Wydanie: MWM 09/2016

Znak życia i śmierci

Article_more
Allan Undermoon spoglądał na budzące się ze snu miasto z wyrozumiałą wyższością – jak na niemowlę, które niczego nie rozumie poza trywialnym rytmem własnego metabolizmu. Poczucie wyższości – par excellence – tego znakomitego angielskiego pianisty i klawesynisty było zrozumiałe z dwóch powodów. Po pierwsze, ludzie mocno oddaleni od ziemi widzą świat, jak twierdził Marek Aureliusz, w trafnych uogólnieniach i abstrakcjach, a Undermoon spoglądał na Wrocław z naprawdę wielkiej wysokości – z okna stumetrowego apartamentu, położonego prawie na szczycie drapacza chmur. Po drugie, Anglik był świadom swoich uzdolnień, które wywyższały go ponad tych wszystkich, którzy czterdzieści osiem pięter niżej wiedli mrówczy, zatroskany żywot, odmierzany porami uciążliwej pracy, kiepsko zbilansowanych posiłków, nudnego seksu i niespokojnego, przerywanego snu. Muzyk walczył ze swoim narcyzmem i wciąż powtarzał sobie: zostałem wybrany, bo akurat nie było lepszych. Mimo tych prób sprowadzenia samego siebie do właściwych proporcji, hydra jego pychy wciąż podnosiła swój łeb. Tak z ręką na sercu naprawdę nie mógł zaprzeczyć, że kochały go liczne muzy.

Był nie tylko wirtuozem klawesynu, co w dzisiejszych czasach rozkwitu zainteresowań muzyką barokową i wykonawstwem na historycznych instrumentach zapewniało mu nieustanne zaproszenia na koncerty, grane w najsłynniejszych salach Europy. Był również uzdolnionym matematykiem, który w strukturach muzycznych tropił zgodności i sprzeczności liczbowe, by je potem dla rozrywki formalizować. Ta jego naukowa działalność zaowocowała książką pod tytułem W poszukiwaniu muzycznego i matematycznego Boga, która znalazła się na szczycie angielskich i amerykańskich bestsellerów popularnonaukowych. To lekkie w formie i poważne w treści dzieło, napisane z charakterystycznym anglosaskim poczuciem humoru, nie tylko pomnożyło jego niemałe środki na koncie, ale również wpłynęło znacząco na jego życie osobiste.

 

Bo oto w okresie swej literacko-muzycznej prosperity został zaproszony do Monachium, do Centrum Filozofii Matematycznej, gdzie miał wygłosić wykład o związkach matematyki z muzyką. Wśród słuchaczy siedziała Marta, młoda doktorantka z Polski. Undermoon w czasie wykładu nie mógł oderwać od niej oczu. Czterdziestoletni wówczas muzyk, wieczny kawaler, rozpieszczony przez powodzenie u kobiet, tego wieczoru został trafiony strzałą Amora. Pół roku później się ożenił. Od tego czasu kursował pomiędzy Monachium, gdzie mieszkał z żoną, a różnymi europejskimi miastami, gdzie wciąż był gwiazdą sal koncertowych. Jedną z nich było przepiękne audytorium filharmonii wrocławskiej, zwanej teraz oficjalnie Narodowym Forum Muzyki.

 

Klawesynista chętnie przyjął zaproszenie na kolejny festiwal Wratislavia Cantans ze względu na jego renomę oraz ze względu na sentyment do Wrocławia, skąd pochodziła Marta. W mieście nad Odrą był już zresztą kilkakrotnie, ale jeszcze nigdy nie miał okazji podziwiania go z tak wielkiej wysokości.

