Autor: Jacek Dehnel

Lucy (ok. 1938–1976)

Mały słownik kompozytorów zapomnianych i nieistniejących
Article_more
W latach sześćdziesiątych XX wieku powszechnym zainteresowaniem cieszyły się badania nad postrzeganiem świata przez zwierzęta: sprawdzano, jak osa odnajduje drogę do gniazda, czy owady widzą kolory, jaka jest chłonność pamięci kota, a jaka – szympansa. Wiele już czasu minęło od ustaleń Pawłowa, klatka Skinnera miała już lat trzydzieści. Wbrew pozorom naukowcy, podobnie jak niektóre zwierzęta, czegoś się jednak uczą, toteż dążyli do coraz bardziej wysublimowanych eksperymentów.

Na tym tle wybijał się doktor John Woodman z pracowni Inteligencji Zwierząt na Uniwersytecie Harvarda ze swoimi badaniami nad orangutanicą Lucy, z którą stanowił niezwykłą doprawdy parę. W czasach rosnącego znaczenia telewizji i niegasnącej popularności kolorowych magazynów charyzmatyczny Woodman, którego lubiła zarówno kamera, jak i obiektyw aparatu, przewinął się przez niezliczone programy i pisma, a dziennikarze z lubością cytowali jego błyskotliwe bonmoty i zamieszczali zdjęcia, na których zabawia się z Lucy w strojenie min albo składa u jej stóp bukiet kwiatów. Dwukrotnie pojawili się razem na okładkach – w marcu 1960 roku w magazynie „Life”, a w 1962 roku na pierwszej stronie grudniowego numeru „Time’u”, gdzie Lucy przebrano za świętego Mikołaja, a naukowca – za niezbyt rozgarniętego elfa.

 

Krytykowany niekiedy przez uniwersyteckich kolegów za brak powagi i szołmeństwo, Woodman osiągał jednak znaczące sukcesy naukowe, publikując prace w najistotniejszych periodykach fachowych – jego artykuły do dziś należą do kanonu studiów nad postrzeganiem i emocjonalnością naczelnych. Lucy zaś okazała się wdzięcznym obiektem badań: obdarzona niewątpliwie najwyższą inteligencją pośród wszystkich trzymanych na Uniwersytecie Harvarda orangutanów, wytworzyła ze swoim opiekunem – czy, jak mawiał Woodman, „partnerem” – więź szczególną, jaka z pewnością przyczyniała się do powodzenia niektórych prób. Mówiąc krótko: Lucy starała się wypaść przed nim jak najlepiej.

 

Kiedy więc wczesną jesienią 1964 roku ukazała się jego trzecia książka W królestwie pierwotnych dźwięków, została przyjęta z entuzjazmem – i choć trafiło się paru sceptyków, to Lucy stała się prawdziwą bohaterką sezonu; oprócz niezliczonych występów Woodmana w talk-showach, artykułach gazetowych, fotoreportaży w popularnych pismach, pojawiły się kubki, koszulki, piórniki, talerze i maskotki, przedstawiające słynną „pojętną małpę” (firma Disney rozważała nawet wyprodukowanie pełnometrażowej animacji Dżamba, królowa Sumatry, ale rada nadzorcza spółki uznała, że orangutan jest zwierzęciem nieestetycznym i nie zyska sobie odpowiedniej sympatii wśród dzieci).

 

Pod koniec roku 1960 w pracowni Inteligencji Zwierząt postanowiono sprawdzić zdolności twórcze naczelnych. Wcześniej odnoszono już wprawdzie pewne sukcesy na polu malarstwa – ograniczone i robiące wrażenie chyba tylko za sprawą ówczesnej popularności sztuki abstrakcyjnej – teraz jednak Woodman postanowił poszerzyć wachlarz prób. Choć, jak donosił „New York Times”, na razie „nie myślał jeszcze o balecie i architekturze” (obok narysowana żywą kreską orangutanica w baletkach i paczce).

 

Początkowo eksperymenty nie przynosiły niczego zaskakującego. Przełomem okazało się udostępnienie dzwonków: Lucy nauczyła się posługiwać instrumentem, a po kwartale zaczęła nie tylko bezładnie bębnić w kolejne blaszki, ale i wystukiwać na nich coś w rodzaju melodii. Tym, co najbardziej zafascynowało Woodmana, było – przy odrzuceniu oczywistych manualnych pomyłek, czyli, mówiąc po ludzku, fałszów – odwzorowanie ludzkich tonacji muzycznych. „Utwory” wygrywane przez Lucy zaczęto spisywać z nagrań – były to z reguły krótkie urywki prostych melodii, często z zaburzoną rytmiką, niepozbawione wszakże pewnych walorów muzycznych.

 

Jako że wyniki przekroczyły oczekiwania Woodmana, badania powtarzali również inni naukowcy, do których obecności Lucy zdołała się już przyzwyczaić – chodziło o wykluczenie możliwych oskarżeń o oszustwo. Wprawdzie w obecności swojego głównego „partnera” małpa grała – co było całkowicie zrozumiałe – z większym zaangażowaniem i nieco dokładniej, ale ogólnym ustaleniom nie można było nic zarzucić: orangutanica z Uniwersytetu Harvarda była pierwszym zwierzęciem, co do którego można było z przekonaniem stwierdzić, że świadomie tworzy sztukę. Na Boże Narodzenie 1962 roku poproszono nawet dwóch kompozytorów o pewne wygładzenie „utworów” i zinstrumentowanie ich na orkiestrę kameralną. Opublikowano je w niewielkim nakładzie jako Lucy’s Christmas Carrol Suite i sprzedawano w sklepie z uniwersyteckimi pamiątkami.

