Co słychać we Wrocławiu?

Article_more
Pianista dostawał nylony za zagranie szkockiej piosenki ludowej, inżynier wisiał na maszcie radiowym jak tarcza strzelnicza, a dziennikarzom atrament w kałamarzach zamarzał. Siedemdziesiąt lat temu Radio Wrocław rozpoczęło nadawanie.

 Na początku było Schlesische Funkstunde AG – historia breslauerskiego radia zaczęła się 4 kwietnia 1924 roku, kiedy zawiązało się siódme na terenie Niemiec towarzystwo radiowe. Dziesięć lat później zostało włączone do Towarzystwa Radiowego Rzeszy, podlegającego Ministerstwu Oświecenia Publicznego i Propagandy. Wprawdzie Hans Bredow, ojciec radia niemieckiego, twierdził, że „kto upolitycznia niemieckie radio, sprzeciwia się jego duchowi”, jednak budowniczowie III Rzeszy pilnowali, żeby każde słowo, które szło w eter, miało polityczną moc.

 

„Bez samochodów, filmów dźwiękowych i radia nie byłoby zwycięstwa narodowego socjalizmu”, twierdził Hitler, który tylko w pierwszym roku sprawowania urzędu wystąpił przed mikrofonem co najmniej pięćdziesiąt razy. Jego głos mógł się wtedy wydobyć z czterech i pół miliona odbiorników, w 1942 roku ich liczba zwiększyła się do szesnastu milionów. Wśród ich posiadaczy byli również breslauerzy.

 

Po wojnie zniszczoną rozgłośnię radiową próbowano jak najszybciej odbudować. Inżynier Bolesław Urbański, który jesienią 1945 roku szukał na Dolnym Śląsku lamp do nadajnika radiowego w Gliwicach i wstąpił do budynku wrocławskiej rozgłośni, zobaczył, że „wszędzie walały się taśmy magnetofonowe, piszczałki z organów, połamane meble”.

 

Szpieg na wieży, Lwów na dziko
Pierwszą próbną audycję z Wrocławia nadano w lipcu 1946 roku przez nadajnik w Gliwicach. Z dużymi problemami, bo gdy już wszystko było gotowe do nadawania, żołnierze sowieccy zdetonowali miny w budynku sąsiadującym z rozgłośnią i wyleciały wszystkie szyby. W tym samym czasie gliwicka firma skończyła odbudowę drewnianej konstrukcji 140-metrowego masztu radiostacji w podwrocławskiej Żórawinie (nadajnik został wywieziony przez Sowietów). Inżynier Urbański wspominał, że aby skontrolować stan anteny, musiał wspiąć się na samą górę po drabinie uszkodzonej pociskami. Gdy zdobył wreszcie szczyt, zobaczył na dole grupę ludzi, którzy coś krzyczeli. Okazało się, że na teren radiostacji pośpieszył patrol sowiecki i chciał zestrzelić „szpiega” siedzącego na wieży.

 

Oficjalne otwarcie trwało trzy dni – 18, 27 i 29 września słuchacze usłyszeli między innymi wrocławskich filharmoników grających pod batutą Stefana Syryłły „muzykę słowiańską” oraz Koncert fortepianowy c-moll Rachmaninowa w wykonaniu Piotra Łoboza, cenionego pianisty, który z wrocławskim radiem związał się na dwadzieścia lat. Sygnałem radiowym został motyw patriotycznej piosenki z Górnego Śląska: „Tam od Odry, tam od Warty / Biją głosy w świat otwarty. / Biją głosy, ziemia jęczy / Prusak śląskie dzieci męczy”. Na szczęście męka się wkrótce skończyła, bo uznano, że lepiej jednak nadawać marsz 1. Korpusu „Spoza gór i rzek”.

 

Notabene, muzyczne wybory były równie ryzykowne jak polityczne. Przed oficjalnym uruchomieniem rozgłośni nadawano próbne audycje techniczne, w które dział programowy nie ingerował. Inżynier Józef Busek, wówczas zastępca kierownika budowy, wspominał, że technicy postanowili puścić płytę z piosenkami lwowskimi. W eter popłynęły słowa „Nie ma jak Lwów”, a następnego dnia Urząd Bezpieczeństwa wezwał na dywanik dyrektora Radia Wrocław.