 

Nagle napłynęły gęste chmury, rozłożyły się pod jego oknem i odcięły mu widok miasta. Poczuł się bezpiecznie i przytulnie. Wypił ostatni łyk czarnej, gorzkiej kawy, którą zawsze sobie aplikował przed długodystansowym bieganiem i rozejrzał się po sterylnym wnętrzu kuchni. Osiem butelek krystalicznie czystej, deszczowej wody „Ceylon Rain”, którą niegdyś reklamował we francuskiej telewizji i w którą był regularnie zaopatrywany przez wytwórcę, stało na stole. Ustawione były one w ośmiokąt foremny. Undermoon zmierzył odległości pomiędzy nimi. Wszystko się zgadzało. Cztery centymetry. Jego świat był uporządkowany, a zdarzenia – przewidywalne. Zaraz pójdzie pobiegać na ruchomej bieżni w sali gimnastycznej, która mieści się na drugim piętrze. Potem wróci do swojego apartamentu, wypije dwie butelki wody, a w miejsce po pustych butelkach wstawi pełne – by na blacie był wciąż ośmiokąt foremny. Weźmie prysznic i wyjdzie do Narodowego Forum Muzyki. Tam już tylko ostatnia próba, a potem wieczorem – wszystko tak jak zwykle. Zagra koncert – tym razem będzie to Ligeti. Będą owacje na stojąco, przyjęcie, żarty, pochwały i uwodzicielskie spojrzenia kobiet. A potem pójdzie spać spokojny i rozleniwiony czerwonym winem.

 

Nie przewidział tylko jednego – że najbardziej nawet misterne męskie plany łatwo może zburzyć piękna kobieta. 

Jego umysł przyzwyczajony był do wyszukiwania struktur i regularności, dlatego na widok młodej kobiety o czarnych, długich, prostych włosach kontrastujących z alabastrową bielą czoła i policzków Allan Undermoon zamarł z zachwytu. Podczas przyjęcia po koncercie patrzył tylko na nią, aż wreszcie zdał sobie sprawę z tego, że i ona nie omija go spojrzeniem. Ze zdumieniem spostrzegł, że tak piękna kobieta jest na przyjęciu sama i że nie odwzajemnia względów, jakie jej okazują bankietowi podrywacze. Poczuł mrowienie w udach. Zapomniał o swej żonie i o zdrowym rozsądku.

 

Klawesynista postanowił zastosować wobec niej trik, który z dużą dozą skuteczności wykorzystywał wcześniej wiele razy. Po prostu podchodził do kobiet i się przedstawiał. Zwykle budziło to ich wesołość. Reagowały śmiechem, wołając: przecież wiem, kim pan jest, przed chwilą słuchałam pańskiego koncertu! W zależności od sytuacji Undermoon odpowiadał jakimś dowcipem i niewymuszona rozmowa toczyła się dalej. Czasami kończyła się po kilku minutach, czasami trwała do końca przyjęcia; bywało – dość rzadko od momentu, kiedy się ustatkował – że jej zwieńczeniem była kolacja wraz ze śniadaniem.

 

Tym razem kobieta się nie roześmiała, lecz spojrzała na Allana z baczną uwagą i przedstawiła się jako „Katarzyna Krośnicka, krytyk muzyczny”. Dumne brzmienie nazwy jej zawodu oraz brak wesołej reakcji sprawiły, że wydała mu się nieco starsza, niż wcześniej sądził. Nie stracił jednak pewności siebie i popisując się swą szczątkową polszczyzną zapytał, czy może do niej mówić „Kasia”. Uśmiechnęła się. Allanowi zdało się, że w jego uszach rozległy się triumfalne fanfary.

 

Po kwadransie siedzieli już z dala od innych – w kawiarni, zwykle wypełnionej przez melomanów, teraz sennej i pustej. Była ona położona na zerowym poziomie filharmonii, z lewej strony potężnej, wysokiej na sześć pięter czarnej, wybrzuszonej kamiennej ściany. Klawesyniście kojarzyła się ona z ogromnym meteorem, rozsadzającym ultranowoczesny gmach filharmonii, którego budulcem było szlachetne drewno, szkło i metal. Asocjacje, związane z kawiarnią, poszły w zupełnie nieoczekiwanym kierunku. Ognistoczerwone pluszowe sofy, przytulone do czarnych aksamitnych ścian, wabiły swoją miękkością i łagodnymi zakrzywieniami. Było coś erotycznego w tym anturażu. Undermoon spojrzał na łydki i kolana Katarzyny, obleczone w siateczkę ciemnych pończoch, i jego wyobraźnią natychmiast zawładnęły wyuzdane seksualne fantazje.

