może oddają się percypowaniu zestandaryzowanej masowej produkcji (zawsze w metrum parzystym, w jednostajnym tempie, bez żadnych zwolnień czy przyspieszeń), skrzętnie usuwając z dżogingowej składanki jakiekolwiek balladki czy pościelówy?

Stale jednak nie daje mi spokoju myśl następująca: czy dałoby się biegać do tzw. muzyki poważnej? Co zrobić chociażby z utworami w metrum trójkowym (skrzyżowanie biegu z walczykiem, czy nawet walcem, tarantellą albo polonezem, toż to niemal Monty-Pythonowska Akademia dziwnych kroków!)? Co z nagłym rubato (czy nogi się nie poplączą…)? Co z przerwami między ogniwami – zatrzymać się? Jak reagować na zmiany temp i nastrojów? Brzmi dziwnie, ale, przyznajmy, ktoś chociażby w miarę muzykalny zapewne mógłby mieć takie problemy. W końcu ciało dąży do zsynchronizowania się z dźwiękiem. Ileż to razy, słysząc w plenerze nazbyt głośną łupaninę, powiedzmy jakieś disco-polo, musiałam naprężać wszystkie mięśnie i musztrować się („Tylko nie idź w rytm! Tylko nie w rytm!”) albo – czując niestety, że już maszeruję w takt – całkiem desperacko przeliczać w myślach („Dwójki na trójki. Ta-ti-ti-ta. Kontestuj, dziewczyno, kontestuj!”).

Jednakże można chyba założyć, że gdyby wypreparować i połączyć szybkie, motoryczne części z dzieł barokowych – byłby to zestaw sprzyjający treningom. Tylko co by na to taki Vivaldi czy inny Leclair powiedział? A może w ogóle nie powinniśmy w ten sposób podchodzić do tematu? Mona Lisa zawędrowała już kiedyś na dno puszki z sardynkami i czy ktoś słyszał, żeby się skarżyła?