Muzyka na Warmii

Energa Varmia Musica
Article_more
Niedobrze, jeśli mniejsze miasta czy biedniejsze regiony są odcięte od występów artystycznych na wysokim poziomie. Przypisujemy wielkich artystów tylko do renomowanych sal koncertowych w dużych miastach. Nadal walczę z tym sposobem myślenia, liczę na to, że jeszcze nie powiedzieliśmy ostatniego słowa, jeśli chodzi o zasięg i rozmach festiwalu Energa Varmia Musica.

Joanna Michalska: Dlaczego zainicjowany przez pana festiwal odbywa się akurat na Warmii, w Lidzbarku?
Marek Niewiedział:
Doskwierało mi, że walory tego miasta i całej Warmii nie są wykorzystywane dla kultury. Zainteresowałem się tą częścią Polski, bo moja żona, Anna Mikołajczyk, pochodzi właśnie z Lidzbarka Warmińskiego. Kiedy dwanaście lat temu organizowałem Letnią Szkołę Muzyki Dawnej (dziś: Energa Varmia Musica), zabytki Lidzbarka – oprócz zamku, który przyciągał turystów – były niezauważane, całe miasto wydawało się zapomniane. Nikt nie wierzył, że kilka koncertów, które chcieliśmy zorganizować, odbędzie się przy pełnej publiczności, a tak się stało. Od pierwszej edycji jasno było widać, że publiczność oczekuje takiego wydarzenia. Oczywiście to też zasługa dobrego marketingu, za co dziękuję moim współpracownikom. Od tamtego czasu miasto diametralnie się zmieniło, wygląda dużo atrakcyjniej, a festiwal wpisał się w nurt zmiany oblicza Lidzbarku, miasto chwali festiwalem.

Lidzbark ma kilkanaście tysięcy mieszkańców – czy organizowanie festiwalu z ambicjami w tak niedużej miejscowości nie jest ryzykowne?
Sukces frekwencyjny pierwszej edycji pokazał potrzebę kontaktu z kulturą wyższą w regionie, który uchodzi za mniej zasobny. Niedobrze, jeśli mniejsze miasta czy biedniejsze regiony są odcięte od występów artystycznych na wysokim poziomie – nie boję się użyć tego sformułowania. Przypisujemy wielkich artystów tylko do renomowanych sal koncertowych w dużych miastach. Nadal walczę z tym sposobem myślenia, liczę na to, że jeszcze nie powiedzieliśmy ostatniego słowa, jeśli chodzi o zasięg i rozmach. Cały czas się rozwijamy, wypracowaliśmy wysoką rangę, mamy wsparcie władz lokalnych i ministerialnych.

Jak artyści reagują na zaproszenie do miejsca, o którym nigdy wcześniej nie słyszeli?
Słynny kornecista, Bruce Dickey, członek zespołu Concerto Palatino, zgodził się przyjechać prawdopodobnie dzięki rekomendacji Marcina Szelesta, wieloletniego wykładowcy i artysty naszego festiwalu. Bruce zagrał wspaniały recital i powiedział: „Kiedy już wiem, jak to wygląda, bardzo chętnie zgodzę się na realizację następnych projektów”. Goście z zagranicy, gdy pierwszy raz dostają zaproszenie i szukają na mapie Lidzbarka, mają rozmaite wyobrażenia na nasz temat. Już zaplanowanie podróży nie jest łatwe – może nowe lotnisko w Szymanach polepszy sytuację? Artyści obawiają się, czy warunki występu będą właściwe. Po festiwalu wszyscy deklarują, że chętnie wrócą. A dzisiejszy Lidzbark jest uroczym, dobrze zorganizowanym miasteczkiem z kilkoma hotelami, Hotelem Krasicki znanym w całym kraju, wspierającym nas zarówno jako baza noclegowa, jak i miejsce koncertów. Zamek w Lidzbarku przeszedł renowację i jest teraz fantastycznie zarządzany – występ w tak pięknym miejscu pozostaje w pamięci artystów na długo.