 

Kobieta najwyraźniej nie podzielała tych ekscytacji i płynną angielszczyzną zaczęła konfrontować własne wrażenia z dzisiejszego koncertu z odczuciami Allana jako wykonawcy. Skupiała się głównie na dziele Mikołaja Góreckiego Zan Tontemiquico oraz na Hungarian Rock Ligetiego, który to utwór jej zdaniem Undermoon wykonał „niejednolicie”, „miejscami zbyt poprawnie, miejscami zbyt brawurowo”. Gdyby był młodszy, pewnie by się żachnął i odszedł, mówiąc ostro, że nie udziela teraz wywiadu i zaprasza ją na konferencję prasową. Ale muzyk miał lat pięćdziesiąt, a z wiekiem rozwinęła się u niego chwalebna cnota cierpliwości. Znał dobrze życie i wiedział, że często do sukcesu – czyli w tym wypadku do kolacji połączonej ze śniadaniem – prowadzą zupełnie nieoczywiste drogi.

 

– Chcesz wiedzieć, jakie punkty wspólne dostrzegam w Hungarian Rock i Zan Tontemiquico? – mówił, patrząc w jej wilgotne oczy. – Otóż, pozornie wydawać by się mogło, że takich punktów nie ma. Powiedziałem pozornie, to znaczy powierzchniowo. Tymczasem pod powierzchnią kipi życie różnych skojarzeń. Hungarian rock jest utworem zmatematyzowanym, natomiast Górecki nadał swojemu dziełu filozoficzną, egzystencjalną wymowę. A co ma wspólnego matematyka z filozofią? O tak! – uśmiechnął się ze spokojną pewnością siebie. – O tym to mógłbym długo, długo mówić...

 

Gdyby był młodszy, dodałby teraz: „ale znam spokojniejsze miejsce, gdzie o tym moglibyśmy jeszcze długo, długo rozmawiać”. Lecz i tym razem cnota cierpliwości wzięła górę. Popatrzył poważnie na rozmówczynię. Jego spojrzenie oznaczało: „teraz twój ruch”. Wykonała go i był on zupełnie nieoczekiwany.

 

– Byłam nieszczera wobec ciebie. – Katarzyna skromnie spuściła oczy, co, jak wiedziała, mało którego mężczyznę pozostawiało obojętnym. – Powinnam ci była powiedzieć, dlaczego pytam zwłaszcza o Góreckiego i Ligetiego. Sprowokowałam cię do tych interesujących porównań, ale nie powiedziałam, do czego są mi one potrzebne. Postąpiłam interesownie i nie uprzedziłam cię o tym. Przepraszam.

 

Gdyby Undermoon był młodszy, powiedziałby: „Pogrywasz sobie ze mną?!” albo „Mogłabyś się jakoś zrehabilitować. Nawet wiem jak”. Teraz jednak wiedział, że zbyt szybkie działanie może spłoszyć kobietę, a i tak większość dróg prowadzi do Rzymu. Lekko musnął jej dłoń. Nie cofnęła jej.

 

– No to po prostu teraz powiedz, po ci te informacje. – Był uosobieniem męskiego opanowania. – Lepiej późno niż zbyt późno.

 

– Mam koleżankę – szepnęła. – To młoda polska kompozytorka. Nazywa się Karolina Mrawiec. Stało się z nią coś bardzo złego…

* * *

Trzydziestoczteroletnia Karolina Mrawiec została przed dwoma tygodniami znaleziona z poważną raną na potylicy w swoim mieszkaniu przy ulicy Jaracza, na tak zwanym osiedlu akademickim. Nieprzytomną kobietę natychmiast odwieziono do szpitala, a policja przystąpiła do rutynowych działań. Stwierdzono, że kobieta była samotna i nie nawiązywała bliższych kontaktów z sąsiadami. Ci dopiero od policji dowiedzieli się, że Mrawiec była znaną kompozytorką. Wprawdzie najbliższa sąsiadka słyszała często dźwięki pianina zza ściany, ale – ponieważ jej zdaniem nie była to żadna ładna melodia – uznała, że Karolina dopiero się uczy grać na tym instrumencie. Raz czy dwa zauważyła, że Karolinę wieczorną lub nocną porą podwoził samochodem jakiś mężczyzna. Sąsiadka nie potrafiła powiedzieć o właścicielu i o pojeździe nic więcej ponad to, że mężczyzna był łysy, a auto – duże i czarne, najpewniej jakiś SUV.

