Wydanie: MWM 09/2016

Z pieśnią na ustach

Article_more
Co muzyka może zrobić dla świata w dzisiejszych czasach? Jaką wizję mu zaproponować? Piszę swój tekst niedługo po referendum w sprawie Brexitu, kiedy zastanawiamy się nad przyszłością Unii Europejskiej, nad perspektywami, nad tym, co z Polską.

Co parę tygodni docierają do nas informacje o kolejnych zamachach, ofiarach, mordowanych ze względu na język, którym mówią, domniemaną orientację seksualną, narodowość, obywatelstwo. „Wszyscy ludzie będą braćmi”, zakorzeniona w ideałach rewolucji francuskiej nadzieja Schillera i Beethovena, jest dzisiaj opatrzona znakiem zapytania. „Braćmi”? Gdzie jest braterstwo, kiedy odmawiamy pomocy uchodźcom, wymyślając najrozmaitsze wytłumaczenia maskujące nasz rasizm i niechęć do pomocy? Jaka wolność, ograniczana dziś pod pretekstem walki z terroryzmem czy ochrony praw jednej grupy przed naporem drugiej? Co z równością, jeśli akceptujemy rozrost narodowych egoizmów – czy zaczniemy się znowu rozpychać i walczyć o dominację na kontynencie?

 

„Bez Mozarta świat przetrwa” – zauważyła kiedyś Maria João Pires, ustawiając swój pianistyczny fach w ogólnej hierarchii wartości. Muzyka Mozarta może pomagać jednostce, jest dobra na osobisty ból istnienia. Ale czy nie trzeba nam dzisiaj wizji wznoszącej się ponad jednostkę, ponad małe europejskie narody? Gdzie hymny, pieśni, z którymi na ustach przypominać będziemy sobie i światu, co dla nas najważniejsze? Patos Dziewiątej Beethovena brzmi dzisiaj być może znów mniej anachronicznie, jednoczy w sobie tych, którzy nadal wierzą w europejską wspólnotę. Ale czy takie muzyczne gesty mają jeszcze znaczenie?

Europejska muzyka klasyczna stała zawsze przy władzy: administracyjnej, duchownej, finansowej. Nigdy nie była przesadnie demokratyczna – a demokratycznych narzędzi używają w naszej kulturze nawet najbardziej radykalne stronnictwa. Unia Europejska jako instytucja promuje swoje wartości z pewną ambiwalencją, niechętnie wykorzystując w tym celu muzykę klasyczną. Beethoven – tak, pieniądze na muzykę tak, ale rozumianą jako rozwój rozmaitych narracji. Czy faktycznie pielęgnowanie dziedzictwa przyniosło jej jakąś korzyść, choćby niewymierną? Zabrakło pewnej wspólnej platformy uświadamiania owego dziedzictwa Europejczykom: Słowacja dla Anglika to nadal terra incognita, a wspomniane idee francuskiej rewolucji burżuazyjnej w uszach przeciętnego Polaka brzmią jak jakieś niebezpieczne, lewackie frazesy. Muzyka niosąca konkretne idee traktowana była z rezerwą także dlatego, że rodzinne losy ogromnej większości europejskich rodzin były formowane i deformowane za sprawą totalitaryzmów. Boimy się tej wspólnoty – i pożądamy jej zarazem. Powojenna awangarda odnosiła względne sukcesy dzięki temu, że poddawała relacje społeczne gruntownej krytyce, ale kiedy próbowała dawać recepty, odpowiadać na pytania – nieuchronnie ześlizgiwała się w banał, we własne przeciwieństwo. Próby restytucji dawnych estetyk też nie porywały nikogo do działania – pełniły raczej funkcję użytkową. Także muzyka religijna nie jest wyjątkiem, w warunkach demokratycznych nieuchronnie „sprywatyzowana” wraz z ideałami, którym służyła.

 

Wygląda zatem na to, że europejska muzyka klasyczna, ta „partyturowa”, uwierzyła w ułudę końca historii. Być może pozostaje dzisiaj domeną tych, którzy owo złudzenie w sobie pielęgnują. Czy zatem Dziewiąta, znów budząca emocje wśród niektórych, stała się paradoksalnie hymnem ancien régime’u, własnym przeciwieństwem? Czy jest wciąż odpowiedzią, czy też ktoś inny tej właściwej odpowiedzi udzieli? Sztuka idzie zwykle przed życiem – gdzie zatem szukać hymnów nowego świata? Czasem strach myśleć, ale niemyślenie jest najgorszym rozwiązaniem.