Co tak pięknie gra?

Article_more
Pianino ze świętym obrazkiem dla królewny skandalistki, klawesyn, na którym grał Mozart, i róg zrobiony dla pruskiego księcia, uwielbiającego polowania na żubry – wszystko to zobaczycie w Pałacu Królewskim. Drodzy goście Wratislavii Cantans, czas wybrać się na wystawę, żeby obejrzeć sławne instrumenty zrobione we Wrocławiu lub tu używane!

Wystawa została rozlokowana w apartamentach królewskich. To dobre miejsce, bo ich utytułowani gospodarze nie tylko słuchali muzyki, ale też sami grali i komponowali. Pruski monarcha Fryderyk Wielki – ten, który wrocławski pałac barona Spätgena uczynił swoją siedzibą i podniósł Wrocław do godności rezydencjonalnej stolicy Prus (obok Berlina i Królewca) – uczył się gry na flecie u jednego z najsłynniejszych flecistów epoki, Johanna Joachima Quantza, i podobno osiągnął w tej sztuce mistrzostwo. 


Po zakończeniu spraw urzędowych lub wyrżnięciu kilku armii (dwadzieścia dwa lata wojen z Austrią i jej sojusznikami zapełniło wiele cmentarzy) odprężał się przy muzykowaniu, towarzyszył mu na klawesynie syn Johanna Sebastiana Bacha, Carl Philipp Emanuel, a w rolę pierwszego skrzypka wcielał się Franz Benda. Taki obrazek uwiecznił w 1852 roku na płótnie wrocławski malarz Adolf von Menzel. Zatytułował go Koncert w pałacu Sans-Souci, ale we wrocławskiej rezydencji też słychać było dźwięki muzyki. 


Fryderyk nie tylko grał, lecz także komponował, głównie koncerty fletowe z myślą o sobie w roli solisty, oraz symfonie i kantaty, rzadziej – arie, do dziś wykonywane na koncertach i nagrywane. Bywalcy Wratislavii Cantans mieli już okazję posłuchać królewskich utworów i trzeba przyznać, że trudno odkryć ich arystokratyczne pochodzenie. Bardzo porządna robota. 


Następca Starego Fryca i jego bratanek, Fryderyk Wilhelm II, także bywający we Wrocławiu (czego pamiątką jest kolumna stojąca w Parku Szczytnickim, już bez posągu króla), uwielbiał wystawne życie, uczty, kochanki i wiolonczelę, z którą radził sobie całkiem nieźle, a nawet wybitnie – w zależności od wielkości zasobów wazeliny, jakimi dysponowali słuchacze. 


Wielu monarchów i wodzów relaksowało się przy muzyce. Król Jan III Sobieski słuchał koncertów wykonywanych na klawesynie, który Marysieńce sprezentowała cesarzowa Eleonora Magdalena w ramach podziękowań za wiktorię wiedeńską. Z kolei książę Józef Poniatowski często sam się „zabawiał” grą na fortepianie i muzykowaniem w gronie przyjaciół lub też oglądaniem oraz „odgrywaniem” sztuk, również muzycznych. W inwentarzach jego pałaców i siedzib doliczono się łącznie sześciu fortepianów, klawesynu i harmoniki szklanej. Miał też biurko z ukrytym pod blatem do pisania, wysuwanym klawikordem, będącym jedną z odmian klawesynu. Towarzyszyło mu prawdopodobnie na wyprawach, bo zachowały się przekazy o jakimś „klawikorcie” wożonym w taborach.


Paluszki cudownego dziecka
Klawesyny stały także w pałacach Fryderyka Wielkiego, a jego instrument, który zobaczymy na wystawie, to dzieło sławnego londyńskiego wytwórcy Burkata Shudiego, z pochodzenia Szwajcara. To klawesyn numer 496, na którym grał Mozart. Fryderyk zamówił u Shudiego pięć klawesynów dla pięciu królewskich rezydencji. Numer 496 miał trafić do Breslau, ale zanim został zapakowany, Shudi wystawił instrument w swoim salonie, żeby znawcy ocenili jego klasę. Był czwartek, 16 maja 1765 roku, za klawiaturą usiadł dziewięcioletni chłopiec, Wunderkind Wolfgang Amadeus. Próba musiała wypaść dobrze, klawesyn wyruszył w podróż.