 

Przeszukanie mieszkania nic nie dało. Było ono pedantycznie posprzątane i nie nosiło żadnych śladów walki. Jedynie róg pianina zamazany był krwią, a technicy znaleźli tam kilka długich włosów. Wszystko wskazywało na to, że Karolina Mrawiec z jakichś niewyjaśnionych powodów – może się poślizgnęła? – upadła, uderzyła potylicą o pianino i straciła przytomność.

 

W tym stanie przewieziono ją do szpitala. Wezwany neurolog zastosował do oceny stanu świadomości precyzyjne ustalenia tak zwanej skali Glasgow i zdiagnozował u Karoliny Mrawiec stan śpiączki.

 

Jedną z pierwszych osób, które odwiedziły ranną kobietę, była Katarzyna Krośnicka. Zaraz po przyjściu wyjęła ona swój tablet i zaczęła puszczać śpiącej jej ulubioną muzykę. W pewnym momencie zauważyła, że Karolinie drgnęły lekko powieki. Cofnęła prezentowany właśnie utwór i puściła go raz jeszcze. Nie pomyliła się – powieki śpiącej znów drgnęły. Reagowały na Zan Tontemiquico Mikołaja Góreckiego! Katarzyna poczuła przypływ nadziei. Może na inne utwory jej koleżanka również zareaguje? Wciąż przesuwała palcami po tablecie i ponury szpitalny pokój wypełniał się dźwiękami dzieł coraz to innych kompozytorów – pogrążoną w śpiączce kobietę odwiedził tego dnia i beztroski Mozart, i drażliwy Bach, i rozedrgany Beethoven, i niespokojny Szostakowicz. Nie reagowała na ich muzykę. Do momentu aż Katarzyna zaprezentowała jej kompozytora węgierskiego. 

 

* * *

– Zareagowała na Ligetiego, wiesz? – powiedziała z silnym podekscytowaniem. – Znowu jej oczy drgnęły. Byłam pewna! Puszczałam jej bez końca Hungarian Rock, a ona dawała mi znak! Mówiła: tak, to właśnie to!

 

– Ale co!? – Undermoon oparł się wygodnie o ścianę i patrzył na Katarzynę zdziwionym wzrokiem. – Co to znaczy „to właśnie to”? Co ci ta dziewczyna chciała powiedzieć?

 

Kobieta zaczerpnęła tchu, lecz nic nie rzekła. Najwyraźniej zabrakło jej odwagi.

 

– No śmiało! – zachęcił ją Allan.

 

– Sama nie wiem – jej głos był bardzo cichy. – Sama nie wiem... Ale mam pewne domysły. Ona nie może mówić, ale chce mi podać jakieś wskazówki... Chce mi powiedzieć, kto ją uderzył...

 

Najpierw Undermoon zaczął poważnie się zastanawiać, czy powinien dalej prowadzić tę rozmowę, a potem – ogarnęło go rozbawienie. Nie poddał mu się jednak i nie pozwolił na to, by drgnął choć jeden mięsień jego twarzy. Przyglądał się jej w milczeniu. 

 

– Pewnie uważasz mnie za idiotkę – Katarzyna czytała mu w myślach. – Ale posłuchaj jeszcze chwilę. Karola już podczas studiów bawiła się w przekazywanie różnych konkretnych informacji za pośrednictwem muzyki. Trochę jak Bach, który prezentował w partyturze dźwięki B-A-C-H tworzące jego nazwisko, tyle że Karola odwoływała się nie do liter, ale do obrazów. Kiedyś ukrywała swój związek z chłopakiem, bo ten pochodził z patologicznej rodziny i nie był zbyt dobrze wykształcony. Kiedy ją naciskałam, by mi w końcu zdradziła, z kim się spotyka, napisała mi w esemesie „Mateusz, recytatyw 55”. W pięćdziesiątym piątym recytatywie Bachowej Pasji według świętego Mateusza jest mowa o Szymonie Cyrenejczyku, który pomaga dźwigać krzyż Chrystusowi. Jak sądzisz, jak się nazywał ten chłopak?

