Sezon w inkubatorze

Article_more
Pierwszy sezon Narodowego Forum Muzyki w nowej siedzibie z różnych względów wyróżnia się na tle działań polskich instytucji. I niekoniecznie z powodu samej nowej sali koncertowej. Owszem, ma ona znaczenie zasadnicze, gdyż umożliwiła dokonania, jakie wcześniej nie były możliwe, jednak w Polsce otwarto w ostatnim czasie kilka sal, z czego dwie równie sławne (siedziby NOSPR i Filharmonii Szczecińskiej). Istotniejszy okazuje się efekt synergii, jaki zachodzi między salą a specyfiką NFM – dzięki nowej przestrzeni nareszcie widać, jak niezwykły potencjał posiada cała instytucja.

Patrząc z oddali – jak to jest w moim wypadku – z rzadka tylko dostrzec da się jakość poszczególnych koncertów. Uderza natomiast wszędobylska rozległość oferty. Przeglądając program, stwierdzić można, że nie ma utworu, najdziwniejszej formy na najbardziej niespotykany skład, który miałby nikłe szanse, by zabrzmieć na estradzie NFM. Tutaj – jak nie w niedzielę, to w jakiś czwartek czy wtorek – pojawić się może wszystko. Co oznacza, że można usłyszeć rzeczy, jakich nie usłyszy się nigdzie indziej – i często w ogóle nie wie się o ich istnieniu.

 

Forum dla całej muzyki
NFM to kilkanaście różnych zespołów – ten właśnie fakt ukształtował oblicze sezonu. Brzmiały więc chóry a cappella, klasyczne kwartety (Lutosławski Quartet i inne) czy tria (NFM Trio Smyczkowe Leopoldinum, z utworami Jeana Françaix i Beethovena, ale też i inni artyści, wykonujący nie tylko Brahmsa, lecz i takie rarytasy, jak tria fortepianowe Christiana Barnekowa i Gaspara Cassadó), ansamble dęte (z takimi smakowitościami, jak Sekstet Ludwiga Thuille’a, albo też zawsze błyskotliwy Sekstet Poulenca), różne formacje instrumentów dawnych, wielkie składy symfoniczne i wokalno-instrumentalne; nie zabrakło recitali wokalnych (na przykład pieśni Chopina z Aleksandrą Kurzak, Podróż zimowa Schuberta…). Forum gotowe jest prezentować całą muzykę, wręcz jakby specjalnie zachęcając do wykonywania cymeliów, otwierając się na każdy pomysł. Byleby miał odpowiednio profesjonalną jakość. I tu wyłania się specyfika instytucji – w różnych miejscach na koncertach da się bowiem usłyszeć niecodzienne utwory kameralne, jednak w zdecydowanej większości możliwość ta ogranicza się do produkcji studenckich. Wydaje się natomiast, że NFM stało się nie tylko domem, ale też inkubatorem niezwykłego muzycznego bogactwa – na poziomie profesjonalnym.

 

Jednocześnie, pielęgnując funkcję miejskiej filharmonii – która jako instytucja powołana jest przede wszystkim do prezentacji muzyki (a nie tylko własnej orkiestry, o czym w Polsce regularnie się zapomina) – wypełnia ją, tak na oko, w 500 procentach normy. Gdy filharmonie w Polsce dają koncerty raz w tygodniu (kiedyś dwa razy, ale przecież z tym samym programem), to NFM w którejś ze swych sal gra niemal codziennie.

 

Z koncertu na koncert
Przechodząc do konkretów, warto zauważyć sukcesy Lutosławski Quartet, do których zaliczyć trzeba kolejne prawykonania nowych utworów. Podobnie nie sposób pominąć rozwoju NFM Leopoldinum – Orkiestry Kameralnej, która regularnie już współpracuje z muzykami o światowej renomie, jak Heinz Holliger, Piers Lane czy Ralf Gothóoni – nie wspominając o Krzysztofie Pendereckim. Widoczna jest przy tym specyficzna linia programowa, w znacznej mierze skupiona na minimal music.

 

Bardzo istotny w repertuarze pozostaje nurt muzyki dawnej, realizowany przez kilka zespołów. Miniony sezon odznaczał się przede wszystkim wyeksponowaniem muzyki Händla (podczas koncertów Wrocławskiej Orkiestry Barokowej, która wzięła udział w wykonaniu opery Rinaldo oraz oratoriów Mesjasz i Susanna – tym ostatnim dyrygował Laurence Cummings), muzyki wciąż w Polsce poniekąd niedocenianej, mimo intensywnego w ostatnich latach wprowadzania jej na estrady (oratoria i opery prezentowane były w Krakowie i w Warszawie). Nie zabrakło też jednak Bacha (pod dyrekcją Konrada Junghänela, z udziałem Cantus Cöllln i WOB oraz z okazji jubileuszu Andrzeja Kosendiaka) i nie można zapomnieć o cyklu koncertów „1000 lat muzyki we Wrocławiu”, przedstawiającym utwory ze zbiorów wrocławskich unikatowych na skalę światową. Na tym polu obok koncertów odnotować należy także płytę: Tomasz Dobrzański ze swym zespołem Ars Cantus zarejestrował XVII-wieczne włoskie sonaty solowe (Affetti e passaggi). Płytę z muzyką z tego samego okresu – utworami Pękiela w prima pratica – zarejestrowali również wokaliści pod kierownictwem Andrzeja Kosendiaka.