 

Był nim Juliusz Petry, wcześniej dyrektor Polskiego Radia Wilno i Radia Lwów. Tadeusz Banaś, jeden z pierwszych dziennikarzy radiowych rozgłośni wrocławskiej, współpracował z nim jeszcze w lwowskich czasach i bardzo go chwalił. Petry kazał mu na początek napisać kawałek… powieści, bo zamówiony fragment książki Aleksandra Majkowskiego nie nadszedł. Opłaciło się, Banaś dostał kopertę z 35 złotymi i uprzejmą radą: „Tylko się nie upij, krasy byku”, a także przekonał się, że w radiu nie ma rzeczy niemożliwych, co mu się na dzikim, wrocławskim zachodzie przydało. Tym bardziej, że został zastępcą Petrego do spraw audycji literackich.

 

Grasz, śpiewasz i masz nylony
Zaraz po uruchomieniu rozgłośni nadawano czterdzieści pięć minut programu, pod koniec 1946 roku dwukrotnie ten czas wydłużono. Banaś wspominał, że chcąc silniej związać słuchaczy z radiem, wprowadzono koncert życzeń. Audycja z miejsca zdobyła powodzenie, tym bardziej, że za życzenia nie trzeba było płacić. Listy z prośbą o ulubione melodie przesyłali nawet Polacy z zagranicy i zdarzyło się, że jakiś rodak z Wielkiej Brytanii poprosił o szkocką piosenkę ludową, dedykowaną jego gospodarzom. Nikomu nie przyszło do głowy odmówić. Celina Nahlik, prywatnie dyrektorowa Petrowa, oficjalnie śpiewaczka operowa, zdobyła nuty i tydzień później śpiewała na antenie zamówiony utwór z akompaniamentem Piotra Łoboza. Wdzięczny rodak przysłał łapóweczkę, trzy pary nylonów, które sprawiedliwie rozlosowano. Jedną parę wygrał profesor Łoboz, o czym po latach wspominał Tadeusz Banaś.

 

Słuchacze pisali do radiowców, że najlepiej słyszą ich wieczorem, a ponieważ stacje centralne kończyły program o północy, więc Wrocław postanowił wykorzystać tę ciszę w eterze. Bieda była jedynie z wykonawcami, bo nikt nie chciał ryzykować nocnego powrotu do domu. O zmroku zaczynała obowiązywać „godzina odzieżowa”, kto na nią trafił, zostawał w bieliźnie. „Stajemy więc przed mikrofonami sami, gramy, śpiewamy, tańczymy nawet. Wszystkie audycje idą na żywo, gdyż radiofonia nasza nie korzystała jeszcze z zapisu magnetofonowego – wspominał redaktor Banaś. – Niestrudzony Piotr Łoboz akompaniuje, preludiuje, wiąże, ilustruje, gra. Gra w nieopalanych studiach. Centralne ogrzewanie jest w proszku, a zima sroga. W kałamarzach zamarza atrament”.

 

Już od stycznia 1949 roku zaczął występować Chór Rozgłośni Wrocławskiej, którego twórcą był wybitny organista Władysław Oćwieja (po jego śmierci chórem kierował Edmund Kajdasz). „Do Wrocławia przyjechałem w obłędzie szalonego zakochania się za istotą, która tu właśnie się przeniosła; zresztą to szaleństwo zakończyło się małżeństwem”, wspominał Kajdasz. Był sierpień 1946 roku, dwudziestodwuletni Edmund zatrudnił się w chórze operowym i dodatkowo dostał pracę w redakcji muzycznej radia, a pięć lat później stanął na czele radiowego chóru. „Od razu rozszerzyłem program ludowy o muzykę staropolską XVI i XVII wieku. Akurat rozpoczynał się w tym czasie wielki proces odkryć nowych dzieł, prowadzony przez ks. prof. Hieronima Feichta i jego gromady młodych wówczas muzykologów. [...] Rzuciłem się na to z zachłannością i ponagrywałem wszystko, co tylko wtedy było osiągalne z wydawanych lub jeszcze nie wydawanych rękopisów”, wspominał Edmund Kajdasz.