– Szymon?

– Tak jest!

– No dobrze, ale Ligeti i Tontemiquico to utwory bez słów – zasępił się Undermoon i nagle jego oczy się rozjaśniły. – Aha, i nie wiedziałaś, jak je zinterpretować, prawda? Co łączy Góreckiego z Ligetim? I dlatego na przyjęciu ściągnęłaś mnie wzrokiem, sprawiłaś, że się tobą zainteresowałem, bo chciałaś mnie o to wszystko wypytać, prawda?

 

Ogarnęła go spokojna rezygnacja. Już wiedział, że ta droga nie doprowadzi do Rzymu. Ta sprytna dziewczyna skusiła go swoimi wdziękami  do wygłoszenia ekspertyzy. I tyle. „Czy coś przez to straciłem?”, zapytał sam siebie i odpowiedział, cedząc w myślach słowa, „Nie, wręcz przeciwnie! Tylko zyskałem! Niecodziennie jest mi dane siedzieć w miękkich pluszach z tak piękną kobietą”.

 

– Tu właśnie dochodzimy do moich przeprosin – rzekła cicho Katarzyna. – Wiem, że jesteś wybitnym muzykologiem i filozofem. Od dawna było wiadomo, że będziesz grał Hungarian Rock na Wratislavii Cantans… Przepraszam… Tyle mogę powiedzieć…

 

Allan uznał, że rozmowa znów idzie w dobrym kierunku.

 

– Nic się nie stało – postanowił przystąpić do lekkiego ataku i podał jej swoją wizytówkę z polskim numerem telefonu komórkowego. – Liczę, że nie jest to nasze ostatnie spotkanie. Być może twoja śpiąca koleżanka zareaguje jeszcze na jakiś inny utwór i zechcesz się mnie o coś zapytać…

 

 Popatrzyła na niego w dziwny sposób. Zrozumiał, że popełnił gafę.

 

– Przykro mi – przesunął z zakłopotaniem po swych szpakowatych włosach. – Oczywiście chciałbym, by twoja przyjaciółka się obudziła i żebyś nie musiała do mnie przychodzić w sprawie kolejnych muzycznych rozpoznań. Chciałbym, żebyś… – udał wahanie – nie musiała szukać pretekstów do rozmowy ze mną i… Marzę o tym, żebyś pozwoliła się kiedyś zaprosić na kolację…

 

Katarzyna wstała i uśmiechnęła się do Allana.

 

– Dziękuję ci za wyrozumiałość – podała mu rękę. – A tak poza wszystkim, czy to prawda, że masz na plecach tatuaż z pewnym fragmentem Bacha? Czytałam o tym w internecie.

 

Nie odpowiedział. Jego spojrzenie mówiło: „Chcesz zobaczyć ten tatuaż?”. Jej oczy odpowiadały: „Czemu nie?”.

 

Odprowadził Katarzynę do garażu podziemnego filharmonii, do jej toyoty auris. Odjechała, machając mu ręką na pożegnanie. W głowie klawesynisty huczała stara maksyma: a jednak wszystkie drogi prowadzą do Rzymu.    

* * *

Allan Undermoon, odespawszy wczorajsze wrażenia, wylegiwał się jeszcze w łóżku, a przed nim, za ogromną taflą okna, pulsowało życie Wrocławia. Kiedy zabrzęczał telefon, muzyk nacisnął przycisk i rozwinęła się chmurka z tekstem:

 

„Moja przyjaciółka wciąż w śpiączce. Dzisiaj westchnęła x 2: 1 An die Freude w IX Symfonii 2  Mateusz Befiehl du deine Wege. Czy możesz mi coś o tym powiedzieć? Dzisiaj wieczorem, po koncercie?”

 

Odpisał „Ależ oczywiście!” i dodał – czego nigdy nie robił – emotikon. Przez chwilę jeszcze przeglądał kilka stron internetowych, na których była mowa o Karolinie Mrawiec. Potem wstał, zjechał windą do sali gimnastycznej, gdzie się mocno odwodnił, by potem się równie intensywnie nawodnić wodą mineralną „Ceylon Rain”.