Do miasteczka, w którym na co dzień nie odbywają się koncerty, pan wprowadza nieoczywisty repertuar – muzykę dawną. Jak bywalcy festiwalu przyjmują program?
Zaskarbiliśmy sobie stałą publiczność, która nie wyobraża sobie lata bez tygodniowego spotkania z muzyką dawną. Na naszym festiwalu muzycy sami zapowiadają, co będą grali – mówią przystępnie o instrumentach, podają ciekawostki, nieznane fakty z życia kompozytorów. Odchodzimy od sztampowych repertuarów, prezentujemy kompozycje mniej znane, tym ważniejszy jest walor edukacyjny. Co roku odbywają się dwa koncerty uczestników warsztatów i z radością obserwuję, że studenci przejmują zwyczaj opowiadania o utworach. Instrumentalista powinien umieć wypowiedzieć się nie tylko poprzez muzykę, ale także powiedzieć parę zdań o sztuce, którą się zajmuje – składnie i ciekawie.

Kto przyjeżdża na warsztaty?
Mówię tak co roku, ale to prawda: przyjeżdżają coraz lepiej przygotowani i coraz bardziej zmotywowani młodzi ludzie. Zdarzają się uczestnicy przygnani przez ciekawość, którzy nigdy nie mieli kontaktu z muzyką dawną – w pierwszych edycjach dominowały takie osoby. Teraz w akademii biorą udział przede wszystkim dobrzy studenci, którzy wiedzą, o co im chodzi. Tymczasem w środowiskach szkolnych i akademickich wciąż pokutuje pogląd, że muzyka dawna jest dla mniej zdolnych artystów.

Czego młodzi uczą się podczas tygodnia warsztatów?
Czasem pracują nad repertuarem, który zaczęli grać w swojej szkole, nierzadko próbują czegoś, czego nie mają szansy zagrać na uczelni, bo jest tam tylko kilka klas muzyki dawnej, a w Lidzbarku mamy zajęcia z wielu instrumentów. Dla młodzieży, która przyjechała dopiero dowiedzieć się, o co chodzi w wykonawstwie historycznym, trzeba otworzyć i szafę z nutami, i okno na świat. Pokazać, że poza oklepanym repertuarem istnieje wręcz nieograniczona liczba utworów zalegających w różnych archiwach, bibliotekach (obecnie dostępnych dzięki internetowi), których granie sprawia muzykowi wielką przyjemność. Tacy studenci w Lidzbarku dostają pierwszy impuls do własnych poszukiwań repertuarowych.

Część warsztatowa festiwalu to indywidualne lekcje?
Nie tylko, są też zajęcia z kameralistyki, z gry w orkiestrze, wykłady na przykład o odkrywaniu mniej znanych utworów. Uczestnicy koncertują indywidualnie, ale także sformowana z nich orkiestra w dzień finału gra koncert – studenci muszą wiedzieć, że od pierwszego dnia przygotowują coś, co będzie wykonane przed publicznością, a nie tylko w sali przed wykładowcą. Postawienie uczestników przed publicznością im samym wydawało się szaleństwem w czasie pierwszych edycji. Teraz przyjeżdża młodzież, która chce się „ogrywać”, oswajać z publicznością. Pełnowymiarowy koncert orkiestry festiwalowej wieńczący festiwal przygotowuje studentów do pracy w zawodowym zespole. Śpiewacy dostają szansę przygotowania arii z orkiestrą, a nie na każdej akademii muzycznej mają taką możliwość. Ambicją festiwalu jest uczenie profesjonalizmu. Jesteśmy zaskoczeni, jak skąpa jest wiedza młodych adeptów sztuki muzycznej na temat zawodowego podejścia do muzyki. Ważne, żeby im uświadamiać, jak bardzo odrealnione są ich wyobrażenia.

