Wydanie: MWM 09/2016

O tenorzyście, który został tenorem

Article_more
Przez ten cykl przewinęło się już wiele dziwacznych postaci: jazzmani nienawidzący jazzu, swingujący dudziarze, kowboje z saksofonami, wizjonerzy-prowokatorzy i Bóg wie, kto jeszcze. Jednak wszystkie ich ekscesy mieściły się w pewnej normie – jazzowy świat niejedno widział i niejedno przeżył. Ale niewielu artystów w jego historii zdecydowało się na krok równie niezrozumiały dla jazzowej braci, jak ten wykonany przez Håkona Kornstada – kiedy to zapragnął śpiewać w operze.

W 2009 roku norweski saksofonista tenorowy nagrywa drugi już w karierze (świetnie potem przyjęty) album solowy – ale praca nad nim jest dla niego męką i nie przynosi oczekiwanego spełnienia. Piękny kościół Sofienberg, pełna artystyczna swoboda, wirtuozerskie możliwości, za konsoletą słynny z nagrań ECM inżynier Jan Erik Kongshaug – Kornstad nie miał na co narzekać. A jednak ogarniało go coraz większe wrażenie powtarzania się i artystycznego kręcenia się w kółko. Poczucie muzycznej stagnacji skutkowało brakiem przyjemności z grania i prowadziło do wzrostu zniechęcenia.

 

Wszystko, co najważniejsze, wydarzyło się jeszcze w tym samym roku w Nowym Jorku. Przyjaciel Kornstada zaprosił go na przedstawienie w Metropolitan Opera. Zaproszenie saksofonista przyjął, choć bez większego entuzjazmu. Typowym bowiem nastawieniem jazzowych muzyków, krytyków i fanów wobec opery jest lekceważenie, w skrajnych, choć nierzadkich przypadkach przechodzące w pogardę. Nowoczesna muzyka improwizowana wraz z jej chropawym autentyzmem była i ma być zaprzeczeniem tego wszystkiego, co w operze – zdaniem jazzowego świata – najgorsze: koturnowości, sztuczności, wyperfumowanego snobizmu. Słusznie czy nie – to w tym momencie nieistotne – takie podejście jest w zasadzie powszechne.

 

Wystawiane w Metropolitan Rycerskość wieśniacza Mascagniego i Pajace Leoncavalla okazały się dla Håkona Kornstada doświadczeniem wstrząsającym. Do głębi poruszyła go ponadczasowość ignorowanej przez niego muzyki oraz naturalna siła ludzkiego głosu. Ziarno zostało zasiane. W Nowym Jorku miał również zagrać koncert na wernisażu w awangardowej galerii. Występ saksofonisty przerodził się, wbrew oczekiwaniom i woli Kornstada, w dziki performance, który wprawił go w zażenowanie i – ponownie – podał w wątpliwość sens uprawianej przez niego muzyki. Próby w duecie z poznaną na feralnym wieczorze sopranistką nie poprawiły sytuacji, wręcz przeciwnie – Kornstad nie tyle już wątpił, ile był pewien, że podążył w życiu błędną ścieżką. Teraz już wiedział jedno – że chce śpiewać.

 

Lekcje u profesjonalnej śpiewaczki operowej rozpoczęły się od trenowania tych wszystkich mięśni, których nieco gardłowy język norweski nie rozwija. „Czułem się jak szesnastolatek – opowiadał podczas występu w Oslo w 2012 roku – znów ktoś mówił mi, co mam robić!”. Bez techniki, bez repertuaru, wydatnie ograniczając swoją dotychczasową działalność koncertową, freejazzowy saksofonista wymyśla siebie od nowa i pragnie śpiewać opery? Podziwu godna fantazja. I odwaga.

