Autor: Jacek Dehnel

Trójkąt. Wiedeń, 19 października 2014 roku

Mały pitawal przestępstw dokonanych za pomocą instrumentów muzycznych
Article_more
Policjanci, wchodzący do mieszkania przy Linke Wienzeile, nie musieli wyważać drzwi; wiedzieli też, czego mają się spodziewać – wszystko zapowiedział list, który trafił na posterunek 21 października rano. Wewnątrz mieszkania znaleźli zwłoki sześćdziesięcioośmioletniego mężczyzny, nieco już obrzmiałe. Tu i tam widać było plamy krwi, ale żadnych śladów walki czy rabunku. Lekarz urzędowo stwierdził zgon i określił jego czas mniej więcej zgodnie z tym, co podane było w liście; obok zwłok, na prostym, XVIII-wiecznym stoliku z warsztatu Davida Roentgena, zostały przyszykowane – idealnie równo ułożone – dokumenty, które pozwoliły zidentyfikować zmarłego jako Leopolda Franza Haydnkugla.

Dr Leopold Franz Haydnkugel, światowej sławy specjalista w zakresie kryminalistyki (zwłaszcza odcisków podeszwy buta oraz identyfikowania włókien naturalnych i syntetycznych), znany był także ze swoich upodobań muzycznych i zbierackich. Haydnkuglowie mieli swoje stałe miejsce na kolekcjonerskim firmamencie Wiednia, począwszy od jego pradziadka, Leopolda (XVIII-wieczne tabakierki, w tym dwie należące do Salieriego; z dumą powtarzał, że nigdy nie splamił się włączeniem do kolekcji tabakierki wykonanej w wieku XIX, nie mówiąc już o XX), przez dziadka, Franza (rękopisy kompozytorów, w tym największa bodaj zgromadzona w rękach prywatnych kolekcja sprośnych rysunków Mozarta, utracona niestety bezpowrotnie w trakcie bombardowań Salzburga) i ojca, Franza Leopolda (znakomity zbiór schubertianów, w całości podzielony zapisem testamentowym pomiędzy Schubert Geburtshaus przy Nußdorferstraße 54 a Schubert Sterbewohnung przy Kettenbrückengasse 6).

 

Sam Leopold Franz znany był zarówno przez straganiarzy Naschmarktu, jak i przez szacownych antykwariuszy z Dorotheergasse i Stalburggase, w tym przez arystokratów tej profesji, specjalistów z Dorotheum. Wszyscy wiedzieli, że zbiera instrumenty muzyczne, zwłaszcza smyczkowe, wytwarzane w warsztatach XVIII-wiecznego Wiednia, czyli takie, na których grać mogli muzycy, wykonujący po raz pierwszy dzieła Haydna, Beethovena czy Mozarta.

 

Mało kto był wszakże wtajemniczony w bardziej sekretny dział kolekcjonerstwa Haydnkugla, który łączył jego zainteresowania muzyczne z kryminalistycznymi. Zbierał mianowicie – nie szczędząc ani wysiłków, ani pieniędzy, pochodzących głównie ze sprzedaży rozmaitych działów rodzinnych kolekcji – instrumenty muzyczne, którymi kogoś uśmiercono. Przeznaczył na ich potrzeby specjalny pokój w swoim obszernym mieszkaniu przy Linke Wienzeile, nie tylko dlatego, że uważał je za szczególnie cenne, ale i dlatego, że przynajmniej część z nich została pozyskana w sposób nielegalny.

 

Haydnkugel był dość wybredny; z zasady nie uznawał na przykład żadnych elektrofonów i dlatego odrzucił propozycję zakupu sznura od gitary elektrycznej, którą basista zespołu Jabberwocky zadusił swoją groupie, kończąc tym samym tournée formacji w czerwcu 1981 roku. Zbył również peruwiańskiego marszanda Antonia Romero, który w imieniu majora Enrique Moralesa oferował mu – w cenie wcale niewygórowanej – jeden z głośników, jakimi dopiero co, w maju 1994 roku, doprowadzono do samobójstwa dyktatora Republiki Kordylierskiej, pułkownika Arencibię poprzez nieprzerwane puszczanie mu fortepianowej wersji La cumparsity. Nie ufał również rozmaitym wydrwigroszom, przynoszącym mu podejrzane struny, którymi rzekomo zaduszono kogoś w Sztokholmie, morderczy obój, którym zakłuto holenderskiego turystę w Bangkoku, i tak dalej. Każdą transakcję poprzedzały szczegółowe, profesjonalne badania i przeglądanie policyjnych baz danych, do których Haydnkugel miał dostęp z racji wykonywanego zawodu.

Z drugiej jednak strony jeśli trafił na sprawdzony autentyk, nie gardził nawet drobnymi elementami instrumentów, jak choćby czterema klawiszami z fortepianu, który eksplodował we wrocławskim hotelu „Amerika” w roku 1913, ustnikiem saksofonu, którym otruto Johnny’ego „Rubinowe usta” Taranto w chicagowskiej spelunie w 1957 roku, czy dwoma kawałkami gryfu bałałajki, wyjętymi z gardła Gabriela Pereiry, ofiary seryjnego mordercy Schchukova (i wyniesionymi z magazynu policji nowojorskiej przez nieuczciwego pracownika parę lat po skazaniu mordercy na dożywotnie więzienie). Do pereł jego kolekcji należały piszczałki ze śmiercionośnych organów Jedidiaha Caleba Sherwooda z St. Louis, sprzedane przez kolekcjonera z Austin w stanie Teksas, oraz naostrzone dno gitary, którym klaun Momo niechcący ściął klauna Koko podczas występów Cyrku Sidolego w Bukareszcie jesienią 1879 roku, wydobyte z archiwów rumuńskiej policji tuż po śmierci Ceauşescu.

 

Latem 2014 roku, dowiedziawszy się, że jest śmiertelnie chory, Haydnkugel postanowił przekazać swoją kolekcję wiedeńskiemu Kriminalmuseum przy Große Sperlgasse 24 – zostawiając również stosowną sumę na opłacenie prawników w razie problemów natury własnościowej – a także wzbogacić ją o ostatni eksponat. W tym celu, wykorzystując swoje kontakty zawodowe, znalazł i opłacił bliżej nieznanego płatnego zabójcę, który pozbawił go życia przy pomocy trójkąta. Sprawę załatwiono – na ile można wnioskować z pozostawionych śladów – w sposób bardzo kulturalny, ze znieczuleniem i przy pełnej współpracy ofiary z zatrudnionym mordercą, który zresztą jak dotąd nie został wykryty.

 

Dokładny sposób zabójstwa nie został ujawniony przez austriacką policję i był obiektem licznych spekulacji tak w prasie kryminalistycznej, jak i muzykologicznej.

 

Kolekcja Haydnkugla trafiła do zbiorów Kriminalmuseum, jednak z powodu kłopotów natury prawnej nadal nie została wciągnięta do ksiąg inwentarzowych.