Stał we wrocławskim pałacu do maja 1945 roku i po kapitulacji Festung Breslau padł ofiarą sowieckiej grabieży. Zanim zdobywcy twierdzy podpalili królewską rezydencję, wtedy już zamienioną w muzeum, zabrali klawesyn i pewnie już byśmy go nie oglądali, gdyby ciężarówka, na której wieźli instrument nie popsuła się na wsi pod Warszawą. Klawesyn został przehandlowany za bańkę spirytusu. Kilka lat temu kupiło go Muzeum Instrumentów Muzycznych w Poznaniu i wtedy się okazało, że to eksponat z królewską przeszłością, co w branży wywołało sensację. Dzięki wystawie w Pałacu Królewskim klawesyn znów wraca do miejsca, dla którego został stworzony. 


Graj i nie grzesz więcej
Równie ciekawą pożyczką z Poznania jest pianino dedykowane Mariannie Orańskiej, zbudowane w słynnej wrocławskiej wytwórni Traugotta Berndta, posiadającego tytuł „Hof-Instrumentenmacher” Jej Wysokości. W centrum drzwi górnych (środkowe okienko) znajduje się malowany na desce obraz olejny, przedstawiający młodą kobietę z krucyfiksem w dłoniach. To dowód, że nie mamy do czynienia z pianinem z seryjnej produkcji, lecz wykonanym na zamówienie specjalne. 


Święty obrazek trochę nie pasuje do Marianny, córki króla Holandii i żony pruskiego królewicza, a poza tym skandalistki. Pianino zbudowano prawdopodobnie między 1850 a 1860 rokiem, a więc w czasie, gdy o Mariannie plotkowała cała Europa. Urodziła dziecko swojemu koniuszemu i rozwiodła się z mężem, Albrechtem von Hohenzollernem, najmłodszym synem pruskiego monarchy Fryderyka Wilhelma III. To nie było proste rozstanie. Musiała opuścić dzieci, nie wolno jej było przebywać na terenie Prus dłużej niż dwadzieścia cztery godziny, została postawiona pod pręgierzem opinii publicznej.

 

Urodziła się w 1810 roku w Berlinie, bo rodziców wygnał z Holandii Napoleon, osadzając tam swojego brata, Ludwika. Ale pięć lat później karta się odwróciła i ojciec Marianny, książę Wilhelm VI Orański, suwerenny władca Niderlandów, został decyzją Kongresu Wiedeńskiego pierwszym królem Holandii. Królewnę trzeba było dobrze wydać za mąż. Marianna romantyczną miłością obdarzyła szwedzkiego księcia Gustawa Wazę, ale swoją rękę musiała oddać kuzynowi. Mariaż w rodzinie, wszyscy zachwyceni, Marianna znowu zakochana. Gdyby słuchała rady XVI-wiecznego francuskiego pisarza Michela de Montaigne’a, twierdzącego, że „dobre małżeństwo to takie, w którym kobieta jest ślepa, a mężczyzna głuchy”, to pewnie Europa nie miałaby o czym plotkować, ale nie chciała być ślepa. A Albrecht nie chciał być wierny.

Dalej było jak w życiowych powieściach – przystojny (i żonaty) koniuszy stał się powiernikiem królewny, a porywy ich serc i ciał wydały owoc. Wiele dam z arystokracji miało taki problem, ale tylko Marianna niczego nie ukrywała, to jedyna członkini Domu Orańskiego z nieślubnym dzieckiem. Świetnie sobie poradziła. Najpierw zadbała o materialne podstawy egzystencji nowej rodziny. Sprawa o alimenty ciągnęła się w nieskończoność, więc Marianna utrzymywała się z własnych majątków, z których większość znajdowała się na terenie Śląska i hrabstwa kłodzkiego. Pod jej ręką wszystko kwitło, a zamek w Kamieńcu Ząbkowickim zaczął przypominać rezydencję wielkich mistrzów krzyżackich w Malborku. Ale z fortepianem w salonie.

 

Pojedziemy na łów, na łów

Jeśli zasypiacie przy takich romansowych opowieściach i plumkaniu klawesynu, obudzi was dźwięk rogu, puzonu lub trąby. Śląskie instrumenty dęte – szczególnie blaszane – to klasa sama w sobie. Najstarszym znanym z imienia wytwórcą trąb jest Johann Florian Bittner, figurujący w księdze ślubów wrocławskiej parafii pw. św. Maurycego pod datą 8 stycznia 1709 roku. Niestety nie znamy jego następców, być może się ich nie dochował, ale kilka rodów budowniczych instrumentów dętych przeszło do historii śląskiej sztuki i miejscowego biznesu. W pierwszej połowie XIX wieku byli to Flemmingowie i Schöngarthowie.

