Wydanie: MWM 07/2016

Gram prawie wszystko

Mark Feldman - wywiad
Article_more
Jeżeli gra się muzykę rozrywkową, to nie jest się kreatywnym twórcą, tylko dawcą konkretnego brzmienia, melodii. Im bliżej będzie się tego, czego oczekują odbiorcy, tym lepiej będzie się imitowało nagranie płytowe, tym bardziej zadowoleni będą zleceniodawcy. Zatem to dziecinnie proste, wystarczy posłuchać nagrania, zapisać wszystkie jego charakterystyczne elementy i gotowe!

Andrzej C. Zieliński: Czy liczył pan kiedyś na ilu płytach pojawia się pana nazwisko?

Mark Feldman: Nigdy nie sprawdzałem tego dokładnie, ale myślę, że jest ich ponad dwieście. Oczywiście większość z nich nagrałem jako muzyk sesyjny, tak zarabiałem na życie.

 

Te wszystkie płyty nagrał pan z artystami reprezentującymi najróżniejsze gatunki muzyczne. A co pan gra dla siebie? Wtedy, gdy nikt nie słucha.

Dla siebie gram tylko skale i pasaże. (śmiech)

 

Nic dla przyjemności?!

Ćwiczenie to przyjemność! Lubię ćwiczyć, uspokaja mnie to.

 

Często pan ćwiczy? W jednym z wywiadów wspomniał pan, że czasem, gdy słucha pan dawnych płyt, nie może pan dojść do tego, jak udało się panu osiągnąć tak wysoki poziom gry…

Ćwiczę prawie codziennie. A co do nagrań, to dość często zdarza mi się zadziwić samym sobą. Słuchając siebie sprzed lat, zadaję sobie pytanie: „Jak ja to do cholery zagrałem?”. Niektóre z tych płyt są bardzo stare, ja też się zestarzałem. Wiele z nich zostało wydanych w czasach, gdy podstawowym nośnikiem była płyta winylowa. To było dawno temu, pan chyba się nie załapał? (śmiech)

 

Niestety, pamiętam tylko kasety…

No właśnie, jeszcze niedawno były kasety! Życie szybko mija, gdy dziś sięgam po swoje dawne nagrania, bywa, że jestem bardzo zaskoczony!

 

Ja byłem zaskoczony, gdy przeczytałem, że po tylu latach spędzonych z muzyką country, nie czuje się pan częścią tej tradycji.

Nie jestem muzykiem country. Owszem w latach osiemdziesiątych przez blisko sześć lat mieszkałem i grałem w Nashville w stanie Tennessee, ale byłem wtedy muzykiem sesyjnym. Nagrałem tam wiele płyt z mistrzami country, takimi jak George Jones, Willie Nelson czy Johnny Cash, ale przecież byłem tam tylko jednym z wielu skrzypków. W pewnym momencie na chwilę przerzuciłem się na styl gry zwany „fiddling”. To był czas, kiedy koncertowałem z Lorettą Lynn i Rayem Price’em, ale i w tym przypadku byłem tylko drugim skrzypkiem. Mogę kopiować sposób gry muzyków country, ale nigdy nie będę tak autentyczny, jak oni, nigdy nie będę skrzypkiem country z krwi i kości.

 

Kiedyś powiedział pan, że może pan zagrać dosłownie wszystko, pod warunkiem, że dostanie pan nagranie z muzycznym wzorcem dwanaście godzin przed koncertem.

Tak, właśnie dlatego tak dobrze sprawdzałem się jako muzyk sesyjny. Jeżeli gra się muzykę rozrywkową, to nie jest się kreatywnym twórcą, tylko dawcą konkretnego brzmienia, melodii. Im bliżej będzie się tego, czego oczekują odbiorcy, tym lepiej będzie się imitowało nagranie płytowe, tym bardziej zadowoleni będą zleceniodawcy. Zatem to dziecinnie proste, wystarczy posłuchać nagrania, zapisać wszystkie jego charakterystyczne elementy i gotowe! Niekiedy, gdy miałem bardzo mało czasu na przygotowanie materiału, kładłem zapisaną wielkimi literami kartkę ze wskazówkami na estradzie i grałem z niej cały koncert.

 

Nie obawiał się pan nigdy, że zostanie panu przypisana etykietka muzyka, który gra wszystko?

Jeżeli ktoś tak sobie pomyśli, to nic w tym złego, mam sporo dystansu do tego, co robię. Poza tym nie jestem przecież w stanie zagrać wszystkiego! Na pewno nie czuję się mocny w irlandzkiej czy polskiej muzyce ludowej chociaż… pamiętam, że kiedyś znałem kilka polskich mazurków. Zapewne nie podołałbym również wirtuozowskim kaprysom Paganiniego. (śmiech)

 

A gra pan czasem klasykę?

Nie gram muzyki Beethovena czy Bacha. Interesuje mnie teraźniejszość, wykonuję zatem muzykę współczesną, często pisaną specjalnie dla mnie. Dokonałem nawet prawykonań kilku utworów. Komponowali dla mnie między innymi John Zorn, Anthony Davis czy Guus Janssen.  