 

Lekko z tym chórem nie miał, bo śpiewacy byli młodzi, chcieli ojczyźnie nowych obywateli dać, a potomstwo – wiadomo, kradnie czas przeznaczony na sztukę. Pewnego razu zdesperowany Kajdasz poskarżył się dyrektorowi Banasiowi, że osiem chórzystek jest w ciąży. I usłyszał: „Panie Edmundzie, zapewniam pana, że to nie moja wina”.

 „To była wspaniała praca, a trzeba powiedzieć, że śpiewak radiowy, zarówno chórzysta, jak i dyrygent, musi być obdarzony niezwykłym przeczuleniem, nie powiem wyczuleniem, ale przeczuleniem, na najmniejsze usterki, których mikrofon nie przepuści. Ucho słuchacza siedzącego w normalnej sali koncertowej może przepuścić, [...] natomiast chór radiowy musi być cały czas świadomy, że w każdej sekundzie znajduje się pod nieustanną kontrolą dźwięku”, wspominał Edmund Kajdasz. Podczas swojej ponadczterdziestoletniej działalności artystycznej chór nagrał około czternastu tysięcy utworów a cappella i z towarzyszeniem instrumentalnym, wystąpił około dwóch tysięcy razy na antenie ogólnopolskiej i lokalnej Polskiego Radia i około stu razy na antenie TVP.

 

Tu mówi Bierut
W archiwum Radia Wrocław zachowały się siedemdziesiąt cztery tysiące taśm, piętnaście tysięcy godzin nagrań. I wszystko jest na wyciągnięcie ręki, w internecie, zdigitalizowane za unijne pieniądze. Pierwszych audycji nie ma w archiwum – radio zaczęło gromadzić zbiory dopiero na początku lat pięćdziesiątych, wszystkie starsze taśmy to efekt poszukiwań radiowych archeologów – ale za to można posłuchać przemówienia prezydenta Bolesława Bieruta na otwarcie nowej wrocławskiej radiostacji w listopadzie 1947 roku. Bardzo oficjalnego, zapowiadającego przy okazji Zjazd Literatów Polskich we Wrocławiu.

 

Z tej okazji w dużym studiu, już z nowym dachem, odbył się koncert orkiestry Polskiego Radia pod batutą Grzegorza Fitelberga, solistką była Eugenia Umińska. Kwiaty Umińskiej miał wręczyć spiker Witold Grabiański, a dyrygentowi – inspektorka audycji. Ale Umińska wyciągnęła ręce do inspektorki, a ta straciła głowę i wręczyła jej bukiet. Spiker pogubił się do reszty i też rzucił się ze swoim wiechciem do solistki, więc Fitelberg został z gołymi rękami i złym humorem, więc Banaś musiał wspiąć się na wyżyny dyplomacji, żeby mistrza udobruchać.

 

Maestro był już wcześniej w rozgłośni wrocławskiej, przyjechał w czasie upałów, zobaczył ekipę techniczną w strojach mało formalnych i stwierdził w zadumie: „Piękna rozgłośnia, a wszyscy tacy młodzi. Ba, jeszcze chodzą w krótkich spodenkach!”.

 

Korbką nakręcisz, śrubką naciśniesz
„Wyobrażam sobie tę zabawną chwilę, gdy jakiś ananas korbą nakręci, śrubkę naciśnie i jakaś trąba, zamiast mnie, gadać zacznie. Ciekawe! Chciałbym widzieć wtedy zebrane dzieci, do których trąba ludzkim głosem gada. A gdy pomyślę, że wśród tych dzieci nagle znaleźć się mogą moje własne, które na pewno pomyślą, że tatuś z nimi gdzieś za trąbą w chowanego się bawi, pusty śmiech mnie bierze, że ten biedny mój głos, ode mnie oddzielony, przestał nagle być moją własnością i należy już nie wiem do kogo, nie wiem do czego: do trąby czy do jakiegoś akcyjnego towarzystwa”, zastanawiał się Józef Piłsudski. Nie trzeba korbką kręcić ani śrubki naciskać, wystarczy wejść na stronę tu.prw.pl, zalogować się i już można słuchać. Nie tylko wileńskiego akcentu marszałka, ale także sprawdzić, czy Maria Dąbrowska miała głos uwodzicielski, na miarę jej bujnego temperamentu, a Władysław Sikorski faktycznie odziedziczył po ojcu organiście miły tembr.

