Wydanie: MWM 07/2016

Prorok

Article_more
W obcowaniu z dziełami sztuki kontekst i kondycja dnia codziennego są chyba najważniejsze. Dyktują odczytanie treści, podpowiadają akceptację przesłania lub jego odrzucenie. Kiedyś a propos Eliasza Felixa Mendelssohna napisałem, że „można potraktować to monumentalne oratorium jako odtrutkę na wszystkich klepiących okrągłymi zdaniami banały na każdy temat”. Minęło parę lat i klepiących ozorem nie ubyło, ale głupota klepanego przesłania (nazywa się to „przekazami dnia”) spotęgowała się niepomiernie.

Eliasz to drugie oratorium Mendelssohna. Dzieło w jakiś sposób zagadkowe, bo to nie prosta „bajka” czy łatwa opowieść osnuta na kanwie starotestamentowych Ksiąg Królewskich. Przez przywołanie czynów proroka kompozytor chciał swoim słuchaczom uświadomić coś znacznie głębszego. Ślad motywacji można odnaleźć w korespondencji z librecistą, Juliusem Schubringiem:

 

„[…] dla mnie jest Eliasz najprawdziwszym prorokiem, jakiego potrzebowalibyśmy choćby i dziś: niezłomny, żarliwy, choć zapewne porywczy, gniewny i groźny, w opozycji do dworskiej hołoty i w opozycji do całego niemal świata, a przecież unoszący się na anielskich jakby skrzydłach…”.

 

Pisał te słowa Mendelssohn w 1838 roku, sześć lat przed wykrystalizowaniem się pomysłów twórczych. Nastąpiło ono zresztą mniej więcej w czasie, gdy komponował Koncert skrzypcowy, w roku 1844, ale upłynęły jeszcze dwa lata, zanim partytura oratorium pochłonęła Mendelssohna na dobre. Wiosną i latem 1846 roku praca potoczyła się już wartko. Powstał utwór, który można by nazwać kwintesencją twórczości autora Symfonii szkockiej. Znaleźć można bowiem w materii Eliasza wszystko, czemu Mendelssohn poświęcał się przez całe życie: wyrazisty, własny język muzyczny (coś na przykład z lekkości Snu nocy letniej pobrzmiewa w Uwerturze), uwielbienie dla przeszłości, hołd dla dawnych mistrzów – Bacha i Händla. Z jednej strony są w nim cuda (aluzja do baśniowości), a z drugiej – solidny kontrapunkt. Co najmniej kilka epizodów oratorium godnych jest uwagi i zapamiętania: wskrzeszenie przez Eliasza syna biednej wdowy, konfrontacja bohatera z Prorokami Baala, zupełnie teatralnie odmalowane zjawiska natury: burza, szum morza, ogień czy trzęsienie ziemi. Podziwiać można w oratorium operowanie orkiestrą (barwną i nigdy nie przytłaczającą), inwencję melodyczną Mendelssohna (zawsze z tego słynął), elegancję i wyrafinowaną prostotę harmoniczną. Jednak nade wszystko na wielki szacunek zasługują partie chóralne. Chór, który uosabia lud Izraela, to – jak wyraził się biograf kompozytora, Karl-Heinz Köhler – ważna „dramatis persona”, stająca się „na zmianę – jak w oratoriach Händla – zwolennikiem lub antagonistą głównego bohatera”. Kunszt, z jakim ukształtował Mendelssohn partie chóralne w Eliaszu, wytrzymuje porównanie chyba tylko z dokonaniami autora Mesjasza czy oratoriami Haydna. 

Prawykonanie Eliasza 26 sierpnia 1846 roku w Birmingham było sukcesem niezwykłym. Marzy o takim pewnie każdy kompozytor. W liście do brata, Pawła, Mendelssohn opisał wykonanie i reakcję publiczności:

 

„Z żadnym jeszcze pierwszym wykonaniem mojego utworu nie poszło mi tak znakomicie i żaden z nich nie został przez muzyków i słuchaczy przyjęty z takim entuzjazmem, jak to oratorium. Już na pierwszej próbie w Londynie widać było, że podoba się, że grają je i śpiewają chętnie. Ale że na koncercie wykonane będzie z takim zapałem i rozmachem, to przyznam, sam się nie spodziewałem. Jaka szkoda, że nie byłeś przy tym! Przez półtrzecia godziny, tyle trwał utwór, cała ogromna sala z dwoma tysiącami widzów, wielka orkiestra i wszystko tak było skoncentrowane na tym, co się dzieje, że nie dochodził z widowni najlżejszy szmer, ja zaś mogłem robić ze świetną orkiestrą, co tylko chciałem… Szczególnie wtedy, kiedy nadeszły deszczowe chmury, kiedy jak opętani grali i śpiewali chór końcowy i kiedy po skończeniu pierwszej części musieliśmy cały fragment bisować. Bisowaliśmy aż cztery chóry i arie, a w całej pierwszej części nie było ani jednego potknięcia”.

 

Wieści o triumfie lotem błyskawicy obiegły Europę. Eliasz po autorskich korektach został wydany drukiem w lipcu 1847 roku u Simrocka. Był to ostatni utwór opublikowany za życia Mendelssohna. Kompozytor, rozczarowany ówczesną przestrzenią publiczną, podsuwa swoim słuchaczom wzorzec osobowy – proroka, kogoś nieskazitelnego etycznie, choć niestroniącego od ostrości czynów czy sądów. Przytoczony powyżej fragment korespondencji z Schubringiem oczywiście nie stracił na aktualności. Tyle tylko, że z perspektywy roku 2016 marzenia o idealnym przywódcy należy chyba włożyć między bajki. Wiemy, jak się kończyły przez cały długi i krwawy XX wiek. Mendelssohn nie wiedział. Nie czytał także Ciorana, który na temat proroków – oględnie mówiąc – najlepszego zdania nie miał, chociaż uznał, że „prorok drzemiący w każdym z nas jest zalążkiem szaleństwa, które pozwala nam jakoś radzić sobie w otaczającej nas pustce”. Więc może dzisiaj, gdy pada zbyt wiele słów, spróbujmy się (na chwilę) oszukać i odnajdźmy w oratorium Mendelssohna coś dla pięknoduchów. Estetyczna strona życia nie jest aż tak mało znacząca, skoro – to jeszcze raz z mądrego Ciorana – „rozwiązania dotyczące egzystencji są równie liczne jak czcze i bezwartościowe”.