Na jakich instrumentach młodzież najchętniej uczy się grać?
Zwykle klasy instrumentów smyczkowych są bardziej oblegane niż dęte. Zbigniew Pilch ma co najmniej kilkanaście osób w klasie skrzypiec i altówki, dlatego pomaga mu dwóch asystentów: Radosław Kamieniarz (skrzypce) i Piotr Chrupek (altówka). Klasa wokalna Anny Mikołajczyk także cieszy się dużą popularnością. Średnio w każdej klasie mamy cztery–siedem osób, więc jest z kogo tworzyć zespoły kameralne, orkiestrę.

Czy przed przyjęciem na warsztaty sprawdza się umiejętności uczestników?
Nie, prosimy tylko o określenie stopnia zaawansowania gry, rodzaju głosu. Czasem przyjeżdżają muzycy amatorzy.

A nad czym pracuje z młodzieżą psycholog, Joanna Żółkiewska?
W zeszłym roku pierwszy raz gościła w Lidzbarku z wykładem i cyklem warsztatów na temat radzenia sobie z tremą. Wiele osób chciało kontynuacji takich zajęć, a pod koniec festiwalu młodzi muzycy zwierzyli się, jak sami próbują sobie poradzić ze stresem. Wszyscy bardziej doświadczeni instrumentaliści byli zaskoczeni – na co dzień większość z nas pracuje w akademiach, szkołach, a nie mieliśmy pojęcia, jak często młodzież sięga po środki uspokajające. W ten sposób nie da się wykonywać zawodu artystycznego przez kilkadziesiąt lat. Dlatego bardzo się cieszę, że współpracujemy z psychologiem, pani Żółkiewska ma wykształcenie muzyczne, więc opiera się na własnych doświadczeniach z czasów szkolnych popisów, egzaminów.

Czy wszystkie festiwalowe wydarzenia są bezpłatne dla publiczności?
Tak. Osoby regularnie przychodzące na nasze koncerty mówią, ze nie stać ich na wyjazd do filharmonii w Olsztynie, a w czasie festiwalu raz w roku dostają sporą dawkę kultury. Kiedyś koncert uczestników wymknął się spod kontroli i trwał trzy godziny – przepraszałem publiczność i dziękowałem za cierpliwość, a słuchacze odpowiedzieli: mamy was tylko raz w roku, wiec chętnie zostaniemy i posłuchamy. Dlatego po latach nie wyobrażam sobie wprowadzenia odpłatności za bilety, natomiast niepokoi mnie podejście różnych władz i przedstawicieli biznesu (nie mówię tu o naszych partnerach z Warmii) do kultury: jeśli się same utrzymają, proszę bardzo, jeśli nie, należy zamknąć teatr i filharmonię. Na dodatek wokół zawodu muzyka narosło wiele nieporozumień, często ludzie myślą, że muzycy grają z pasji za darmo. Zależy mi na uświadamianiu, że muzyka to równocześnie nasza miłość i praca, że porządny instrument kosztuje.

W programie festiwalu uwagę przykuwają podwieczorki muzyczne. Co to takiego?
To koncerty w mniej formalnej atmosferze w Hotelu Krasicki, który ma kilkanaście urokliwych pomieszczeń nadających się na działania artystyczne. Ponieważ wieczorne występy uczestników z roku na rok trwały coraz dłużej, wprowadziliśmy ten nowy cykl koncertowy, żeby wszyscy chętni studenci zdążyli skonfrontować się z publicznością, głównie gośćmi hotelowymi. Pomysł okazał się bardzo trafiony. Jak przystało na podwieczorek, publiczność popija kawę, ale to nie jest granie „do kotleta”. Uczymy młodzież, że takie mniej koturnowe występy to żadna ujma, a publiczności pokazujemy, że muzyka na żywo wymaga skupienia, odpowiedniego zachowania, nawet jeśli nie siedzimy w audytorium sali koncertowej.