 

Zjadł śniadanie w apartamencie, a następne godziny spędził, słuchając dwóch utworów, o których mu pisała Katarzyna – Ody do radości Beethovena oraz chóru „Befiehl du deine Wege” z Bachowej Pasji według św. Mateusza. Znał je wprawdzie na pamięć, ale uznał, że powinien mimo wszystko trochę je sobie odświeżyć. Popijając herbatę zieloną i sok pomarańczowy, zanotował równym pochyłym pismem kilka pomysłów muzykologicznych, które mu przyszły do głowy w czasie tych poszukiwań. 

 

Około pierwszej po południu wyszedł na lunch do jednej z restauracji w galerii handlowej na dole. Siedząc nad kanapkami z kawiorem i świeżym ogórkiem, zauważył na sąsiednim stoliku program festiwalu Wratislavia Cantans. Sięgnął odruchowo po ulotkę. Przeczytał program raz i drugi, po czym zamarł z półotwartymi ustami. Potem sięgnął po telefon i wysłał Katarzynie esemesa.

 

„Chyba wiem, dlaczego twoja koleżanka reaguje właśnie na te, a nie inne fragmenty muzyczne”.

 

Po kilku sekundach zaćwierkał jego telefon. Przeczytał: „Muszę to wiedzieć natychmiast!”.

 

Kiedy wystukiwał na klawiaturze „Zapraszam do siebie” oraz adres apartamentu, na jego ustach zagościł lekki uśmiech starego lubieżnika. Nie mógł sobie darować, by nie dodać kolejnego emotikonu.

* * *

Deszcz zalewał szklane tafle ścian. Wiatr huczał w malutkim otwartym lufciku. Undermoon chodził w tę i z powrotem po pokoju. Ciężko oddychał, jakby nabierał tchu. 

 

– To bardzo proste! – wykrzyknął w końcu. – Znalazłem w internecie wiadomość, że twoja przyjaciółka była w komisji ustalającej repertuar Wratislavii Cantans. A w nim jest przecież i Tontemiquico, i Hungarian Rock, i IX Symfonia, i Pasja według św. Mateusza! Po prostu ona żyła swoją pracą, słuchała często tych dzieł, które wybrała jako członek komisji, być może o nich żarliwie dyskutowała, może broniła swoich racji! Nic dziwnego, że teraz reaguje, słysząc ulubione dźwięki!

 

Katarzyna patrzyła z ironicznym uśmieszkiem, kiedy tak miotał się po pokoju, podnosząc głos w oratorskim zapale. Kiedy gestykulował, jego artystycznie pognieciona biała koszula i żółty kaszmirowy sweter wydzielały mocny zapach gorzkich męskich perfum. Ona sama ubrana była bardzo formalnie – w białą bluzkę, w obcisłą granatową spódnicę i w pantofle na wysokim obcasie. Wyglądała raczej na  urzędniczkę bankową niż na osobę, która piórem zarabia na życie. Undermoon musiał przyznać, że w tym biurowym wcieleniu była nie mniej pociągająca niż w wieczorowej sukience.

 

– Nie powiedziałam ci jeszcze o jednym – zamieszała łyżeczką cukier w mikroskopijnej filiżance. – Ona reaguje na basowe arioso „Betrachte meine Seel” w Bachowej Pasji według św. Jana. A tam są znamienne słowa o plecach Chrystusa zabarwionych krwią. Bas wciąż powtarza frazę „Blutgefärbter Rücken”… Ale to nic… A właściwie to sama nie wiem, co chciałam powiedzieć…

 

Nie skończyła zdania. Jej łyżeczka zadźwięczała na cieniutkim spodku od Rosenthala. Zarumieniła się.

 

– No i co? – Allan patrzył na nią w zdumieniu. – Co mają do rzeczy plecy Chrystusa zalane krwią…

 

Podniosła głowę i spojrzała mu prosto w oczy.

 

– Rozmawialiśmy ostatnio o twoim tatuażu z fragmentem partytury Bacha. Podobno jest on krwawy – powiedziała.

 

Undermoon zapadł się w miękki fotel i szeroko rozsunął kolana.