 

Najstarsze nagrania pochodzą z lat dwudziestych, zostały zrobione w rozgłośni wileńskiej i lwowskiej. Z Breslau też zachowały się taśmy, choć tylko trzynaście sztuk. Zarejestrowano na nich między innymi przemówienia Hitlera w czasie wojny, wystąpienie gauleitera Karla Hankego, człowieka odpowiedzialnego za śmierć dziewięćdziesięciu tysięcy cywilów, którzy w styczniu 1945 roku musieli opuścić Festung Breslau, i lekarza relacjonującego odkrycie grobów polskich oficerów w Katyniu.

 

Politycy mają głos
Fascynującym zbiorem archiwalnych nagrań są opowieści politycznych architektów powojennego Wrocławia. Gdy pierwszy prezydent miasta, Bolesław Drobner, deklaruje przed radiowym sitkiem: „Nie wiem, czy Pan Bóg tak się cieszył, jak tworzył świat, jak my, którzyśmy tworzyli tę nową Polskę nad Odrą i Nysą”, słychać w jego głosie entuzjazm.

 

Gdyby ktoś miał wątpliwości co do znaczenia budowy Polski nad Odrą i Nysą, powinien posłuchać kilku przemówień Władysława Gomułki. Minister Ziem Odzyskanych czuł się prawym potomkiem Mieszka i Chrobrego, co podnosiło temperaturę jego przemówień. Dowiemy się, że „w rezultacie klęski wojennej Niemiec powróciły te ziemie do swej Macierzy, do Polski. Powróciła Polska na swoją piastowską ojcowiznę, powróciła do swych starych grodów, Wrocławia, Opola, Szczecina, Olsztyna. Objęła na zawsze w swoje posiadania prastare posiadłości po Odrę, Nysę Łużycką i nad Bałtykiem”.

 

Profesor Stanisław Kulczyński, pierwszy rektor Politechniki Wrocławskiej i Uniwersytetu Wrocławskiego, organizator życia akademickiego we Wrocławiu, też odwoływał się do przeszłości, ale znacznie młodszej. Według jego wersji nowa Polska zaczęła się 7 maja, wraz z „wyzwoleniem Wrocławia”. Wprawdzie mieszkańcy Festung Breslau nie czuli się wyzwalani, ale raczej oblężeni, a „wyzwoliciele” podpisali stosowne dokumenty 6 maja, lecz to drobiazg wobec przyjemności posłuchania głosu byłego rektora Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Notabene botanika, więc historię mógł traktować z większym luzem.

 

Z kolei na tych, którzy chcą uczcić dwudziestopięciolecie wolnej Polski, czekają obszerne zbiory z przełomu lat 1980–1981. Strajki, zamieszki, uliczne demonstracje, interwencje milicyjne w wersji dźwiękowej brzmią zaskakująco. Nic, tylko słuchać, a nawet podsłuchiwać.

 

Komu bije serce
Nie tylko słowa mogą być cennym źródłem historycznym. Czasem wystarczy zarejestrowanie kilku dźwięków, na przykład wrzasków czworaczków. Przyszły na świat 25 października 1954 roku – tak przynajmniej twierdził reporter radiowy – i darły się wystarczająco entuzjastycznie, żeby można było ich głosiki zaprezentować słuchaczom (dziennikarze prasowi musieli poprzestać na pisaniu słodkich kawałków o „czarnych oczkach”). Cóż to była za historia, nie dość, że czworaczki, to jeszcze sami chłopcy. „Wrocław pokazał, że nawet w rodzeniu czworaczków nie jest schematyczny”, entuzjazmował się reporter.

 

Ale nie tylko kwilenie noworodków odsłuchacie w archiwum radiowym. Większym zaskoczeniem może być głos pracującego serca. Nie byle jakiego (mam przynajmniej nadzieję!), ale tego, które operował profesor Wiktor Bross, twórca szkoły wrocławskich chirurgów, przez kilkanaście powojennych lat cieszącej się sławą jednej z najlepszych w Polsce. W 1958 roku wykonał pierwszy zabieg na bijącym sercu. Pacjentem był piętnastoletni chłopiec z ubytkiem w przegrodzie międzyprzedsionkowej. Operacja się udała, głos serca popłynął w świat. Takie rzeczy tylko w radio.