W jakich innych ciekawych wnętrzach odbywa się festiwal?
Oczywiście w gotyckim zamku biskupów warmińskich, tam zaczynaliśmy dwanaście lat temu w pięknej kaplicy zamkowej. Z czasem festiwal przeniósł się do okolicznych kościołów, mogących pomieścić więcej słuchaczy. Od ubiegłego roku gramy także w letnim pałacu biskupa Krasickiego należącym do biblioteki miejskiej. Przed remontem obiekt był niemal niezauważalny, teraz prezentuje się świetnie, okazał się idealnym wnętrzem na zorganizowanie dwóch salonów pieśni romantycznych w prawdziwie XIX-wiecznej atmosferze.

Od ubiegłego roku zaprasza pan także pisarzy.
Gościliśmy Andrzeja Pilipiuka, który poprowadził wykład i spotkanie autorskie przyjęte przez publiczność z wielkim zainteresowaniem. Może ktoś przyciągnięty przez literaturę zechce przyjść wieczorem na koncert i zobaczyć, że różne dziedziny sztuki łączą się ze sobą? Tym razem zaprosiliśmy Andrzeja Stasiuka, bo jego literatura wpisuje się w hasło tegorocznej edycji „Alla rustica”.

Folklor będzie motywem przewodnim?
Inspiracje muzyką ludową trwają od wieków do dziś. Określenie „Alla rustica” zaczerpnięto od Vivaldiego, oczywiste są wpływy kultury wiejskiej u Bacha, Beethovena. Telemann, poznawszy muzykę słowiańską, powiedział, że tematów i inspiracji starczy mu już do końca życia. Często nie uświadamiamy sobie, że utwór oparty jest na tańcu lub pieśni ludowej, ale takie kompozycje zwykle bardzo się nam podobają, wzbudzają żywiołowe reakcje.

Jakie przykłady ludowych inspiracji usłyszymy?
Festiwal zamknie Kantata chłopska Bacha wykonana przez wykładowców, gości i uczestników. W programie znalazły się utwory tak odległych chronologicznie kompozytorów jak Mozart, Szymanowski czy Bartók. Podczas kilku wieczorów zabrzmi twórczość Telemanna, który część życia spędził na polskim dworze magnackim i wiele w tym czasie komponował, niestety większość utworów zaginęła. Przetrwał Koncert polski na instrumenty smyczkowe, który usłyszymy w niecodziennej aranżacji. Mam nadzieję, że niespodzianek nie zabraknie. W ubiegłym roku poproszono nas o lekki w charakterze występ w namiocie koncertowym pod Wysoką Bramą – zestawiliśmy muzykę barokową z rozrywkową i podbiliśmy publiczność. Dlatego w tym roku odbędzie się podobny koncert, na który zaprosimy artystów ludowych. Wystąpią wspólnie z wykonawcami muzyki dawnej.

Publiczność ruszy do tańca!
Nie brałem tego pod uwagę, byłoby wspaniale. W charakterze festiwalu w Lidzbarku jest pewien element tymczasowości. Dawniej muzykę komponowano w pośpiechu na konkretne wykonanie, po którym często utwór popadał w zapomnienie, chwilę go komentowano, ale zaraz pojawiała się nowa kompozycja, a za dziesięć lat nowy styl. My myślimy, że Vivaldi, tworząc swoje dzieła, nie chciał, żebyśmy je dziś wykonywali – on i jemu współcześni kompozytorzy w ogóle nie myśleli, że w przyszłości ktoś będzie grał ich muzykę. Ten rys tymczasowości pojawia się w naszym festiwalu, dlatego, jak będzie wyglądał koncert plenerowy, okaże się, gdy zabrzmią pierwsze dźwięki.

Jeśli będzie ciepło, słonecznie, to ludzie nie usiedzą.
Pewnie tak, ale skąd będą wiedzieć, jak tańczyć do takiej muzyki? Ciało samo wyczuje.

.