Często koncertuje pan ze swoją żoną, szwajcarską pianistką Sylvie Courvoisier. Zaintrygowało mnie, że większość utworów, które wykonujecie wspólnie, to kompozycje stworzone osobno, albo przez pana, albo przez Sylvie – nie są to wasze wspólne dzieła. Komponowanie jest zatem czynnością, którą traktujecie indywidualnie?

W dziewięćdziesięciu pięciu procentach pracujemy nad nowymi rzeczami oddzielnie, czasami jedno z nas sugeruje, podpowiada coś drugiemu. Jednak rzeczywiście, komponujemy osobno.

Robimy tyle rzeczy wspólnie, że gdyby dodać do tego jeszcze pracę twórczą, to chyba byśmy zwariowali!

 

Ale dostrzec można podobieństwa w waszej muzyce, dobrze to słychać na płycie Birdies for Lulu.

Racja, nie ma przepaści stylistycznej między moimi kompozycjami, a tymi napisanymi przez Sylvie, jednak nie wiem, czy można powiedzieć, że są one do siebie podobne. Na pewno utrzymane są w zbliżonej do siebie estetyce. W końcu gramy ze sobą od blisko dwudziestu lat, mamy wiele wspólnych inspiracji.

 

Zagraliście też wspólnie na festiwalu Jazztopad, to wasza pierwsza wizyta we Wrocławiu?

Tak po raz pierwszy jesteśmy w tym mieście. Bardzo mi się tu podoba, a Narodowe Forum Muzyki wzbudziło we mnie zachwyt! To piękna sala, ze znakomitą akustyką.

 

Wasz występ był jednym z ważniejszych wydarzeń festiwalu.

To nie był zwyczajny koncert. Składał się z dwóch części. Podczas pierwszej wystąpiliśmy z naszą autorską muzyką w duecie. Drugą część natomiast wypełnił utwór Sylvie Lazuline na troje skrzypiec i fortepian oraz premiera mojej nowej kompozycji na kwartet smyczkowy i fortepian, stworzonej na specjalne zamówienie festiwalu. Ten utwór nazwałem Super Slab Multiverse. „Super Slab” to sformułowanie, którym posługują się kierowcy ciężarówek z południa Ameryki, opisujące autostradę; a „Multiverse” odnosi się do idei poszerzenia naszej rzeczywistości. To moja autostrada do czwartego wymiaru.

 

Przychodzi mi na myśl film Interstellar Christophera Nolana.

Rzeczywiście! Tam też jest dużo o innych wymiarach.

 

Lubi pan kino science fiction?

Szczerze? Nie do końca, ale żona uwielbia je, więc czasem oglądam z nią tego rodzaju filmy.

 

Wróćmy do muzyki. Od lat współpracuje pan zarówno z samym Johnem Zornem, jak i grupą artystów skupioną wokół niego. To dość wyjątkowe zjawisko we współczesnym zindywidualizowanym świecie sztuki. Czy myśli pan, że można was określić mianem muzycznej rodziny Johna Zorna?

Z całą pewnością tak! John sam tak mówi, sławne jest już sformułowanie „Masada family”. Współpracuję z nim od 1988 roku, to chyba najważniejszy punkt w rozwoju mojej kariery i w ogóle mojego myślenia o muzyce. Tworzymy razem do dziś. John Zorn to dla mnie geniusz. Posiada niezwykle silną osobowość, która jak magnes przyciąga wszystkich tych znakomitych artystów. John zaprasza nas do pracy, komponuje olbrzymie cykle, jak Book of Angels. Jednak nie wygląda to tak, że narzuca nam własną interpretację, przeciwnie – daje nam całkowicie wolną rękę. Teraz znów skomponował ponad trzysta utworów, które nazwał Bagatelles i ponownie zaprasza do ich wykonania zarówno ludzi, z którymi współpracuje od lat, jak i zupełnie nowych artystów. Rodzina zatem nieustannie się poszerza!

 

Czyli, jak rozumiem, Bagatelles to jedno z pana głównych przedsięwzięć w tym roku?

Tak, to będzie duża seria! Na razie aranżuję osiem kompozycji Johna na dwoje skrzypiec, ale zapowiada się mnóstwo ciekawej pracy! Poza tym chciałbym w tym roku wystąpić z kilkoma koncertami przypominającymi moje dawne kompozycje, planujemy też z Sylvie występy w duecie, muszę również zmiksować najnowszą płytę, którą nagraliśmy z moim kwartetem. Mam co robić, jak zawsze! Nigdy się nie nudzę, nie pozwala mi na to mój kot – Pani Lulu. Wspomniał pan płytę Birdies for Lulu to od jej imienia wziął się tytuł. Ona potrzebuje dużo atencji, zawsze znajdzie mi jakieś zajęcie, oczywiście zazwyczaj związane jest ono z głaskaniem.