 

Lucy, rzecz jasna, nie została nigdy wirtuozem dzwonków na miarę człowieka, ale jej umiejętności z czasem ewoluowały. Melodie nadal były proste, ale grane w lepszym rytmie. Na ogół grała kompozycje wykonywane wcześniej, zdarzało się jednak, że wprowadzała nowy utwór, którego mozolnie się uczyła. Jej postępy w nauce były drobiazgowo notowane i publikowane w kolejnych artykułach Woodmana; równolegle przygotowywał on ich wersję popularną, zebraną we wspomnianym tomie W królestwie pierwotnych dźwięków, która przez sześć tygodni utrzymywała się na szczycie list bestsellerów.

 

Cios przyszedł z najmniej oczekiwanej strony: akordeonisty-amatora, który zakupił Lucy’s Christmas Carrol Suite i odkrył w niej motyw z XVIII-wiecznego koncertu na drumlę i orkiestrę Albrechtsbergera. Przyjrzał się pozostałym melodiom i znalazł w nich między innymi motyw z dawno zapomnianej piosenki Too much mustard!, urywek z Tafelmusik Telemanna, kawałeczek z Dowlanda. Nie zidentyfikował jedynie trzech melodii (które dopiero później okazały się fragmentem Nieszporów Rachmaninowa, średniowiecznej pieśni trubadurskiej i wiedeńskiego lendlera).

 

Woodman oczywiście kategorycznie zaprzeczył, jakoby podsuwał melodie swojej podopiecznej, a poza tym wskazywał na szereg rygorów laboratoryjnych, które by uniemożliwiły tak daleko idącą ingerencję w działanie orangutanicy. Potwierdziły to również kręcone na bieżąco filmy, które pokazywały profesora i małpę zarówno w planie szerokim, jak i w zbliżeniach. Nie stwierdzono, by naukowiec lub zastępujący go współpracownicy w jakikolwiek sposób dyktowali nuty – stąd też zaczęto się zastanawiać, czy Lucy mogła zapamiętywać melodie i odtwarzać je później, kiedy otrzymała instrument. Nie wydawało się jednak możliwe, by utkwiły jej w głowie tak różne urywki – nawet jeśli ktoś by przyniósł radio w pobliże małpy, to większość tych utworów nie była nadawana w ostatnich latach przez żadną stację. „New York Times” opublikował rysunek, na którym grono oburzonych profesorów osacza Woodmana i wtuloną weń Lucy, krzycząc, że „jedyne wytłumaczenie tej zagadki to niedozwolone stosowanie ludzko-małpich fal telepatycznych!”. Podobno Woodman wyciął tę karykaturę z czasopisma, oprawił w ramkę i zawiesił nad biurkiem.

 

Zagadka nieoczekiwanie wyjaśniła się sama w trzy lata po jego nagłej śmierci w wypadku samochodowym latem 1970 roku. Malcolm Xavier, absolwent Uniwersytetu Harvarda, wydał wówczas swoje wspomnienia pod tytułem Lucy i powietrze. Pochodzący z Luizjany Xavier, którego rodziny nie było stać na opłacenie mu studiów, otrzymał stypendium za celujące wyniki i przez cały okres nauki pracował zarobkowo w laboratoriach, troszcząc się o zwierzęta.

 

Jego wspomnienia są wielkim oskarżeniem Woodmana, który w swoich szołmeńskich zapędach całkowicie zaniedbywał dobrostan i wolę zwierząt; rzekomo „współpracował” ze swoimi „partnerami”, a w gruncie rzeczy gotów był zrobić niemal wszystko, by tak czy inaczej zaistnieć w prasie albo telewizji. Xavier, który – jak twierdził – nawiązał głęboką uczuciową więź z Lucy, postanowił spłatać niewinnego figla nielubianemu szefowi i nauczyć orangutanicę systemu znaków, dzięki któremu wiedziała, w którą blaszkę ma akurat uderzyć w danym momencie. Z czasem to, co planował jako jednorazowy żart, okazało się fascynującą przygodą intelektualną, niezwykłym przykładem porozumienia między człowiekiem a orangutanem, pod wieloma względami ciekawszym, niż jakiekolwiek z dokonań Woodmana.

 

„Staliśmy z Lucy po tej samej stronie – pisał. – Zarówno ona, jak i ja nie byliśmy postrzegani jako istoty obdarzone wolą i osobowością; zamiast białego kitla miałem na sobie odzież ochronną i często czułem się, jakby działała ona jak czapka niewidka. Wszyscy traktowali mnie jak powietrze. Mógłbym się rozebrać i odtańczyć triumfalny taniec, a i tak nikt by na mnie nie zwrócił uwagi. Byłem klatkowym, podczłowiekiem, który po prostu tu się kręci. Wystarczało, że stanąłem w miejscu, w którym nie widziała mnie kamera, i udawałem, że zajmuję się jakąś nudną pracą, a już mogłem wysyłać Lucy jeden sygnał za drugim. Czy ktoś widział, żeby powietrze miało coś do przekazania?”

 

Książka Lucy i powietrze sprzedała się w nakładzie ponad dwóch milionów egzemplarzy, a w 1981 roku została zekranizowana przez Johna Schlesingera (Howard Rollins w roli studenta i nominowany do Oskara Max von Sydow w roli profesora). Malcolma Xaviera, zwolnionego przez Uniwersytet Harvarda rzekomo z powodu cięć budżetowych, zatrudnił Uniwersytet Berkeley. Pracuje tam po dziś dzień, specjalizując się w komunikacji pomiędzy ludźmi a zwierzętami. Oryginalna płyta Lucy’s Christmas Carrol Suite stała się białym krukiem i w 2014 roku trafiła na listę dziesięciu najbardziej poszukiwanych nagrań amerykańskiego przemysłu muzycznego.

.