Wydanie: MWM 09/2016

Tylko bez populizmu, proszę

Article_more
Europa Cantans – z początku można doznać wrażenia, że festiwal Wratislavia Cantans zmienił nazwę. Jednak nie, to tylko wymowny podtytuł, czujne podkreślenie czasu wyjątkowego, kiedy Wrocław jest Europejską Stolicą Kultury 2016.

Giovanni Antonini postanowił pokazać muzyczne skarby Starego Kontynentu, owo bogactwo różnorodności, wartość samą w sobie. Jeszcze raz uświadamia starą prawdę, że ważne jest tylko to, co sumuje owoce ludzkiej imaginacji, że na unikatowość europejskiej muzyki pracowały pokolenia, różne tradycje, odmienne grupy etniczne i konkurujące ze sobą (często bardzo krwawo) religie i konfesje. W dobie agresywnych populizmów, w czasie, kiedy prymitywnym, wrzaskliwym liderom skrajnych ruchów i partyjek marzy się Europa znów podzielona granicami i płotami – gest to godzien najwyższego uznania. Może to program, który można odczytywać nawet w kategoriach politycznego manifestu i przestrogi?

 

Wratislavia rozpięta została między XIII Symfonią op. 113 „Babi Jar” Szostakowicza, a Pasją według św. Mateusza Bacha. Ramy niezwykle symboliczne, akcentujące to, co w dziejach Europy najpiękniejsze, najwznioślejsze, ale i to, co najtragiczniejsze i najbardziej przerażające. XIII Symfonia Szostakowicza jest nie tylko wymownym upamiętnieniem Holokaustu, masakry ukraińskich Żydów w podkijowskim wąwozie. To również rozliczenie z totalitaryzmem sowieckim, dobitny portret stalinizmu i requiem dla jego ofiar. Babi Jar – symboliczny grób Europy przygniecionej XX-wiecznymi totalitaryzmami – przestrzega przed skutkami ludzkiej buty i arogancji władzy. Uznajmy więc Pasję Mateuszową Bacha za metafizyczną przeciwwagę dla ludzkiego upadku, za kwintesencję szlachetności człowieka, może za najwymowniejszy symbol cywilizacji europejskiej. „Wielka Pasja – jak napisał Christoph Wolff – ze względu na rozmiary i wymagania wykonawcze, wyrafinowanie kompozytorskie i mistrzostwo techniczne, a także potężny i przejmujący ładunek wyrazowy pozostawia daleko w tyle wszystko, co było przyjęte, czy nawet wyobrażalne, w muzyce religijnej tamtych czasów”. I od trzystu lat, na dobrą sprawę, niewiele się zmieniło. Pasja Mateuszowa to jedno z największych dokonań człowieka – kto choć raz jej nie słyszał, nie będzie mógł nawet wyobrazić sobie, na czym polega „muzyczny raj”. 

I tutaj dochodzimy do sedna. Ponieważ bogactwo programu Wratislavii Cantans trochę onieśmiela, a gdybym chociaż po dwa zdania chciał napisać o każdym z koncertów, to daleko przekroczyłbym ramy tej kolumny, zamierzałem podkreślić jeden, istotny aspekt większości proponowanych koncertów – spojrzenie wykonawcze. Pasja Mateuszowa zabrzmi pod dyrekcją Sir Johna Eliota Gardinera, jednego z największych dyrygentów naszych czasów. W dziennikarskim żargonie po tych słowach najczęściej pada sakramentalne sformułowanie „specjalisty od wykonawstwa muzyki baroku” albo „specjalisty od wykonawstwa historycznego”. Tak, w naszych czasach trudno wyobrazić sobie wykonanie muzyki sprzed kilkuset lat abstrahujące od próby zrozumienia kontekstu tamtej doby, od chęci przybliżenia się do ówczesnych manier wykonawczych, sposobów artykulacji czy – to banał – od sięgnięcia po adekwatne instrumenty, które wtedy były używane. Obecnie są to najczęściej pieczołowicie wykonane kopie. Wydawałoby się, że dyskusję na ten temat mamy przerobioną, argumenty przewałkowane na wszystkie możliwe strony. Myślałem, że dzisiaj możemy się spierać na temat szczegółów związanych z proponowanymi rozwiązaniami, na temat wielkości obsad czy innych niuansów, konkurować na gruncie interpretacji. Tymczasem okazuje się, że nie dla wszystkich jest to tak oczywiste.

 

Jak przeczytałem w czerwcowym numerze „MwM”, Daniel Barenboim ogłosił, że „zamierza częściej dyrygować muzyką, którą w ostatnim czasie zajmują się przede wszystkim przedstawiciele ruchu wykonawstwa historycznego” – co cieszy (wszak w różnorodności siła!), ale zaraz dodał: „niektórzy badacze przekonują, że wiedzą dokładnie, co i jak grało się trzysta lat temu – co grało się krócej, co szybciej”. I w tym momencie trzeba powiedzieć STOP! To nie tak! Pierwsze słyszę, aby ktoś arbitralnie twierdził, że wie z całą pewnością. Każdy artysta (a Gardiner jest tu koronnym przykładem) zawsze powie, że jego rozwiązania wykonawcze są jedynie propozycją, wizją, sposobem zrozumienia i odczytania, a nie ostatecznie objawioną prawdą. Myślałem, że prawie trzydzieści pięć lat po ukazaniu się tak ważnej (a niezbyt trudnej, bo niemal popularnej) książki, jak Muzyka mową dźwięków Nikolausa Harnoncourta, na temat fundamentalnych rozwiązań w wykonawstwie muzyki baroku rozmawiać już nie trzeba. Wychodzi jednak na to, że Barenboim po prostu argumentów Harnoncourta nie zna, albo nie chce znać. I znów spróbuje przekonywać, że Bachowi marzyły się instrumenty elektroniczne, bo te, którymi dysponował, były stare, rozklekotane i niemożliwe do nastrojenia, a w ogóle to w lipskich kościołach dokuczało zimno i nie było prądu. Nie chciałbym zbyt ostro oceniać Daniela Barenboima (którego szanuję, choćby za interpretacje Wagnera), ale zdaje się, że wypowiedział się jak muzyczny populista, szermujący nieprawdziwymi argumentami.

 

Więc jeszcze raz – STOP! Nie posłucham Pasji Bacha w wykonaniu współczesnej orkiestry symfonicznej, bo to nie ta estetyka. A na temat rozmiarów obsady czy wykonywania ozdobników bardzo chętnie podyskutuję, bo to owoce ludzkiej imaginacji. Tylko bez populistycznych argumentów. Od nich chwieje się dziś świat, a wolność jest zagrożona. Lepiej, żeby Europa śpiewała…