Może powinniśmy ustalić, z kim mamy do czynienia. W momencie swojego załamania Kornstad miał trzydzieści dwa lata, jedenaście lat poważnej kariery za sobą i ustaloną już pozycję na skandynawskiej scenie muzycznej. Zdążył nagrać kilkadziesiąt (!) albumów z takimi muzykami, jak Paal Nilssen-Love, Håvard Wiik, Bugge Wesseltoft, Sidsel Endresen, Barry Guy czy z popularną grupą Wibutee. Wydawał płyty w tak cenionych wytwórniach, jak Jazzland, Smalltown Supersound czy Sofa. Zakładał jedną z najważniejszych grup w całej historii skandynawskiego jazzu, szwedzko-norweską Atomic. Niektóre z jego nagrań – jak przejmująca, zarejestrowana na rok przed kryzysem wraz z kontrabasistą Ingebrigtem Håkerem Flatenem płyta Elise, z osobistymi, minimalistycznymi interpretacjami ludowych pieśni wydobytych z domowego archiwum – należy określić jako wybitne.

 

Muzycy muszą wierzyć – i wierzą – w wyjątkowość i wagę tego, czym się zajmują. W słuszność swoich życiowych wyborów. Dlatego, obcując z improwizatorami, mamy wrażenie, że jazz, free jazz, swobodna improwizacja – zależnie, co kto uprawia – są najdoskonalszymi rodzajami artystycznej ekspresji w historii ludzkości. Wypalenie i wątpliwości to tabu; nie dotykają one nikogo, po prostu się nie zdarzają. Muzyka zawsze jest wielka. W głębokiej niszy artyści próbują zbudować swoje małe, w miarę bezpieczne światy. I nie burzy się ich tylko dlatego, że usłyszało się ładną operę.

 

Kornstad szedł jednak dalej. Po dwóch latach prywatnych lekcji, nie spotykając się ze zbyt wielkim zrozumieniem dla swojej nowej pasji ze strony kolegów muzyków, złożył podanie do akademii Operahøgskolen w Oslo – i dostał się, jako, jak sam mówi, prawdopodobnie najstarszy student w historii. Debiutował na operowych deskach jeszcze w 2011 roku w studenckim przedstawieniu Rzekomej ogrodniczki Mozarta.

 

Czy jest dobry? Mogę ocenić jego grę na saksofonie, w kwestii opery jestem entuzjastą, nie ekspertem. Skoro jednak występuje w Così fan tutte w Operze Narodowej w Oslo, musi prezentować poziom przynajmniej przyzwoity. Usłyszeć go było można również w operze Adam i Ewa norweskiej kompozytorki Cecilii Ore oraz rozlicznych koncertach okolicznościowych. Jednak operowa przygoda nie tyle stworzyła dla świata wielkiego śpiewaka, ile ocaliła wyśmienitego saksofonistę. Wolność free jazzu, którą wcześniej zagubił, dzięki operowym doświadczeniom odnalazł ponownie.

 

Oczywiście, cała ta historia ma niewątpliwy walor marketingowy. Zamiast „saksofonistą jazzowym grającym jazz na saksofonie” lepiej być „saksofonistą jazzowym, który śpiewa arie operowe podczas koncertu”. Nieuczciwie byłoby jednak wyrzucać artyście wykorzystanie okazji do wyróżnienia się; tym bardziej, jeśli doszedł do tego ciężką pracą, w dość późnym wieku, bez gwarancji sukcesu.

 

Niedługo opierał się łączeniu obu estetyk. Na Symphonies In My Head z 2011 roku znajdziemy tylko arię z Poławiaczy pereł Bizeta. Na Tenor Battle z 2015 roku zarejestrował już wyłącznie wokalno-saksofonowe interpretacje Monteverdiego, Richarda Straussa, Rimskiego-Korsakowa, Francesco Paolo Tostiego, Masseneta, Glucka i ponownie Bizeta. Wykorzystując elektroniczny looper podczas solowych koncertów, Kornstad przeplata freejazzowe improwizacje partiami śpiewanymi. Czasami miesza oba porządki, zawsze wywołuje euforię – tak, tej podobno niecierpiącej opery – publiczności. Chodzą zresztą słuchy, że w przyszłym roku saksofonista zagra w Polsce.

 

I zaśpiewa, oczywiście.