 

– Myślisz, że to mnie wskazała ta dziewczyna? – uśmiechnął się szeroko.

 

Katarzyna zagryzła pełną dolną wargę. Patrzyła na niego wzrokiem, który był zapowiedzią czegoś, co było nieuniknione, co się zaraz niechybnie między nimi stanie.

 

– Chciałabym zobaczyć ten tatuaż – szepnęła. – I dużo, dużo więcej…

 

Wstała i oparła dłonie na biodrach.

 

– Zaraz przyjdę. Bądź gotów!

 

Długo jej nie było. Kiedy wróciła, Allan Undermoon siedział nagi w fotelu. Katarzyna była ubrana w płaszcz przeciwdeszczowy. W ręku trzymała parasol.

 

– Chciałeś mnie zmylić, co Allan? – uśmiechnęła się drwiąco. – Wstawiłeś mi kit o tym, że moja Karola była w komisji repertuarowej i dlatego reagowała na utwory, które wybrała na Wratislavię Cantans?

 

– Twoja Karola?! – muzykowi aż ślina zabulgotała w przełyku. – Co to znaczy?

 

– Nie przerywaj mi i przykryj się czymś, bo jesteś żałosny w tej swojej nagości!

 

Kiedy Allan zrobił, co mu kazano, jego niedoszła kochanka parsknęła śmiechem.

 

– Z tyłu wyglądasz lepiej niż z przodu! Ale tylko dlatego, że masz ten tatuaż… To rzeczywiście Bach. Chyba początek twoich ulubionych Wariacji Goldbergowskich.

 

– To taka gra, co? – Undermoon był purpurowy na twarzy. – Grasz dominującą, co? Chcesz mnie najpierw upokorzyć? Jesteś naga pod tym płaszczem?

 

Katarzyna usiadła i oparła dłonie na kolanach. Jej głos lekko drżał.

 

– Już ci mówiłam, że z Karolą na studiach układałyśmy szarady muzyczne. Wskazywałyśmy jakiś fragment utworu i ten fragment zawsze coś znaczył, coś ważnego albo zabawnego… – westchnęła i w jej oczach stanęły łzy. – Ale dopiero teraz Karola wskazała mi coś naprawdę ważnego. Swojego niedoszłego mordercę. Ciebie.

 

Deszcz bębnił po szybach. Mgiełka, która się wzniosła z jego kropel, rozmazała widok miasta.

 

– Karola poruszała powiekami przy Ligetim i Tontemiquico – Katarzyna była już spokojna i opanowana. – Matematyka i filozofia. A jak brzmią pierwsze słowa twojego biogramu w „Wikipedii”? „Allan Undermoon, muzyk, muzykolog, matematyk i filozof”. Matematyk i filozof. Właśnie tak! Co ma nasz geniusz ma plecach? Tatuaż na czerwono! A przy czym Karola wzdychała? Przy słowach Pasji Janowej o plecach zabarwionych krwią! Takich plecach jak twoje!

 

– A co niby wskazały inne utwory, przy których wzdychała? – Allan opanował się i uśmiechał się drwiąco. – Pasja Mateuszowa i Oda do radości?

 

– Twoje nazwisko – odparła Katarzyna. – U Beethovena jest mowa o świecie pod gwiazdami, dosłownie o namiocie gwiazd, Sternezelt. Natomiast w tym fragmencie chóralnym w Pasji Mateuszowej występują chmury, wiatr i powietrze. Te trzy elementy według starożytnych leżały pod namiotem gwiazd, czyli w świecie podksiężycowym. Pod księżycem – dodała. – Under moon. Ułożę o tobie nowe hasło w „Wikipedii”. Undermoon, matematyk i filozof, o krwawym tatuażu na plecach. Undermoon, zbrodniarz. Niedoszły zabójca Karoliny Mrawiec.

 

Patrzył na nią z zupełnym spokojem. Tylko jego wargi drżały, jakby chciały się zaraz rozciągnąć w jakimś grymasie. Tylko nozdrza się lekko rozdymały, jakby chciały zaczerpnąć więcej powietrza, syczącego w małym lufciku apartamentu w chmurach.