Szczególnym polem pozostaje jednak orkiestra symfoniczna – poniekąd esencja NFM, której dyrektorem artystycznym pozostawał Benjamin Shwartz. Koncertem monograficznym uczczony został jubileusz Arvo Pärta (dyrygował Tõnu Kaljuste), co na polskim tle było wyróżniającą się pozycją programową; rocznica urodzin Jeana Sibeliusa wszakże wypadła nader zdawkowo (zaledwie Koncert skrzypcowy, najbardziej standardowa pozycja repertuaru; choć w innym momencie wykonana została też wielka II Symfonia, którą zaprezentowała gościnnie występująca Sinfonia Varsovia).

 

Goście, goście
Rocznice same w sobie nie są jednak celem, lecz pretekstem uzasadniającym poświęcenie większej uwagi jakiemuś repertuarowi. W minionym sezonie okazało się, że nawet bez nich można było obdarzyć szczególną rolą symfonikę późnoromantyczną. Dwukrotnie zagościł na wrocławskiej estradzie Bruckner, nie zabrakło też Mahlera i Richarda Straussa. Wrocławską orkiestrę podczas wykonywania tej muzyki poprowadził Stanisław Skrowaczewski (IX Symfonia Brucknera) i Jacek Kaspszyk (IV Brucknera); Mahler grany był między innymi przez goszczącą w NFM słynną Budapeszteńską Orkiestrę Festiwalową pod dyrekcją Ivána Fischera (III Symfonia). W ten sposób dochodzimy do specjalnego tematu, którym są występy gościnne w NFM – w minionym sezonie odwiedzało Wrocław, po raz pierwszy w podobnym wymiarze w trakcie sezonu, jeszcze kilka z największych orkiestr symfonicznych: znakomita National Symphony Orchestra z Waszyngtonu pod dyrekcją Christopha Eschenbacha (z solistą Lang Langiem) oraz London Symphony Orchestra i Wiener Philharmoniker (odpowiednio pod batutą Antonia Pappano i Siemiona Byczkowa). Zespoły pokazały poziom, który powinien zapaść w pamięć słuchaczom i wrocławskim muzykom jako punkt, do którego należy dążyć – choćby nawet osiągnięcie go miało pozostać jedynie marzeniem. Wirtuozeria brzmienia Londyńczyków i niezwykła, pełna przejrzystości kultura Wiedeńczyków, subtelne piana dętych zarówno drewnianych, jak i blaszanych, wyrazistość rysunku, precyzja artykulacji… Trudno przeboleć jedynie, że LSO zamieniła VI Symfonię Mahlera na II Symfonię Elgara (naprawdę, niektórych utworów nie warto wywozić za daleko od domowej szafy…) oraz że Byczkow jakby przespał Symfonię „Niedokończoną” Schuberta, która wypełniła pierwszą część programu Wiedeńczyków.

 

Jeśli chodzi o gości, nie można też zapomnieć o jednej z najbardziej błyskotliwych orkiestr kameralnych: Kammerorchester Basel, z którą wystąpiła Hélène Grimaud, a także o Il Giardino Armonico z Isabelle Faust i Giovannim Antoninim, których koncert otworzył w lutym ciekawą Akademię Mozartowską.

 

Wizyty o rozmiarze symfonicznym czy choćby kameralnym to jednak wyjątkowe wydarzenia, na co dzień zaś Filharmonia NFM gości solistów. Na tym polu stopniowo można dostrzec kierunek rozwoju, który jest konieczny, jeśli orkiestra NFM ma zdobyć pozycję, do jakiej zdaje się aspirować: orkiestry symfonicznej zauważalnej na mapie Europy, poważanej na tle nie tylko polskiej konkurencji (w tej stawce obecnie niewątpliwie należy już do czołówki – co jednak nie jest wystarczającym sukcesem). Na wrocławskiej estradzie jako dyrygenci i soliści jeszcze nieśmiało, ale konsekwentnie zaczynają pojawiać się muzycy o ugruntowanej renomie. W ostatnich miesiącach obok powracającej już po raz kolejny Alice Sarah Ott można też było posłuchać innego pianisty, Aleksieja Volodina, skrzypka Henninga Kraggeruda, dyrygenta Eije Oue, na zakończenie sezonu zaplanowany był występ Richarda Goode; niestety, odwołanie koncertu przez pianistę pozbawiło nas też jego recitalu, co bardzo niekorzystnie zmieniło obraz tego gatunku koncertów – bowiem znaczące recitale solowe są tym, czego wyraźnie brakuje w programie NFM. W Katowicach można już było usłyszeć niezapomniane recitale Andrasa Schiffa i Grigorija Sokołowa – we Wrocławiu nic podobnego dotąd się nie wydarzyło.

 

Mimo powyższego nie zabrakło repertuaru chopinowskiego – jak by nie patrzeć dość istotnego: sytuację ratowały występy laureatów Konkursu Chopinowskiego. Wrocław wprawdzie nie doczekał się dotąd koncertu budzącej największe emocje zdobywczyni trzeciej nagrody, Kate Liu, jednak w porównaniu z wieloma innymi miastami Polski i tak może pochwalić się występem zdobywców I i II nagrody: Seong-Jin Cho i Charles’a Richarda-Hamelina, a także polskiego laureata, Szymona Nehringa.

 

Wysokość pułapu, na jaki wspięło się NFM, najlepiej usłyszałem… w zaskoczonym głosie przyjaciela mieszkającego w Nowym Jorku: „Gdzie słuchałeś Wiedeńczyków? We Wrocławiu?!”.