 

Ci pierwsi otworzyli warsztat przy ulicy Szewskiej, a ci drudzy mieli wytwórnię na Przedmieściu Oławskim. W końcu ich drogi się zbiegły – w 1813 roku najstarsza córka Karla Benjamina Flemminga wyszła za mąż za Johanna Gottlieba Schöngartha. Na wystawie można zobaczyć między innymi kornet altowy w stroju „es” (ok. 1895) z wytwórni Schöngartha oraz trąbkę sygnałową wojsk pruskich z oryginalnym ustnikiem. Wyprodukowano ją około 1815 roku, czyli mogłaby pamiętać zwycięską dla Prus bitwę pod Waterloo.

 

Jednak sygnałówkę przebija zdecydowanie róg pszczyński (Pless horn), który na zwieńczeniu czary głosowej ma wygrawerowane nazwisko producenta: Franz Hirschberg. Pracował we Wrocławiu od 1869 roku i skutecznie starał się o udoskonalanie swoich instrumentów. W 1873 roku dostał pięcioletni patent na róg swojego pomysłu. Nie brakowało mu też ambicji – w 1875 roku posłał na Wystawę Światową w Wiedniu róg, róg koncertowy i kornet. Ale nie wiadomo, czy by wylansował swoje wyroby, gdyby nie wielki pruski magnat, Hans Heinrich XI Prinz von Pless, Reichsgraf von Hochberg, Freiherr zu Fürstenstein etc. (tytułów miał tyle, że trudno je wyliczyć jednym tchem).

 

Posiadał dwa fideikomisy, czyli dobra niepodzielne i niesprzedawalne, a dziedziczone przez najstarszego syna. Perłą dolnośląskiego był wałbrzyski zamek Książ (wówczas Fürstenstein), a górnośląskiego – zamek Pszczyna (Pless). Hochberg szczególnie dbał o łowiska, które słynęły z bogactwa i różnorodności zwierzyny, na polowania przyjeżdżał tu sam cesarz Wilhelm II. Książę w 1865 roku sprowadził z Rosji do Pszczyny żubry i uczynił je atrakcją łowiecką dla wybranych.

 

Ale zwierzyna i broń to zbyt mało, żeby polowanie było udane, potrzebne są też instrumenty muzyczne, bo bez sygnałów porozumiewawczych trudno się było obejść, a komórek jeszcze nie wynaleziono. Rogi Parforce odchodziły do lamusa, kończył się przecież czas polowań konnych, a z dużym i nieporęcznym rogiem trudno się było piechotą przedzierać przez leśny gąszcz. Muzykalny Hans Heinrich Hochberg uznał więc, że trzeba skonstruować nowy instrument i dał zlecenie Hirschbergowi.

 

Mały róg (nazwany Fürst-Pless) okazał się idealny. Z polecenia księcia pszczyński muzyk i księgarz J. Rosner spisał i uporządkował ponad czterdzieści sygnałów organizacyjnych, pokotu i marszy, które w 1878 roku wydał w formie książeczki z zapisem nutowym. Do 1910 roku ukazało się ponad dwadzieścia wydań. Część tych sygnałów była znana i używana już wcześniej, inne komponowano na bieżąco. Do dziś są używane.

  

Róg pszczyński to nieskomplikowany instrument o długości 130 cm, skręcony w półtora zwoja do średnicy 17–20 cm. Często owijany skórą, noszony jest na pasku. Można z niego wydobyć sześć dźwięków w skali naturalnej i stroju B, pozwalających na wykonanie prostszych utworów muzycznych o charakterze sygnałów, fanfar lub marszy. Służba leśna w dobrach pszczyńskich musiała ćwiczyć grę na rogu, ale nie wszyscy potrafili zagrać w każdych warunkach pogodowych, na przykład w czasie silnego mrozu czy wiatru.

 

Każdego roku w dniu urodzin księcia Hansa Heinricha XI leśnicy musieli prezentować umiejętność grania na plesówce, czyli rogu pszczyńskim, i rywalizować w strzelaniu. Na najlepszych czekały cenne nagrody, choć najcenniejszy prezent dostał sam książę. W 1905 roku, dla uczczenia pięćdziesiątej rocznicy objęcia władzy w dobrach pszczyńskich, ofiarowano mu róg wykonany ze srebra przez firmę Eduard Kruspe z Erfurtu. Został zrabowany w 1921 roku i dotąd nie wypłynął, choć poszukiwaczy srebrnej plesówki nie brakuje.

 

Sygnalistki myśliwskie z Technikum Leśnego w Brynku tłumaczyły w rozmowie z „Gazetą Wyborczą”, że gra na rogu wymaga kondycji: „usta wysiadają po trzech minutach, a krzywe zęby się prostują”, ale „potem na szczęście można się całować i jest jakaś ulga”, co „Muzyka w Mieście” poleca wszystkim czytelnikom.