 

– Dlaczego chciałeś ją zabić, Allan? – Katarzyna zacisnęła pięści. – Bo ją podrywałeś, tak jak mnie, a ona cię nie chciała, co? Ona lubiła mocnych mężczyzn, a ty kim jesteś? Spójrz na siebie! Nagi, sflaczały, żałosny!

 

Undermoon wstał wściekły i owinął się kocem.

 

– Ona szalała za mną! – wrzasnął. – Uprawialiśmy seks godzinami. Na łóżku, na podłodze, na klawesynie! Kochała mnie. Napisała dla mnie koncert klawesynowy! Błagała, bym go wykonał! Bym ją przez to rozsławił w Europie! Zwlekałem, nie podobało mi się to dzieło. Było tandetne. W końcu odmówiłem. Zagroziła, że mi rozbije małżeństwo! Że wszystko powie mojej żonie! Popchnąłem ją! Ja ją tylko popchnąłem!

 

Nagle się opamiętał. Podszedł do okna i dotknął czołem szyby, jakby chciał, by go ochłodził spływający po niej z drugiej strony deszcz.

 

– Nagrałaś to? – zapytał szeptem. – Wszystko, co mówiłem? Włączyłaś mikrofon, kiedy wyszłaś z pokoju, a ja tu siedziałem spragniony twego ciała? Nagrałaś, prawda?

 

Katarzyna wstała i ruszyła w stronę drzwi.

 

– Niczego nie nagrałam – powiedziała zmęczonym głosem. – Mnie tylko chodziło o prawdę!

 

– To dlaczego tak długo cię nie było, kiedy się rozbierałem?

 

– Czajnik, kiedy na niego patrzysz, nigdy się nie zagotuje – popisała się angielskim idiomem. – To chyba znaczy, że czekającemu czas się dłuży, nieprawdaż?

 

Podeszła do drzwi. Kiedy naciskała klamkę, usłyszała za sobą wrzask.

 

– Żaden sąd ci nie uwierzy, ty suko!

 

Katarzyna wyszła na korytarz i szepnęła.

 

– To ja jestem sądem.

 

Zjechała windą, która łączyła piętra mieszkalne drapacza chmur tylko z salą gimnastyczną. Otulona płaszczem przeciwdeszczowym minęła ćwiczących ludzi. Nikt nie zwrócił na nią uwagi.

 

Na placu Hirszfelda stanęła w drzwiach sklepu. Wybrała numer i przyłożyła telefon do ucha.

 

– Mrawiec, słucham – rozległ się męski głos.

 

– Cześć, tato! Jesteś u Karoli? Mam cię zmienić?

 

– Tak, córeczko – odpowiedział mężczyzna. – Puść jej trochę twojej muzyki, może znów da znak życia.

 

Dwie godziny później Karolina Mrawiec, słysząc początek Mozartowskiej Mszy koronacyjnej, obudziła się ze śpiączki i uśmiechnęła się do swej siostry.

* * *

Undermoon po rozmowie z Katarzyną był tak wściekły, że postanowił pobiegać na bieżni. Nie zauważył w nerwach, że sięgnął po butelkę wody mineralnej „Ceylon Rain”, która stała nieco bardziej oddalona od innych. Więcej niż cztery centymetry.

* * *

Fragment artykułu w „Gazecie Wrocławskiej”, pt. „Śmierć klawesynisty”.

 

Światowej sławy klawesynista, muzykolog i filozof, pięćdziesięcioletni obywatel brytyjski, Allan U. dostał paroksyzmów we wrocławskim fitness clubie i zmarł. Sekcja zwłok nie wykazała przyczyn zgonu. Dopiero badania toksykologiczne potwierdziły obecność w jego organizmie strychniny. Po szczegółowych poszukiwaniach, a potem badaniach wszystkich substancji, z którymi denat mógł mieć do czynienia w ostatnich chwilach życia, okazało się, że strychninę zawierała butelka wody mineralnej „Ceylon Rain”, którą Allan U. opróżnił w sali gimnastycznej. Smutnym paradoksem jest to, że była to ulubiona woda mineralna Allana U. i że kilka lat temu był twarzą jej kampanii reklamowej.