Wydanie: MWM 07/2016

Kłopoty z różnorodnością

Article_more
Jak oceniać zjawiska muzyki współczesnej? To pytanie, chcąc nie chcąc, zadają sobie nie tylko krytycy. Największa nawet otwartość na świat nie znosi potrzeby odnoszenia osobistych opinii do jakiegoś porządku. Dlatego po koncertach czasem ktoś pyta: „To mi się nie podobało – dlaczego twierdzisz, że to było dobre, skoro kompletnie niepodobne do innych dobrych dzieł?”. Pytający próbuje zatem jakoś się określić, może trochę zdystansować od własnych emocji. Odpowiedź na jego pytanie nie zawsze uznawana jest za przekonującą. Dlaczego tak trudno oceniać sztukę współczesną?

Od dawna zdajemy sobie sprawę, że różnorodność rzeczywistości, a nawet tak niewielkiego jej wycinka, jakim jest muzyka tworzona teraz, dawno wymknęła się jednorodnemu opisowi. Przyczyną tej sytuacji nie jest jakiś rozbuchany permisywizm współczesnej kultury czy zerwanie z tradycyjną aksjologią, ale rozwój nauk humanistycznych i coraz powszechniejszy dostęp do wiedzy. Im głębiej zastanawiamy się nad współistnieniem rozmaitych systemów, na przykład muzyki ludowej, klasycznej i popularnej, tym bardziej staje się oczywiste, że nie da się ich oceniać tą samą miarą. W pewnym momencie uświadomiliśmy sobie, że nie sposób uzgodnić spójnej definicji muzyki. Są przecież kultury, które sztukę dźwięku uprawiają, ale różne jej przejawy porządkują odmiennie. My powiedzielibyśmy, że muzyka tam jest, i to całkiem bogata, ale nikt wychowany w tamtej kulturze, będąc przy zdrowych zmysłach, nie dostrzega wspólnego mianownika dla śpiewania historycznych eposów i przygrywania do tańca. Z naszej europejskiej perspektywy związek zdaje się oczywisty.

 

Wróćmy do muzyki współczesnej – takiej, jaką znamy z koncertów i festiwali. Jeśli zgodzimy się, że interaktywną instalację site specific (zatem przygotowaną dla jednego, konkretnego miejsca, reagującą na zachowania odbiorców lub zmiany w otoczeniu) i utwór kameralny Krzysztofa Pendereckiego można nazywać tym wspólnym mianem – jak porównywać ich jakość? Penderecki wypisuje nuty, składa je w partyturę, używa harmonii dwunastotonowej z neotonalnym, miejscami wręcz późnoromantycznym odcieniem. Możemy o jego kompozycji powiedzieć, że jest dziełem, bo ma swoistą, możliwą do reprodukowania, postać. Podlega ona na przykład ocenie pod kątem warsztatu. Słuchamy, porusza nas to, zachwyca – mówimy więc: Penderecki jest świetnym kompozytorem, doskonale pisze. Tymczasem interaktywna instalacja site specific dziełem może być, ale czyim? Kompozytora? Architekta, który zaprojektował budynek? A może przyrody, jeśli instalacja jest na przykład ustawiona w parku czy na ulicy? Uznać da się, że kompozytor jest autorem konceptu, zestawu warunków, projektu możliwego do realizacji na różne sposoby. Czy dopuszczalne jest tutaj mówienie o kompozytorskim warsztacie w tym samym znaczeniu, co u Pendereckiego? Nie byłoby o czym. Jeśli muzyczne istnienie danego dzieła zależne jest od działań odbiorców, założyć możemy, że ocena warsztatu kompozytorskiego byłaby negatywna albo nieosiągalna.

Jest jednak pomysł, którego oryginalność możemy jakoś zweryfikować i ocenić. Sprawdzamy, czy twórca osiągnął coś, co wcześniej nikomu się nie udało. Kryterium nowości rzadko bywa jedynym decydującym, ale stosowane jest regularnie. W tej kategorii jednak wybitny sekstet Pendereckiego poległby z kretesem. Jest przecież jako forma znany od stuleci, użyte w nim harmonie czy figury wykonawcze pochodzą z dobrze nam znanego rekwizytorium. Wracając do instalacji: dalej oceniać możemy sposób wpisania jej w przestrzeń, wykorzystane technologie, wreszcie – perswazyjność przekazu (na przykład to, w jaki sposób dźwięki instalacji modyfikują kontekst otoczenia albo jak wpływają na odbiorcę). Tym niemniej, jeśli nawet te kategorie uznamy za część warsztatu kompozytorskiego, niczego nam to nie ułatwi, bo w obliczu sekstetu Pendereckiego nadal mówić będziemy o rzeczach zbyt różnych od siebie.

 

Skoro wiemy już, że nie sposób zignorować różnicy między sekstetem i instalacją, między sposobami istnienia i funkcjami obu tych dzieł, próbujemy tworzyć spójne podkategorie. Sekstet do szufladki z napisem „współczesna muzyka partyturowa”, instalacja do worka z kompozycjami „z pogranicza sztuk wizualnych”. To jednak nadal niczego nie zmienia! Nawet jeśli uznamy, że sekstet jest dobrym sekstetem, a instalacja dobrą instalacją – co taki wniosek mówi nam o świecie? To zależy od tego, jaką funkcję przypiszemy muzyce. Ma nam być przyjemnie? Mamy doznać wzniosłości? Mamy utwierdzić się w swoich przekonaniach?

 

Niektórzy twórcy sugerują, że sztuka jest debatą, w której słychać różne głosy. Inni nie precyzują tak swoich założeń. Tworzy się, bo ma się taką potrzebę – nawet jeśli ktoś za to płaci. Co z tym efektem zrobimy my, odbiorcy sztuki, to głównie od nas zależy. Sztuka zaś stawia nam pytanie: na ile możliwy jest spójny system wartości? Czy takie systemy mają dziś sens?